Joey Valence & Brae: „Stary, spójrz na mnie i powiedz, że nie jestem nerdem” (gazeta newonce)

Joey Valence Brae
materiały prasowe

Joey Valence & Brae to duet z Pensylwanii. Jego twórcy poznali się na studiach i momentalnie nawiązali kreatywną więź. Bywają porównywani do Beastie Boys, ale charakter projektów JVB wykracza daleko poza takie zestawienie. Jeśli lubisz skakać i drzeć japę z przerwami na chwilę zadumy oraz nostalgii – sprawdź to.

Wywiad ukazał się w piątym numerze gazety newonce. Rozmawiał: Jędrzej Olczyk

W maju zagracie w Polsce (27 maja, Stodoła – przyp. red.). Jak wspominacie poprzednią wizytę w Warszawie i z czym wam się kojarzy nasz kraj?

J: Nie mieliśmy żadnych oczekiwań, bo nie graliśmy w Polsce wcześniej. Nie wiedzieliśmy, kto przyjdzie na koncert. I byliśmy w pozytywnym szoku. Pamiętam, że wyszliśmy z klubu i mieliśmy takie: „O kurwa, ale rozpierdol!”.

B: Ja pamiętam jeszcze, że nakupiliśmy sobie mnóstwo ciuchów w Warszawie.

J: Jeśli chodzi o skojarzenia, to oczywiście pierogi, ale też mili ludzie. Dostaliśmy mega dużo giftów.

B: Bez kitu! Czekajcie, przecież mam nawet na sobie prezent, który wtedy dostałem. Dał mi go koleś, który powiedział, że zajmuje się tworzeniem biżuterii. Zdziwiłem się, bo ten chain jest naprawdę porządny, stylowy i prawdopodobnie warty sporo kasy. To był bardzo hojny fan. Noszę naszyjnik od niego codziennie.

Jesteście znani z tego, jak otwieracie występy. Wszyscy już wiedzą, że show JVB to spektakularne widowisko. Skąd czerpiecie siłę, która pozwala tak ostro napierdalać przez cały występ?

J: To bierze się po prostu z miłości do muzyki. Kochamy to, co robimy, a przy okazji obaj jesteśmy bardzo ekspresyjnymi osobami. Pamiętam tę chwilę, gdy wystąpiliśmy razem po raz pierwszy – momentalnie między nami kliknęło. Poza tym lubimy się rozśmieszać, a okazuje się, że scena to idealna przestrzeń do wygłupów. Nakręcamy się wzajemnie w ten sposób. Co ważne, dajemy z siebie 110% niezależnie od tego, czy publika to dwie osoby, czy dwadzieścia tysięcy.

Spróbujcie opisać mi swoich fanów.

B: Oni są wyjątkowi. Bywają obsesyjni – pokazują nam na telefonach, że nabili przykładowo osiemset tysięcy godzin słuchania naszej muzy. To, co jednak charakteryzuje ich najbardziej, to według mnie kreatywność. Wspomnieliśmy już o giftach, ale trzeba dodać kilka słów o zajebistych customowych ciuchach, obrazkach i znakach, które przynoszą na koncerty. Kolejnym elementem jest szacunek. W zasadzie nie zdarza się, żeby ktoś przekraczał granice i wywoływał u nas dyskomfort. Wręcz przeciwnie.

J: Lubimy gadać z fanami po koncertach. Często opowiadają o tym, jak nasza muza na nich wpłynęła. Mamy naprawdę bliską relację z fanami i to wiele dla nas znaczy.

Wydaje mi się, że to, co nagrywacie, może być atrakcyjne zarówno dla małolatów, jak i starszych odbiorców. Macie na żywo wielopokoleniową publikę?

J: Tak! Oldheadzi najczęściej stoją z tyłu (śmiech). Powiem ci o najfajniejszym komplementcie, jaki zdarza nam się otrzymać. Podbijają do nas dzieciaki, które mówią, że zabrały na show swoich rodziców i nie dość, że im się podobało, to jeszcze zbudowali dzięki temu nową więź.

Wy za dzieciaka byliście raczej fajnymi kolesiami czy lamusami?

J: Stary, spójrz na mnie i powiedz, że nie jestem pierdolonym nerdem.

B: Ja zawsze lubiłem fajne rzeczy, ale sam nigdy nie byłem fajny (śmiech). Myślę, że każdy ma w sobie cząstkę nerda. Wszyscy mamy zajawki, które komuś innemu mogą wydać się dziwne czy egzotyczne. Nasze dziecięce pasje znajdują odbicie w tym, jak obecnie wyglądamy, jak się zachowujemy i jaką muzykę nagrywamy.

A zdarza wam się kłócić?

J: Tak, napierdalamy się codziennie. Nie no, oczywiście, że miewamy różne punkty widzenia, ale łączy nas wspólny cel. Jesteśmy dorośli i potrafimy ze sobą rozmawiać; jesteśmy jak bracia. Nie brakuje zespołów, które na scenie odbębniają swoje, schodzą z niej i ze sobą nie gadają, ale to nie jest nasz przypadek i nigdy nie będzie.

B: Dokładnie. Nie jesteśmy Oasis.

Joey Valence Brae

Pogadajmy o waszym ostatnim albumie „HYPERYOUTH”. Zwróciłem uwagę na powracający motyw lęku przed dorastaniem. Czego konkretnie się boicie?

