Mamy fragment głośnej książki o Britney Spears!

Britney Spears performs in concert before a sellout crowd at
fot. John Roca/NY Daily News Archive/Getty Images)

Sierpień 1998 r., sala gimnastyczna podmiejskiego liceum w Los Angeles. Szesnastoletni Jeff Weiss wślizguje się na plan teledysku, na którym dziewczyna z warkoczami śpiewa „Baby One More Time”. A teraz, po latach, ten sam człowiek napisał książkę o tej samej dziewczynie z warkoczami.

Ale bohaterką „Czekając na Britney Spears” nie jest sama Brit. Książka Jeffa Weissa to także portret popkulturowego uniwersum przełomu lat 90. i 00., dokumentacja narodzin współczesnej popkultury, opowieść o mediowym prymacie MTV, o tabloidach i kulcie sławy… ale też o życiu pod gigantyczną presją, bez jakiejkolwiek prywatności. Britney Spears mogłaby powiedzieć: been there, done that.

Przeczytajcie fragment tej książki, który publikujemy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora.

To było tak, jakby bomba kasetowa eksplodowała słodyczą. Lepkie basowe wibracje wstrząsnęły żeliwną klamką ciężkich drzwi do sali gimnastycznej. W ciszy między dźwiękami muzyki piszczały gumowe podeszwy i słychać było głuchy dźwięk odbijanych od posadzki piłek.

Wiązka fortepianowych nut wystrzeliła nas wszystkich w następne stulecie. Nagle szkolny korytarz przesycony wonią feromonów, tanich perfum i świeżego potu wypełnił płynący z głośników warkliwy jęk: Oh, bay-bee, bay-bee. Nie mieliśmy z tym żadnych szans.

Na drzwiach do sali gimnastycznej zawisł agresywnie czerwony napis: „ZAKAZ WSTĘPU. Nie dotyczy członków obsady i ekipy technicznej”. Nie zniechęciło mnie to – w końcu pół godziny wcześniej grałem tam w kosza. Zanim zdążyłem wyjść z szatni, rozpoczęły się zdjęcia do teledysku – jak powiedział mój trener: „jakiejś gwiazdeczki pop, której nikt nie zna”. Niewiele nas to obeszło. Szkoła leżała w zachodniej części Los Angeles, niedaleko plaży, więc ekipy filmowe stanowiły dla nas chleb powszedni. Zwykle członkowie mojej drużyny pętali się w pobliżu, próbując zarywać do dziewczyn z planu, ale dziś był ostatni piątek letniego semestru i nikt poniżej Destiny’s Child nie zatrzymałby chłopaków w szkolnych murach.

W tamto gorące popołudnie nie miałem nic do roboty. Kręciłem się więc po korytarzu łączącym szeregi naszych szkolnych szafek ze światem zewnętrznym. Kursowałem wzdłuż ściany z beżowych pustaków, poznaczonej pismem klinowym lokalnych gangów – Venice 13 czy Shoreline Crips – i nadstawiałem uszu. Ta nuta skruszyła moje uprzedzenia wobec słodziutkiego dziewczęcego popu. W niczym nie przypominała kawałków Snoopa, Nate Dogga ani 2Paca, które dobiegały tego lata z każdego przyzwoitego sound systemu od Long Beach po Chatsworth. Ale jak nawinął wielki Makaveli, nie ma co zaprzeczać (I won’t deny it). Ktokolwiek śpiewał za tymi drzwiami, wiedział, jak ukoić nasze wszelkie bolączki – poza samotnością, która zabijała.

Czy ona właśnie poprosiła, żeby ktoś znowu ją uderzył?

Mam ograniczone zaufanie do ludzi twierdzących, że zrozumieli przeszłość – nie mówiąc już o tych przepowiadających przyszłość. Ale od czasu do czasu – jeśli masz szczęście albo ktoś rzucił na ciebie urok – dostrzegasz przebłysk tego, co nadejdzie. Pytanie, które spadło na mnie tamtego sierpniowego popołudnia w dziewięćdziesiątym ósmym, brzmiało: How was I supposed to know? Skąd mogłem wiedzieć? Problem w tym, że zazwyczaj nie wiesz. Jako szesnastolatek stanąłem twarzą w twarz z nieodwracalnym biegiem wypadków, wyposażony jedynie w mętne przeczucie. Ujrzałem połyskliwą wizję niewiarygodnego sukcesu.

Los rzucił już kości. W którąkolwiek stronę bym spojrzał, horyzont zdarzeń filował i drżał.

Drzwi do sali gimnastycznej stały otworem. Nikt nie zwróciłby uwagi, gdybym się przez nie prześlizgnął, szczególnie w moim stroju koszykarza pasującym do klimatu teledysku. Wychowano mnie w przekonaniu, że lepiej się pokajać po fakcie, niż prosić o pozwolenie. Jeśli coś spaskudzisz – przeproś. Kiedy dorastaliśmy, bazgraliśmy po murach i włamywaliśmy się na budowy, żeby jeździć deskorolkami po dnie pustych basenów. To, co zamierzałem zrobić, w najgorszym razie można nazwać drobnym aktem obywatelskiego nieposłuszeństwa. W końcu chodziłem do publicznej szkoły i ciągle nam powtarzano, że jesteśmy tu po to, żeby się czegoś nauczyć.

