Miły ATZ: „Wrażliwy influencer mógłby się poczuć nieswojo” (WYWIAD)

 Miły ATZ
fot. Szymon Mroczkowski

W czasach postępującej tiktokizacji rzeczywistości i prób zamykania rozmów o sztuce w kilkuset znakach – Miły ATZ pokazuje, że nie interesuje go powierzchowność; lubi opowiadać o muzyce w bardziej złożony sposób. Rozpiętość tematów w wywiadzie z autorem „Atezetcore: Overdrive” jest więc bardzo szeroka – od Rick Rubina, przez kwasowe (i nie tylko) grafiki, aż po... jamajski skunk importowany do Gdyni przez port w Manchesterze.

O muzyce duetu Skalpel czasem mówiło się, że to ścieżka dźwiękowa do filmu, który nigdy nie powstał. A ty jak scharakteryzowałbyś swój obecny ATZ Sound?

To chyba trochę smutne, że tak o nich mówią, ale z drugiej strony świadczy to o tym, że kiedy ich słuchasz, film sam pojawia się przed oczami. Moje kawałki pojawiały się w kilku filmach, choć raczej nie ma się czym chwalić. Głównie były to sceny imprezowe i to by się zgadzało, ale traktowanie tego jako pełnej charakterystyki byłoby sporym spłyceniem. Robię muzykę, która sprawdza się w bardzo różnych sytuacjach i nastrojach. Jako DJ również mam szeroki wachlarz – na różne okazje. Poza tym wolałbym sam tego nie charakteryzować, nie czuję się dobrze w tej roli. Żeby zrobić to precyzyjnie, musiałbym użyć wielu terminów i nazw, ale to niezbyt sexy. Ostatecznie, jeżeli ktoś nie zna historii i pochodzenia gatunków, które mam na myśli, ma w głowie głównie etykiety albo – co gorsza – stereotypy. Ja, myśląc gatunkami, widzę ulice miast, w których powstawały kluby, subkultury i środowiska, z których one wyrastały. Niech muzyka mówi sama za siebie – na żywo i w nagraniach.

Podzielę się z tobą koktajlem myślowym, który powstał mi w głowie po odsłuchu „Overdrive”. Zastanawiałem się, jak ten materiał sprawdziłby się na chamskich rave'ach i fluorescencyjnych imprezach napędzanych kwasami sprowadzanymi z Berlina, organizowanych przez „Skandala” w głębokich najntisach.

To brzmi jak plan! Zmieniłbym jedynie kwasy z Berlina na jamajski skunk importowany do Gdyni przez port w Manchesterze. Dodałbym jeszcze, że akcja dzieje się w 2026 roku. Ale w najntisach na bank by to docenili, chociaż – mimo wszystko – brzmiałoby to dla nich mocno futurystycznie. Na EP-ce „Overdrive” są numery, które na takiej imprezce siadłyby jak złoto, ale myślę, że większości mogliby nie przyswoić do końca. Mimo że jest tam trochę inspiracji końcówką lat 90., to bliżej mi do drugiej dekady XXI wieku i tego, co działo się wtedy w Wielkiej Brytanii – rzeczy spod szyldu Exit Records, całej sceny future jungle, halftime'u i wszystkiego, co soundsystemowe i przekracza 160 BPM.

Jaka przestrzeń byłaby idealna dla takiego grania?

Ciekawe, bo od dłuższego czasu mam fazę, że każdy numer jest dla mnie jakąś przestrzenią, pokojem albo pomieszczeniem, które ma swój specyficzny design i vibe. Jedno może być przytulnym pokoikiem z lampą lawą i hamakiem pod sufitem, inne – industrialnym magazynem pełnym gruzu. Gdybym miał fantazjować o idealnym miejscu do zagrania DJ seta, w którym łączyłbym moją ostatnią EP-kę z selekcją ATZ Sound, to byłoby to chyba połączenie trójmiejskich klubów Drugi Dom, 100cznia Inside i B90. Ze 100czni zostawiłbym obsługę i całą infrastrukturę. W B90 byłby main stage z dwoma topowymi soundsystemami z Europy, spiętymi w jeden – powiedzmy 16 scoopów – ale grającymi to samo w tym samym czasie, ustawionymi naprzeciw siebie, skierowanymi do środka parkietu. Na jednej ze ścian byłoby przejście do Drugiego Domu, który mógłby zostać taki, jaki jest. Wiadomo – jakieś ozdóbki, fluorescencyjne dekoracje podwieszone pod sufitem, tak jak mówisz, dużo świateł i scenografii. I to wszystko najlepiej jakieś sto metrów od plaży, gdzieś między Juratą a Helem.

