Sporty walki na igrzyskach olimpijskich mają to do siebie, że są emocjonujące i pełne niespodzianek. Dzięki temu raz na cztery lata fani nie tylko czekają na ich rozpoczęcie, ale też na ewentualne szanse medalowe, bo zawsze na podium stanie ktoś nieoczekiwany i niemal wszyscy są przekonani, że będzie to właśnie ich reprezentant. Nie inaczej jest z Polakami. Co więcej, mamy powody i zaplecze, by na takie niespodzianki liczyć. Jednak czy mamy potencjał na zrobienie kroku do przodu? Olimpijczyków jadących jako kandydaci do medali, a nie tylko jako potencjalne niespodzianki? Sprawdzamy stan polskich sportów walki na ponad dwa lata przed igrzyskami w Paryżu.
Gdyby zapytać fana sportów olimpijskich, jak Polacy radzą sobie na igrzyskach w sportach walki, to zapewne powiedziałby, że raczej przeciętnie. Od dawna nie mieliśmy złotego medalu, nie mamy faworytów do podium regularnie przywożących krążki z mistrzostw świata i Europy, niektóre z dyscyplin nie pokazują zbyt wiele, a o takiej pozycji, jaką mieliśmy przed laty w boksie, szermierce czy zapasach, możemy tylko pomarzyć.
Mimo tego wszystkiego ostatnie igrzyska, na których nie zdobyliśmy medalu w sportach walki to rok… 1936, a ogólnie takich przypadków było tylko dwa (1924, 1936). W ostatnich edycjach „ratują" nas zapasy – rodzeństwo Tadeusz (2020) i Monika Michalik (2016) oraz Damian Janikowski (2012). Poza tą trójką medale w XXI wieku zdobyła jeszcze inna zapaśniczka Agnieszka Wieszczek (2008), szermiercza drużyna szpadzistów (2008) oraz florecistka Sylwia Gruchała (2004). Z całego tego grona jedynie Gruchała i Janikowski byli aktualnymi medalistami największych imprez i kandydatami do krążków, na których naprawdę liczyliśmy przed startem igrzysk – w pozostałych przypadkach nasi olimpijczycy bardzo miło nas zaskakiwali.
Ktoś może powiedzieć: szczęście, które w końcu się skończy. Jednak jeśli to szczęście jest takie regularne, to czy na pewno możemy to nazwać szczęściem? Sporty walki faktycznie są nieco zaskakujące, ale żeby być w ogóle w gronie tych mogących sprawić niespodziankę, to trzeba mieć chociaż solidne podstawy. A te podstawy w Polsce są, mniejsze lub większe, w zależności od dyscypliny. Jesteśmy na solidnym poziomie – nie topowym, nie takim, który faworyzowałby nas w walce o medale, ale jeśli połączymy loteryjność i możliwość otrzymywania drugich szans (np. repasaże) z solidną kadrą, to jest spora szansa, że ktoś w taki sposób wyskoczy. I zaskoczy w najprzyjemniejszy sposób. Jednak czy na takim poziomie pozostaniemy? Może do Paryża zrobimy krok do przodu i pojawi się ktoś, kogo będziemy mogli nazwać kandydatem do medalu? A może wręcz przeciwnie – nasze solidne podstawy zaczną się psuć?
NA MACIE ZMIANY, DLA NAS RACZEJ POZYTYWNE
Zacznijmy od wspomnianych już zapasów, które w ostatnich latach są odpowiedzialne za podtrzymanie naszej serii medalowej na igrzyskach. Jak to się dzieje? Z jednej strony możemy zwrócić uwagę, że o ile na igrzyska zakwalifikować się naprawdę trudno, o tyle jeśli już się to uda, to robi się znacznie łatwiej. Zaledwie szesnastu zapaśników lub zapaśniczek w jednej kategorii wagowej, a repasaże – w odróżnieniu od np. judo – są możliwe już od pierwszej rundy, więc trafienie w niej na potentata wcale nie kończy rywalizacji.
