Burza, jaka przetoczyła się przez nasz fanpage (i nie tylko) po opublikowaniu niedzielnego artykułu Marka Falla przypomina Dzień świra, kiedy jeden z polityków wrzeszczał z sejmowej ławy: moja racja jest najmojsza! Bo i cały internet jest trochę jak obrady Sejmu: tam się mówi, a nie rozmawia.
Fakty są takie, że redaktor Fall rzeczywiście polał buzujące i tak ognisko benzyną; w jego tekście Czy Eminem to najbardziej przereklamowany raper wszech czasów? zadał pytanie o zasadność kultu wokół człowieka, który od dekady z okładem nie nagrał żadnego naprawdę interesującego albumu. Czy to opinia całej redakcji? Oczywiście, że nie; w newonce ława w ławę siedzą obok siebie fan starej szkoły, fan nowej szkoły, fan powykręcanych eksperymentów, no i fan Eminema też, a jednak jakoś potrafimy się dogadać. A jeśli nie, to tym lepiej - wszelkie polemiki tylko napędzają pomysły na nowe tematy, bo generalnie muzyka lubi, kiedy się o nią kłóci.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że nie lubi tego współczesny odbiorca. Eminem wydaje się postacią wręcz skrojoną pod to, żeby móc się o niego posprzeczać. Z jednej strony jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy, technicznie raper wszechczasów. Z drugiej - człowiek z niepohamowanymi tendencjami do osuwania się na popowe mielizny, którego to popu zwyczajnie nie czuje, MC nierówny nawet w najlepszych latach kariery (na Marshall Mathers LP obok numerów wybitnych zdarzają się kompletne kurioza - przecież Kim brzmi po latach jak połączenie magazynu 997 z Sucharem Codziennym), stąd słuszne, poparte argumentacją pytanie Marka o to, czy chłop aby nie jest zwyczajnie przereklamowany. Tymczasem wyszło na to, że tekst został napisany tylko po to, żebyśmy zwiększyli sobie klikalność - sprawa jest na tyle poważna, że warto wyjaśnić tu parę kwestii.

Social media mają to do siebie, że dzięki nim bardzo łatwo okopać się w bezpiecznej pulpie, w otoczeniu ludzi, którzy są tacy jak my, głosują na te same partie, kibicują tym samym drużynom i słuchają tej samej muzyki. Jeśli nagle w tej arkadii pojawi się jakiś niepożądany intruz, który ośmieli się zaburzyć zastany porządek, wówczas jedyną słuszną metodą jest wymazanie go gumką myszką, żeby przypadkiem dzban nie psuł nam nastroju (fun fact - były osoby, które naprawdę wywaliły redaktora Falla ze znajomych za ten tekst). I gdzieś w tym wszystkim zupełnie zanika chęć dialogu. Druga sprawa - zacietrzewienie. W prehistorycznych czasach na fejsie się rozmawiało, dzisiaj dyskusję zastępuje konkurs w pluciu na odległość o to, czyj komentarz dostanie najwięcej lajków, a im bardziej wysmakowany pocisk, tym lepiej. Czasem biorą w tym udział także artyści; aktualnie na niuansa za lekką, ale naprawdę lekką krytykę obrażonych jest dwóch topowych raperów i jeden pisarz.

To niebezpieczne zjawisko. Młodsi dziennikarze, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z mediami, mogą mieć opory przed wyrażeniem jakiejkolwiek krytycznej opinii, bo - zupełnie słusznie - będą bać się, że artysta wrzuci ich tekst na sociale i wyszydzi ku uciesze setek tysięcy followersów, a przecież wiadomo, że on ma rację, a media to sfrustrowane ch*je. My trochę zjedliśmy zęby na tej branży i nie mamy z tym problemu, ale początkujący nie chcą mieć podciętych skrzydeł już na starcie, co zresztą doskonale rozumiemy. Poza tym w dobie sieciowego marketingu doczekaliśmy czasów, w których jakakolwiek próba wyrażania własnego poglądu - a czasem nawet próba zrobienia czego innego niż przeklejenie notki prasowej - jest odbierana jako ruch mający wywołać sztuczny buzz, a co za tym idzie więcej klików. My na przykład nie zarabiamy na klikach, a stałej współpracy z szeregiem partnerów, ale wielu osobom po prostu się tego nie przetłumaczy. Tak jak tego, że jeśli nie piszemy wielkimi literami: TEN TEKST NIE JEST DISSEM NA EMINEMA, to rzesze odbiorców odbiorą go jako diss. Nic to, że Fall w ostatnim zdaniu napisał, że nie może doczekać się koncertu, ale nie - skrytykował Mathersa, jest zbyt subiektywnym dziennikarzem (to chyba nasz ulubiony zarzut: a jakie mają być opinie, obiektywne? Obiektywnie to możemy napisać, jaka dziś jest temperatura w Warszawie), a newonce to służalcze, atencyjne pachołki, opłacane przez wrogi kapitał.

Jeśli uważamy, że warto przyjrzeć się, czy Eminem jest faktycznie tak wielki, na jakiego się go kreuje, robimy to. Jeśli przestaje pasować nam kierunek, w którym podąża Kendrick Lamar - mówimy o tym, nie zapominając, że chłop jest odpowiedzialny za kilka absolutnie wybitnych, ponadczasowych rzeczy. I jasne, że media zmierzają w kierunku bycia wielką agencją PR-ową, a w ogóle to najlepiej odpalić sobie Walk On Water i udawać, że to nowy Illmatic. My jednak z szacunku do czytelników będziemy bawić się po naszemu.