Kiedy myślisz o industrialnych magazynach, przed oczami staje ci przemysłowy Manchester? To kierunek, w którym dziś najczęściej patrzysz?

Manchester nie padł przypadkowo. Nigdy tam nie byłem, ale od wielu lat płynie do mnie z tego miejsca masa inspiracji. Nie tylko jeśli chodzi o MCs, ale również o producentów. Ich estetyka swego czasu trafiała do mnie nawet bardziej niż ta z Londynu czy Bristolu, chociaż te miasta też mam przed oczami, gdy o tym wszystkim myślę. Moje doświadczenia z brytyjskim clubbingiem, o dziwo, nie są zbyt bogate. Sam Londyn nie był szczególnie zachęcający. W centrum mega kolejki do klubów, skanowanie dokumentów, kontrole jak na lotnisku i tym podobne. Zazwyczaj wygrywały puby z barem na dole i salką klubową na piętrze. Na nielegalny rave w opuszczonym warehouse'ie nigdy nie trafiłem. Pewnie dlatego, że podróże do Anglii to dla mnie głównie czas spędzany z rodziną, chociaż zwiedziłem tam kilka ciekawych czipoterni. Największy wpływ na mnie miał Outlook Festival w Chorwacji – zjazd największych basowych kozaków z całego świata. Każda z ośmiu – albo i więcej – scen jest genialnie nagłośniona, na połowie nawija jakiś topowy MC, a selekcja mówi sama za siebie. Do tego tańczysz po kostki w wodzie albo wajbujesz na boat party. Bycie tam to zetknięcie się z mistyką tego uniwersum. Trzeba tam pojechać, żeby zrozumieć, o czym ja się produkuję od tych wszystkich lat. Zaliczenie przypadkowego rave'u na Brixtonie mogłoby wielu ludzi odstraszyć. W tym roku też wybieramy się tam całą ekipą. Poza tym mam na celowniku londyński Notting Hill Carnival, gdzie na ulicach miasta dzieje się jakiś kompletny rozpierdol. Bristol też obowiązkowo, chociaż to wszystko jest cholernie drogą imprezą.

Co masz na myśli, mówiąc, że taki randomowy rave na Brixtonie mógłby odstraszyć ludzi?

To, że w dzisiejszych czasach jesteśmy rozpieszczeni, jeśli chodzi o infrastrukturę i wyposażenie klubów. Jest ciepło, masz szatnię, strefę relaksu, bar i nie musisz sikać do dziury w podłodze. Warehouse'owe rave'y z lat 90. odbywały się w miejscach, gdzie takich udogodnień po prostu nie było, więc niejeden wrażliwy influencer mógłby się tam poczuć nieswojo.

A z początku były to przecież nielegalne imprezy, więc ten podziemny i surowy klimat był czymś naturalnym. Ale żeby nie robić tu kącika historycznego – lubisz muzykę, która nie brzmi jak projekt zaplanowany od A do Z, tylko zostawia miejsce na przypadek i spontaniczność?

Chyba nie. Jak teraz o tym myślę, to przypadkowość bardziej utożsamiam z brakiem wizji, umiejętności albo wiedzy w jakiejś sferze niż z czymś cool. Bywa, że komuś przypadkiem wyjdzie coś fajnego, ale każdy, kto siedzi w muzyce trochę dłużej, jest w stanie odróżnić syndrom nowicjusza od świadomych wyborów, eksploracji, zabawy formą i gry z absurdem. Jako artysta uważam z kolei, że trudno zaplanować od A do Z coś, co finalnie jest abstrakcją. Po jednej stronie spektrum są industry planty i intencjonalne robienie muzyki, po drugiej – profesorowie przecierający szlaki, którzy codziennie robią coś z niczego, przekuwając swoje doświadczenia i inspiracje w nową jakość. A to, czy bodźce skłaniające tych drugich do tworzenia oraz decyzje, które podejmują w procesie twórczym, są dziełem przypadku, czy może tak chciał Bóg albo pochodzą ze świata idei, zostawmy filozofom.

Wobec tego jakie założenia towarzyszyły ci, gdy siadałeś do pracy nad „Overdrive”?