Na igrzyska można się też zakwalifikować na jednym turnieju (mistrzostwa świata) znacznie wcześniej, na czym skorzystał chociażby nasz ostatni medalista, Tadeusz Michalik. Do igrzysk, które ostatecznie odbyły się w 2021 roku, awansował już w 2019, a potem zmagał się z dużymi problemami zdrowotnymi. Gdyby chociażby wzorem judo liczył się długotrwały ranking, a nie pojedyncza impreza, nie mielibyśmy w Tokio tej pięknej historii. Te pojedyncze turnieje (na igrzyska w Paryżu Polacy mogą się zakwalifikować na trzy różne sposoby – być w najlepszej piątce mistrzostw świata, trójce specjalnego europejskiego turnieju kwalifikacyjnego lub trójce specjalnego turnieju światowego) wzmagają też nieco loteryjność, co premiuje reprezentacje z szerokimi kadrami, w tym – jak się wydaje – Polskę.
Polskie zapasy nie mają żadnego dominatora. Dawno nie mieliśmy złotego medalu mistrzostw świata w kategorii olimpijskiej. Mamy za to wielu solidnych zawodników i zawodniczek, którzy na dużych imprezach raczej nie kończą udziału na pierwszej walce. Dzięki temu zwiększamy szanse, że komuś z tego grona akurat uda się turniej i zdobędzie medal albo repasażami przebije się do celu, niezależnie od tego, czy mówimy o podium czy np. o trudnej kwalifikacji olimpijskiej.
Kwintesencją tego jest siostra Tadeusza Michalika, Monika. Jadąc do Rio de Janeiro niewielu dawało jej szansę na medal – była na samym końcu swojej sportowej drogi (36 lat) i mimo tego że przez lata była naprawdę mocną zawodniczką, zdobywającą wiele medali mistrzostw świata czy Europy, to w momencie wyjazdu do Brazylii znaczna większość tych sukcesów była już „zardzewiała” (ostatni medal MŚ miał miejsce dziewięć lat wcześniej, ostatnie złoto ME – siedem). Niemniej ta niezwykle długotrwała solidność oddała jej to, co zabrała w Pekinie i Londynie - los w końcu się uśmiechnął, a Monika wykorzystała to momentalnie, zaliczając znakomity ostatni start na igrzyskach.
Mówimy o tym dlatego, że kolejnych solidnych zapaśników w polskiej kadrze nie brakuje. Na ostatnich mistrzostwach Europy zdobyliśmy aż dziewięć medali, w tym siedem w olimpijskich kategoriach wagowych (a zabrakło chociażby Michalika czy Magomedmurada Gadżijewa). Nie było żadnego złotego, ale to idealny sygnał szerokiej i solidnej kadry.
Patrząc w dłuższej perspektywie, w teorii nie ma tu wielkich nazwisk, które już za chwilę zdominują swoją kategorią wagową. Są za to takie, które będą miały mniejsze lub większe szanse na awans na igrzyska olimpijskie w Paryżu – Geworg Sahakjan, Mateusz Bernatek, Arkadiusz Kułynycz czy Rafał Krajewski w stylu klasycznym, Radosław Baran, Zbigniew Baranowski, Eduard Grigorjew (potomek polskich zesłańców syberyjskich) czy Sebastian Jezierzański w stylu wolnym, a u pań… w zasadzie cała reprezentacja, bo zarówno nasze weteranki (jak Anna Łukasiak czy Katarzyna Krawczyk), jak i młodsze zawodniczki wchodzące na wysoki poziom, spokojnie mogą do tego miana aspirować i o ile u panów mamy kategorie wagowe, które już teraz raczej możemy spisać na straty, o tyle u pań w każdej wadze mamy 2-3 solidne nazwiska, które będą rywalizować ze sobą w całym cyklu olimpijskim.
Może to oczywiście zadziałać w dwie strony – solidność może być wystarczająca, by jechać na igrzyska i zdobyć medal, ale jednocześnie, przy mniejszym szczęściu, może z łatwością oznaczać brak wyjazdu na najważniejszą z imprez. Trzeba trzymać kciuki za naszych reprezentantów, by jak największa liczba pojechała do Francji. Im większa liczba olimpijczyków, tym większa szansa na niespodziankę. To jeden z nielicznych przypadków, gdzie ilość może zamienić się w jakość.
Ogromną zmianą w kontekście Paryża może się też okazać wykluczenie Rosjan i Białorusinów z jakiejkolwiek rywalizacji. Oba te narody są w zapasach mocne („Rosyjski Komitet Olimpijski” w Tokio – osiem medali, w tym cztery złote), więc ewentualny ich brak otwiera drogę dla reprezentacji drugiego szeregu, w tym Polski, co widać po wspomnianych medalach europejskiego czempionatu. Jeśli federacje sportowe będą się trzymały w tym postanowieniu, to będzie to dla nas bardzo dobra decyzja. I narzekać na pewno nie będziemy.
A CO NA TATAMI?
Trochę inaczej sytuacja wygląda w judo. Od momentu fantastycznego Pawła Nastuli i jego złota oraz srebra Anety Szczepańskiej w Atlancie (1996) Polska nie miała medalisty olimpijskiego w tej sztuce walki, mimo tego że momentami reprezentacja wydaje się, jak w zapasach, solidna. Rozgrywanie judo wygląda jednak całkowicie inaczej. Żeby na igrzyska awansować, nie wystarczy jeden dobry turniej w odpowiednim momencie, na co naszych, podobnie jak w zapasach, stać. Liczy się dwuletni ranking, a utrzymanie się w nim do najłatwiejszych nie należy. Potem, w turnieju olimpijskim, zawodnicy muszą dojść aż do ćwierćfinału, by móc liczyć na repasaże.
W przypadku reprezentantów Polski oznacza to mniej więcej tyle, że muszą pokonać mocniejszego od siebie, rozstawionego przeciwnika, zanim będzie okazja na drugą szansę. Najlepszym przykładem jest Beata Pacut, która niedługo przed igrzyskami w Tokio została mistrzynią Europy, jednak w Japonii już w drugiej rundzie trafiła na późniejszą mistrzynię olimpijską, Shori Hamadę. W zapasach ta porażka dałaby jej pewne repasaże, a patrząc na formę Polki, także szanse na pierwszą piątkę zawodów. W judo był to po prostu koniec turnieju.
Niemniej w judo także nie brakuje nam ciekawych nazwisk. O Pacut już wspomnieliśmy. Poza nią jest też Julia Kowalczyk, której w Tokio zabrakło sekund do bezpośredniej walki o medal. Młode i utytułowane w juniorskich zawodach nazwiska, takie jak Aleksandra Kaleta, Angelika Szymańska czy Katarzyna Sobierajska, właśnie na stałe wchodzą do kadry, a u panów Piotr Kuczera został właśnie wicemistrzem Europy. Co więcej, w odróżnieniu od zapasów, gdzie dla kilku doświadczonych nazwisk walka o Paryż niemal na pewno będzie ostatnim cyklem olimpijskim, wszyscy wymienieni zawodnicy i zawodniczki w judo są albo bardzo młodzi, albo dopiero wchodzą w swój teoretycznie najlepszy okres kariery. Dzięki temu rdzeń kadry możemy mieć ustalony na lata do przodu.
W judo mamy jednak dodatkowy problem. Od lat związek nie idzie w parze z tym, czego chcieliby zawodnicy i zawodniczki, co zaowocowało nawet sporą aferą tuż po igrzyskach w Tokio. Prezes Jacek Zawadka, a w szczególności trener Mirosław Błachnio, otrzymali całą masę krytyki od niemal wszystkich reprezentantów Polski, którzy do tego stopnia nie znosili tej współpracy, że nie życzyli sobie, by Błachnio wspierał ich w Tokio. Od tamtej pory nieco się zmieniło. Prezes Zawadka wygrał kolejne wybory, jednak trenera Błachnio już dawno nie ma. Rashad Hasanov został trenerem panów, a Paweł Zagrodnik, klubowy trener m.in. Julii Kowalczyk, pań. W teorii jest lepiej, a w praktyce, kiedy zapytaliśmy o komentarz wśród naszych judoków, usłyszeliśmy, że sytuacja jest tak napięta, że lepiej nic nie mówić, bo można sobie zaszkodzić.