J: Myślę, że dzielimy z Brae obawę przed odpowiedzialnością i wyjściem ze strefy komfortu. Baliśmy się postawić kolejny, poważniejszy krok w życiu – choćby ten związany z muzyką. W kontekście tej płyty ważne jest też doświadczenie codzienności dwudziestoparolatka. To dziwny moment, w którym każdy znajduje się na zupełnie innym etapie…

B: Paradoksalnie to może być coś uniwersalnego. Przecież czterdziestolatków pewnie też łapie stres, gdy rozkminiają swoje zawodowe i prywatne osiągnięcia. Zawsze znajdzie się coś niedostępnego, czego byśmy oczekiwali. Zawsze znajdzie się pokusa, żeby z kimś się porównywać. To właśnie jest zgubne. Trzeba mieć wyjebane, działać po swojemu i czasem porwać się na wyzwanie, które nas przeraża. W ten sposób ciśnie się do przodu.

Zwróciłem uwagę, że z płyty na płytę stajecie się coraz poważniejsi. Kolejne wydawnictwo będzie jeszcze bardziej na serio?

J: Gadaliśmy o tym dosłownie wczoraj. W tym momencie odpowiedź brzmi: „nie wiemy”. Na świecie dzieją się rzeczy, które zmuszają, żeby zawiesić strój śmieszka na kołku, ale postanowiliśmy, że damy sobie jeszcze czas. Mieliśmy bardzo krótką przerwę pomiędzy „NO HANDS” a „HYPERYOUTH”. Teraz poczekamy trochę dłużej.

Na „HYPERYOUTH” pojawia się JPEGMAFIA, który stanowił dla was dużą inspirację, podobnie jak Danny Brown. Czego się od nich nauczyliście?

B: Danny Brown bardzo zaimponował mi czujnością w kontekście młodych, undergroundowych artystów. Koleś ma ponad cztery dychy na karku, a cały czas trzyma rękę na pulsie. Nie musiał z nami współpracować – zrobił to z czystej zajawy. A JPEG? JPEG to jebany badass.

J: Obu cechuje myślenie do przodu i wyprzedzanie swoich czasów. To chyba inspiruje nas najbardziej. Są też zajebiście cool. Mnie szczególnie zapadła w pamięć konkretna rozmowa z Peggym. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie oddelegować miksowania i masterowania naszej płyty komuś innemu. Wiedziałem, że on zawsze robił to sam, więc chciałem poznać jego opinię. I kategorycznie mi to odradził. Powiedział, że nie po to pracowaliśmy nad naszym brzmieniem tyle czasu, żeby oddawać je w ręce zewnętrznej osoby. Miał rację. W ten sposób jesteśmy autorami wszystkiego, co związane z projektem Joey Valence & Brae. To nasz wyróżnik i ogromna siła.

Wiecie coś na temat rzekomego beefu Peggy'ego i Browna?

J: Nie ma szans, żeby tam był jakikolwiek beef. Peggy po prostu lubi być na świeczniku i gadać pojebane rzeczy.

B: A poza tym z Dannym nie da się pokłócić. To najsłodszy koleś na świecie.

Waszą twórczość charakteryzuje masa rozmaitych muzycznych wątków i międzygatunkowy miks. Czy w związku z tym czujecie się w ogóle częścią rapowego community?

J: Jesteśmy częścią tej gry. Kochamy hip-hop i notorycznie oddajemy hołd naszym idolom. Współpracowaliśmy ze wspomnianymi Dannym i Peggym, ale też z IDK czy Tią Corine. W środowisku mamy dużo szacunku.

Powiedzieliście kiedyś, że jako biali goście czujecie się trochę gośćmi w gatunku, a jednak zostaliście szybko zaakceptowani. Co spowodowało, że przywitano was w „branży” tak serdecznie?

B: Znamy swoje miejsce i – przede wszystkim – nie podpierdalamy rzeczy. Jest sporo białych kolesi, którzy popełniają tutaj błąd. Kalkują sobie na przykład wizerunek bogatego rapera w drogiej furze i potem wyglądają niedorzecznie. My też gadamy o elementach tej kultury i korzystamy z jej symboliki, ale robimy to po swojemu. Nawijamy o fajnych samochodach, ale sekundę później pada linijka o kartach Pokémon. Wiesz, o co chodzi? Wymyśliliśmy swoje patenty. Wiemy, co robimy dobrze i ciśniemy to dalej.

J: Puenta jest taka, że nie robimy cosplayu. Jesteśmy sobą, a ludzie lubią nawiązywać relacje z autentycznymi osobami.

B: To prawda. Wszystkie nasze współprace wyniknęły z towarzyskich sytuacji. Na zasadzie: „ja się jaram tobą, ty mną – zróbmy razem piosenkę”. Udało się nam nawiązać mnóstwo zajebistych znajomości i mamy nadzieję, że tak będzie nadal. Jest w chuj artystów, z którymi chcielibyśmy nagrać kawałek.

Z kim konkretnie?

B: Kurde, moja lista zmienia się z dnia na dzień.

J: A$AP!

B: Tak! Na pewno A$AP Rocky.

J: Baby Keem!

B: Tyler byłby spoko. Chciałbym współpracować też z Faye Webster. Ona jest świetna.

J: Megan Thee Stallion, Teezo... Tych artystów jest naprawdę wielu.

Wiem, że – podobnie jak ja – kolekcjonujecie winyle. Jakie macie najcenniejsze płyty w kolekcji?

J: U mnie to chyba „Bangarang EP” Skrillexa.

B: W mojej kolekcji najcenniejsza jest pewnie 7-calowa płyta Run-D.M.C. z 1988 roku. Należała do mojego taty.

Podpiszecie mi się na placku „NO HANDS” po koncercie w Warszawie?

B: Jasne, człowieku. Widzimy się!

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.