W styczniu poprzedniego roku, gdy opadł kurz po „Acid Moro”, wróciłem do pracy nad nowymi kawałkami i wtedy faktycznie panował chaos. Do tego doszedł proces zamykania Świętego Bassu i budowania ATZ Sound. To był dla mnie trudny okres, ale mimo wszystko wciąż coś powstawało. Jedyne, co wtedy wiedziałem, że potrzebuję krótkiej formy, pełnego spektrum moich muzycznych zajawek i wyjebania się na oczekiwania – swoje oraz innych. Pod koniec roku okazało się, że uzbierało się już tego całkiem sporo, więc zacząłem grupować poszczególne numery, trochę tak, jakbym układał z nich osobne DJ sety. Wyszły z tego cztery foldery, a każdy opisuje mnie z trochę innej perspektywy. Każdy stworzył jakiś inny żywioł we mnie. Dlatego cały album składa się z czterech części, które tworzą ATEZETCORE – mój rdzeń w wielu znaczeniach tego słowa. Kwestie merytoryczne zawsze były dla mnie konceptami w mikroskali pojedynczego kawałka, a nie całej płyty. Jeśli więc kiedykolwiek były lub będą jakieś korelacje między utworami, to powstały podświadomie. Oddaję to siłom wyższym, wymiarowi czasu i przestrzeni, bo chyba wciąż czuję się zbyt głupi, żeby z góry planować wiadomość dla ludzkości, która miałaby wybrzmieć z całego albumu, zanim usiądę do napisania pierwszego wersu. Ostatecznie wierzę, że przekaz płynący z moich ruchów i sztuki wykracza daleko poza słowa, które wypowiadam w kawałkach. Kreuję go każdym swoim wyborem. Tym, co czytam, jem, jak spędzam „wolny czas”, z kim go spędzam, jak traktuję ludzi i w co wierzę. To dzieje się w każdej sekundzie mojego życia, a gdy siadam do pisania, bywa, że jest już za późno, bo tutaj już nikogo nie oszukam, a na pewno nie siebie. Dlatego właśnie Rick Rubin pisał, że „prawdziwa praca artysty to jego sposób bycia w świecie”. Wiodę barwny żywot, więc taki będzie też ten album i każda z jego części. Przy okazji żyję dużo zdrowiej niż kiedykolwiek i słuchaczom też tego życzę. Cytując siebie sprzed lat: „Mój rap to moje wnętrze, co lepsze w tym całym zgiełku / Ciągle je wietrzę, by nie sprzedawać gówna w papierku”.

Co masz na myśli, mówiąc, że żyjesz dużo zdrowiej?

Zdrowiej w moim przypadku znaczy tyle, że dużo rzadziej melanżuję niż kiedyś, lepiej jem, uprawiam sport, spędzam więcej czasu na świeżym powietrzu i mam dużo mniej złych emocji w codziennym życiu oraz relacjach z bliskimi. Te zmiany przychodziły stopniowo na przestrzeni kilku lat. Zaczęły się wtedy, gdy w wielu z tych sfer dotknąłem skrajności i dostrzegłem, że mam problem. Czy to z piciem, swoją wagą, kondycją, relacjami czy z własną głową. Duży wgląd w siebie i otaczającą mnie rzeczywistość dały mi psychodeliki. Jestem przekonany, że w moim przypadku przyspieszyły proces przemiany, adaptacji do rzeczywistości, pogodzenia się z życiem i wzmocniły efekty psychoterapii.

Psychodeliki widzę też w oprawie wizualnej twojego wydawnictwa. Z czego czerpaliście robiąc te wszystkie kwasowe fotosy i grafiki?

Każda część albumu to inna opowieść wizualna, które spaja koncept pór roku oraz poszczególnych kolorów modelu CMYK. W obu przypadkach cztery elementy składają się w całość – tak jak finalnie EP-ki i style, które reprezentują, złożą się na ATEZETCORE. Za design całości odpowiada duet, który nazwałem GUAZURYAN, czyli Janek Mazur i Karol Guaguo. Dzięki temu, że obaj panowie są bardzo bliskimi mi osobami, pewne rzeczy dzieją się bez słów. Znają mnie bardzo dobrze od lat, szanujemy się jako ludzie i artyści, ufamy swojemu zmysłowi estetycznemu, a sam proces twórczy jest dla mnie niezwykle satysfakcjonujący, zwłaszcza gdy mamy możliwość spotkania się i wspólnej rozkminy. Myślę, że cały koncept z perspektywy Janka i Karola spokojnie zasługiwałby na case study, zresztą tak samo jak poligrafia „Acid Moro”, bo smaczków jest tam od groma.