Do tego wszystkiego dochodzi zarzut wobec związku, że od lat nie korzystamy z pomocy znakomitych fachowców z ogromnym autorytetem. Dwóch najwybitniejszych polskich judoków – Waldemar Legień i Paweł Nastula – nie ma nic wspólnego z kadrami narodowymi i to bynajmniej nie przez brak chęci u nich samych. Legień z powodzeniem trenuje lub trenował m.in. we Francji, która obok Japonii jest najmocniejszym krajem całej dyscypliny. Nastula szkoli klubowo. Do tego dochodzi jeszcze Robert Krawczyk, który doprowadził Pacut do mistrzostwa Europy i który właśnie został trenerem reprezentacji Austrii.
Z łatwością oddajemy talenty i autorytety w dyscyplinie, która niezwykle ich potrzebuje. Tu zresztą wchodzi kolejne porównanie z zapasami – sytuacja w związku również wpływa na rozwój, a w tym wypadku zapasy nad judo górują, co samo w sobie może nie zmienia sytuacji jakoś drastycznie, ale zdjęcie z głowy sportowca jednego problemu jakim jest beznadziejna atmosfera czy użeranie się ze związkiem, może okazać się kluczowym detalem. Miejmy nadzieję, że tego użerania w judo w trakcie trochę ponad dwóch lat do Paryża nie będzie zbyt dużo.
CZY JEST SZANSA NA CHOĆBY CIEŃ DAWNEJ CHWAŁY?
Jeśli spojrzymy na historię polskich startów na igrzyskach olimpijskich, sporty walki niezwykle się wyróżniają. Zapasy pod względem liczby medali są na miejscu czwartym ze wszystkich dyscyplin, w których startowali nasi reprezentanci. Jednak w zapasach, jak już wiemy, jest jak na nasze warunki całkiem nieźle. Uwagę zwracają dwa inne sporty walki – będący na drugim miejscu boks i piąta w klasyfikacji szermierka. Oczywiście pierwsze, co przychodzi do głowy, to umartwianie się nad tym, jak to kiedyś byliśmy potęgą w tych dyscyplinach i co to były za czasy, kiedy Polacy w Tokio (1964, nie 2020) wchodzili po sobie do ringu i zdobywali kolejne złota, a Józef Pawłowski był nazywany „szpadzistą wszech czasów”.
Niemniej nie o to w tym chodzi. Wiemy, że zarówno boks, jak i szermierka, były kiedyś w miejscu, do którego prawdopodobnie nigdy nie uda nam się wrócić. Możemy jednak spojrzeć na to, co dzieje się aktualnie i czy jest szansa, by pojawiały się w tej dyscyplinie medale. Jeśli chodzi o szermierkę to już w Tokio mogło być pięknie. Drużyna szpadzistek w ćwierćfinale przegrała z Estonkami, późniejszymi mistrzyniami olimpijskimi. Nasze panie były notowane w czołowej trójce światowego rankingu, jednak szpada ma to do siebie, że czasem dyspozycja dnia potrafi zadecydować o wszystkim.

Patrząc w stronę Paryża, powinniśmy być więc pełni nadziei, że forma zostanie podtrzymana, jednak tu pojawia się mały problem. Nie licząc Aleksandry Jareckiej, trzy z czterech naszych szpadzistek będą miały we Francji minimum 35 lat. I o ile zdarza się, że i w tym wieku najlepsi szermierze potrafią rywalizować na wysokim poziomie, a Polki chyba na razie nie planują zakończenia karier (znajdują się w kadrze na 2022 rok), to znaki zapytania w kwestii dyspozycji na pewno są.
A co w innych broniach, w końcu szans na wyjazd powinniśmy upatrywać w sześciu (szpada, floret i szabla zarówno kobiet, jak i mężczyzn)? Do Tokio poza drużyną szpadzistek pojechała tylko Martyna Jelińska we florecie, co jest wynikiem raczej beznadziejnym. Jeszcze w Pekinie (2008) byliśmy reprezentowani w pięciu z sześciu broni, w tym przez trzy drużyny, jedną medalową – szpadzistów. Szermierka w Polsce znajduje się jednak na równi pochyłej. Od tamtej pory jest z nią coraz słabiej, a skład z Tokio to raczej nie wypadek przy pracy, a nowa norma.
Brak szerokiej, solidnej kadry, o której mówiliśmy przy okazji zapasów i judo, jest sporym problemem w kwalifikacjach. Najłatwiej do igrzysk zakwalifikować bowiem drużynę – wtedy też cała drużyna ma szansę na udział w zawodach indywidualnych. Jeśli się to nie uda, zostaje niewiele miejsce dla szermierzy z krajów niezakwalifikowanych. W przypadku Europy są to np. zaledwie trzy miejsca na broń, które dostać jest niezwykle trudno. Dlatego też kluczem dla reprezentacji Polski powinno być zakwalifikowanie drużyn, co ostatnio udaje nam się średnio. Z jednej strony mamy talenty zdobywające medale juniorskich i młodzieżowych imprez, a z drugiej to szermierka jest dyscypliną, w której mamy chyba najmniejsze – w polskim przypadku – przełożenie z sukcesów juniorskich na seniorskie. Miejmy nadzieję, że to się zmieni – polskie drużyny potrafią zajmować wysokie miejsca w Pucharach Świata, więc potencjał jest. Teraz, jak w przypadku judoków, trzeba trzymać kciuki za regularność i dobry ranking.
Co z boksem? Tutaj musimy patrzeć na panie. Karolina Koszewska, olimpijka z Tokio, skończyła co prawda karierę, ale mamy inne zawodniczki, jak chociażby Sandrę Drabik czy Elżbietę Wójcik, które również w Tokio startowały, a także Agatę Kaczmarską, która zaczyna wygryzać Wójcik z jej kategorii wagowej (75 kg) i to mimo tego że ta druga spisała się w Tokio naprawdę całkiem nieźle. To czy jest to kwestia spadku formy Wójcik, czy rosnącej Kaczmarskiej, okaże się już niedługo, bo dzięki dobrym wynikom to Agata pojedzie na zbliżające się mistrzostwa świata. Mamy również medale w boksie młodzieżowym, problem w tym, że dwa w teorii największe talenty (złota młodzieżowych mistrzostw Europy) - Martyna Jancelewicz i Oliwia Toborek - boksują w kategoriach nieolimpijskich (81 i +81 kg). Co więcej, nawet jeśli któraś z nich postanowi mocno zbijać wagę, to najwyższą olimpijską jest… 75 kg, waga Wójcik i Kaczmarskiej.
Niemniej jeśli gdzieś szukać szans, to tutaj, bo u panów sytuacja jest co najmniej marna. Na igrzyska wysyłamy pojedynczych zawodników (w Tokio był tylko Damian Durkacz, w Rio dwóch pięściarzy, a w Londynie, co mocno zabolało całe środowisko, nikogo) i w zasadzie każda kwalifikacja do Paryża będzie sporym sukcesem. A jeśli tak do tego podchodzimy, to możemy się spodziewać, że nawet w przypadku kwalifikacji szanse będą niewielkie.
Brakuje nam konkretnego szkolenia (nowym trenerem kadry panów został Wojciech Bartnik, ostatni polski medalista olimpijski w boksie z 1992 roku – opcja niesprawdzona, choć zachęcająca), co zdolniejszych panów znacznie bardziej kusi zawodowstwo i po prostu od lat wygląda to na tak ogromny dół dyscypliny, że wygrzebać się z niego nie sposób. Wydawać się może, że szansą mogą być ewentualnie pięściarze zawodowi, bo od niedawna i oni mogą pod pewnymi warunkami na igrzyskach startować. Przed Tokio taki plan miał Mateusz Masternak, jednak pokrzyżowała go pandemia. Przed Paryżem z kolei myśli o tym Andrzej Wawrzyk, jednak nie walczył od 2016 roku i trudno na tej podstawie czegokolwiek oczekiwać. W skrócie – jeśli na kogoś stawiać, to na panie, w przypadku panów uratuje nas tylko cudowne odrodzenie.