Nie będę ściemniał. To nie tak, że kiedy wślizgnąłem się do tego starego budynku w stylu art déco, wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie, łomotało mi serce, spowił mnie żar, a paleta barw zmieniła się w paczkę Skittelsów. Nic z tych rzeczy. Na przeciwległej ścianie wciąż wisiały wielkie białe litery tworzące nazwę naszej szkolnej drużyny, Gondolierów, nazwanej tak od pobliskich, dziś już zapuszczonych kanałów, zbudowanych sto lat temu przez cwanego dewelopera, który próbował stworzyć tu fałszywe księstwo.

Szkolna drużyna cheerleaderek znikła bez śladu. Zastąpiono je tancerkami o ciałach jak z MTV. Stały sobie na połowie boiska i plotkowały, ubrane w dresy i topy bez rękawów. Grupa jakichś przychlastów w białych strojach próbowała w tym czasie trafić piłką do kosza. Biegali po tej samej twardej nawierzchni, z której pół godziny wcześniej zeszli nasi.

Na trybunach siedzieli statyści, żując gumę i czekając na swoją kolej. Dyrektor castingu zatrudnił zróżnicowaną rasowo, lecz jednolitą w wyrazie grupę „szkolnych osiłków”. Wyglądali, jakby sklonowano ich w bunkrze pod najbliższym sklepem American Eagle.

Menedżerowie z wytwórni płytowej, koordynatorzy produkcji, asystenci reżysera, styliści, wizażyści i fryzjerzy – wszyscy tłoczyli się wokół dziewczyny w moim wieku. Miała włosy w kolorze toffi splecione w dwa warkocze i z kosmykami grzywki spadającej na czoło. Wyglądała jak finalistka konkursu Miss Pięknej Cery: istota utkana z marzeń, a zarazem dziewczyna z sąsiedztwa. Najgorętsza modelka w tym sezonie, lecz wciąż spowita mgiełką nastoletniej idylli. Wystarczająco seksowna dla „Rolling Stone’a”, ale dość grzeczna, by ozdobić świąteczny numer „Seventeen”. Miała na sobie burgundowe spodnie od dresu i sportowy stanik w jadowicie żółtym kolorze. W jej podłużnych oczach koloru Coca-Coli lśniło pragnienie uszczęśliwienia każdego, kto się do niej zbliży. Była uprzejma i wdzięczna wobec siwiejących facetów w drogich marynarkach; uśmiechała się do nich szeroko, trzepocząc długimi rzęsami i z szacunkiem pochylając głowę. Efekt był czarujący – odchodzili przekonani, że dzieciaki jednak bywają w porządku. Ekipa od włosów i makijażu czekała w pobliżu, żeby w ostatniej chwili poprawić to czy tamto. Co kilka minut pojawiały się tancerki niewiele starsze od samej gwiazdy. Szeptały jej do ucha jakieś sekrety, wywołując salwy śmiechu. Próbowałem wyczytać coś z ruchu ich warg, choć nietrudno było się domyślić, o czym rozmawiają. Bez krępacji taksowały chłopaków obecnych na planie, opierając się sobie na ramionach.

Ona urodziła się, by zdobywać pochwały rówieśników. Nawet wredne dziewczyny nie miałyby innego wyjścia, jak tylko docenić jej talent i niewymuszone piękno. Poza tym była po prostu przemiła. Typ wybranki szkolnego gwiazdora futbolu, która mimo swojego statusu wciąż traktuje kujonów jak ludzi. Emanowała naturalnym urokiem i pokorą dziewczyny z małego miasteczka. Można było dostrzec manieryzmy kogoś, kto od maleńkości pracuje w show-biznesie, lecz jej entuzjazm rozpraszał cyniczne podejrzenia. Rozmawiając z ludźmi ze swojego wewnętrznego kręgu, śmiesznie marszczyła nos, wytrzeszczała oczy, robiła miny i żartobliwie klepała ludzi po nadgarstkach. Wzbudzała bezwarunkową sympatię.

Autor książki, Jeff Weiss, jest dziennikarzem muzycznym i krytykiem kultury. Publikował m.in. w „The Washington Post”, „Los Angeles Times”, „Pitchfork”, „The FADER”, „LA Weekly”. Polskim wydawcą książki „Czekając na Britney Spears” jest Wydawnictwo Agora.

Jeff Weiss, Photo credit is Krista Schlueter 2.jpg
fot. Krista Schlueter / materiały promocyjne Wydawnictwa Agora

czekajac na britney_okladka.jpg
fot. materiały promocyjne Wydawnictwa Agora

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Różne pokolenia, ta sama zajawka. Piszemy dla was o wszystkich odcieniach popkultury. Robimy to dobrze.