Grudzień 2001 roku. Trzeciego dnia miesiąca wyszła płyta-narodziny jednego z najlepszych tekściarzy w historii polskiego rapu. „Koniec żartów” był gamechangerem – i to z kilku powodów.
Rok 2001 przyniósł krajowemu rapowi parę klasyków, ale mało który z nich aż tak bardzo wprowadzałby nowy kolor. „Koniec żartów” Łony stał się kamieniem węgielnym kariery, która mimo upływu czasu pozostaje inna niż wszystkie.
Łona pokazał, że w rapie jest miejsce na porządny żart
Powiedzieć, że polska scena rapowa na przełomie tysiącleci wyglądała inaczej niż teraz, to nic nie powiedzieć. Dziś żyjemy w czasach granicznego wręcz upopowienia bitów, treści i formy. Wtedy mieliśmy za to do czynienia z muzyką, która miała uliczny rodowód i nawet jeśli nie była liryką chodnika, to jednak epatowała zaciśniętą, wygrażającą pięścią, pozwalając sobie raz na jakiś czas na grubo ciosany humor. Kawałki ciążyły ku powadze i kładzeniu na bit morałów bez uśmiechu na twarzy, rzecz jasna z małymi odstępstwami od normy, reprezentowanymi choćby przez Thinkadelic, Fisza, Świntucha czy Nagły Atak Spawacza.
W takich warunkach wjazd Łony jawił się jak otworzenie na oścież okna, przez które do zatęchłego pokoju mógł wlecieć gaz rozweselający. Oto legalowi przedstawił się MC bez kija w dupie, ubierający swój światopogląd w zabawne, nienachalnie pouczające anegdoty, do tego krytykujący zadęcie i niewyartykułowaną merkantylność sceny z indywidualnym, prześmiewczym stilo. Swoją drogą – to, że pięć dni później na rynku pojawiła się Płyta pilśniowa Afro Kolektywu jest równie symboliczne.
Od 25 lat w czołówce polskich tekściarzy
Już za czasów „Końca żartów” szczecinianin opowiadał o otaczającej go rzeczywistości bez pustosłowia i tworzenia skomplikowanych konstruktów fabularnych. Z miejsca stał się twórcą, który nie musiał przykrywać niczego fasadową efektownością. Posługując się polszczyzną czerpiącą z każdego rejestru, odgrywał w uszach odbiorcy krótki, skrzący się inteligencją i błyskotliwością spektakl. Czasem chodziło o storytellowy monolog, ale dużo ważniejsze było igranie z ustalonym sposobem pisania zwrot. Przecież największą siłą tego materiału była forma dialogowa – niezależnie, czy gospodarz rozprawiał akurat ze sklepową w „My się znamy???”, czy z Bogiem w „Rozmowie”, czy też może na chwilę oddawał głos zarobasowi i rybakowi w „Biznesmenie”. Minimum słów, maksimum treści w praktyce.
To jeden z najbardziej świadomych debiutów w polskim rapie
Producentem, który odpowiadał za niemal całą warstwę muzyczną krążka był Webber, z którym Łona na wiele lat związał swoją drogę w świecie muzyki. Obaj już wtedy świetnie rozumieli się pod względem twórczym, co sprawiło, że inteligentne wersy dostały ciepłe, radosne bity. Później współpraca zaowocowała zaś materiałami wymykającymi się łatwemu klasyfikowaniu pod względem stylistycznym, jeśli chodzi o podkłady. Pomysł na lirykę pozostał ten sam. Nie ma jednak w tym nic złego, bo każda płyta Łony bierze się za bary z polskością w coraz dojrzalszy, znamionujący upływ czasu sposób. Szkoda, że ich drogi już się rozeszły.