„ŚWIEŻAK” WCHODZI NA SALONY
Ostatnim ze sportów walki, którego jeszcze nie poruszyliśmy, jest taekwondo. Sama dyscyplina nie jest może aż taką nowością, jak zasugerowaliśmy to w tytule podrozdziału (pełnoprawny debiut w 2000 roku), jednak w porównaniu do innych olimpijskich sportów kontaktowych, nie ma u nas absolutnie żadnych tradycji. Pojedynczy olimpijczycy, kończący często dość szybko swoją przygodę z igrzyskami – tak to się w naszym wypadku zaczęło.
Teraz jest inaczej – Aleksandra Kowalczuk to była mistrzyni Europy, która mimo sporych problemów ze zdrowiem w trakcie przygotowań do Tokio, doszła aż do walki o medal. Tego nie udało się zdobyć, a jej łzy w wywiadzie po pojedynku z Biancą Walkden sprawiały, że pękło niejedno serce polskiego kibica, ale to nie zmienia faktu, że w Paryżu Kowalczuk będzie miała niecałe 28 lat, a to idealny moment na kolejną szansę olimpijską. Jeśli zdrowie dopisze to nie widzimy żadnych przeciwskazań, by nasza olimpijka pojechała na igrzyska drugi raz - a tam niewykluczone, że cała sytuacja potoczy się inaczej.
Co więcej, poza Kowalczuk, na której dobry rezultat w Tokio po cichu liczyliśmy, polska kadra jest bardzo młoda i utalentowana, co oczywiście może, ale nie musi przełożyć się na wyniki w tym olimpijskim nietypowym trzyleciu. Doświadczenie w Japonii zbierała dwa lata młodsza od Oli Patrycja Adamkiewicz, a u pań potencjał pokazuje także Dagmara Haremza, choć tu kategoria wagowa pokrywa się z Kowalczuk.
W odróżnieniu od niektórych innych dyscyplin, chociażby boksu, w taekwondo nie musimy też liczyć wyłącznie na panie. Prawdopodobnie największym polskim talentem tej dyscypliny jest Szymon Piątkowski, który już teraz, w wieku zaledwie dziewiętnastu lat, regularnie znajduje się w czołówce seniorskich Pucharów Świata. W jego ślady, choć nie aż tak spektakularnie, idzie też Mateusz Szczęsnowski, a nie można zapominać o medaliście igrzysk europejskich, Karolu Robaku, choć Robak ma na tyle nieszczęścia, że urodził się stworzony do kategorii nieolimpijskiej (74 kg, podczas gdy na igrzyskach są 68 i 80). Nie wiemy, co nam się z tego „urodzi”, jednak jeśli mówimy o stałym poziomie zapasów i judo, a w przypadku szermierki i boksu nawet o jego spadku, o tyle taekwondo jest jedyną z piątki dyscypliną, która wyraźnie nam rośnie. Czy będzie z tego kiedyś medal olimpijski? Oby – Kowalczuk pokazała, że jesteśmy blisko, a przecież nie jest w tym sama.
A w końcu w sportach walki im więcej okazji, tym lepiej, dlatego na starcie kolejnego, krótszego niż zazwyczaj cyklu olimpijskiego, liczymy przede wszystkim na jak najwięcej kwalifikacji. Oczywiście bardzo chętnie przyjmujemy też ewentualny rozwój naszych fighterów w zawodników klasy światowej, jednak to przewidzieć znacznie trudniej. Celem jest poprawienie łącznej liczby kwalifikacji w sportach walki z Tokio, bo to oznacza więcej szans na medal, z którym wracamy – warto przypomnieć – z każdych igrzysk od wielu, wielu lat. A przecież nie chcielibyśmy stracić tak pięknej serii, prawda?

Komentarze 0