Która oprawa graficzna jest dla ciebie kompletna?

Ciężko wybrać jakiś jeden przykład, bo jest ich mnóstwo, więc zamiast tego wspomnę, że szanuję każdy przejaw kreatywności i zaangażowania w budowanie języka wizualnego, który idzie równolegle z muzyką, wnosi coś do wyobraźni odbiorcy i budzi dodatkowe emocje. Dla wielu artystów wizualnych współpraca z muzykami, którymi się jarają, jest zaszczytem — i działa to w obie strony. Jedno nakręca drugie: my promujemy ich skill, a oni naszą muzykę. Często jest to dla nich najlepsza szansa na większy rozgłos, dzięki czemu mogą również sprzedawać swoje prace lub zgarniać nowe zlecenia. To oni nadają nam tożsamość, robią z nas superbohaterów. Mogę powiedzieć, że dużo bliżej mi do środowiska designerów i malarzy niż muzyków i raperów. Dzięki temu w ostatnim czasie miałem wiele okazji uczestniczyć w ich procesach kreatywnych, czasem nawet delikatnie się w nie angażując i służąc dodatkowym okiem. Dużo się dzięki temu nauczyłem i jeszcze bardziej doceniłem profesję tych ludzi.

Polskim twórcom zależy na tym, żeby aspekty pozamuzyczne stały na wysokim poziomie?

Wielu twórcom bardziej zależy na tych aspektach niż na samej muzyce. Wtedy wizerunek często staje się karykaturą ich samych albo przerostem formy nad treścią. Jeśli stoi za tym jakiś artyzm, to spoko. Gorzej, kiedy kreatywność kończy się na wydaniu chorych pieniędzy na outfit czy łańcuch. Na pewnym etapie sztuka wizualna towarzysząca muzyce staje się po prostu narzędziem do podkreślania swojej pozycji na scenie i eksponowania przepychu. Czasem mnie to bawi – jak wyflexowany raper w outficie za sto tysięcy w klipie nagranym iPhone'em. Co ciekawe, wysokość zarobków z muzyki wcale nie idzie w parze z chęcią płacenia podwykonawcom uczciwych stawek. Wielu nadal kombinuje, jak znaleźć małolata, który zrobi wszystko „na zajawie” albo za portfolio. I rozumiałbym to – wszyscy dobrze wiedzą, że robienie klipów rzadko się opłaca – gdyby ci sami ludzie nie rapowali jednocześnie o tym, ile baniek przytulili na ostatnim projekcie. Poziom tej sztuki wizualnej i to, z kim pracują, mógłby być dla nich swego rodzaju „przewózką”, którą my, raperzy, tak kochamy. Być może teraz za daleko odpłynę, ale inwestując swoje pieniądze w ten sektor kultury, mogliby realnie wpływać na jego rozwój. Artystom wizualnym potrzebna jest lepsza ekspozycja. Nie możemy traktować ich jak robotów, które generują obrazki do muzyki, byle tylko lepiej się sprzedała. Może kiedyś zajdzie w tej materii podobna zmiana jak w przypadku producentów muzycznych, którzy jeszcze do niedawna pozostawali w głębokim cieniu wokalistów.

Chcesz coś jeszcze do tego dodać?

Oczywiście dostrzegam też drugą stronę – artystów, którzy doceniają wkład twórców wizualnych i potrafią połączyć to wszystko ze smakiem, niezależnie od skali projektu. Niestety łatwiej przychodzi mi krytykować niż propsować, bo nadal jestem w procesie godzenia się z tym, że ostatecznie wszystko jest kwestią gustu. Da się jednak zauważyć pewną dysproporcję w tym, co dla branży jest dziś najważniejsze – z wyraźnym przechyłem w stronę aspektów pozamuzycznych. Paradoksalnie, im niższa jakość tych treści, tym łatwiej trafiają one do masowego odbiorcy. No i kółko się kręci. Sam już nie do końca za tym nadążam i chyba też z chęcią zatrudniłbym kogoś, kto wymyślałby mnie w internecie. Teraz podobno wygrywa autentyczność, ale ją też trzeba umieć pokazać. A gdyby wszyscy naprawdę zdjęli maski i pokazali, kim są, to dopiero byłyby jaja. Niech żyje kreacja.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz