Mityczne Ramsau i różne przygotowania indywidualne. Gdzie skoczkowie mogą i szukają swojej formy?

Zobacz również:Kto otrzyma najlepsze noty? O skoczkach, którzy mogą nieco namieszać w nadchodzącym sezonie
Kamil Stoch
Fot. Sebastian Widmann/Getty Images

Jak często w kontekście polskich skoków narciarskich, szczególnie Adama Małysza, słyszeliśmy o „szukaniu formy w Ramsau” lub próby znalezienia dyspozycji na inne sposoby? Zimowe sporty indywidualne, dzięki specyficznemu kalendarzowi zawodów, muszą – mówiąc kolokwialnie – kombinować z treningami, by wydostać się z dołka. Jak robili to polscy skoczkowie? I czym jest to mityczne Ramsau?

Kamil Stoch nie wszedł do drugiej serii żadnego z dotychczasowych konkursów Turnieju Czterech Skoczni, a w Innsbrucku nawet nie przeszedł kwalifikacji, po czym został wycofany z całej imprezy. Pozostali Polacy zanotowali progres, ale wciąż nie jest to poziom medalowy, na jaki liczyliśmy przed sezonem. Pomysłów na poprawę sytuacji jest wiele, ale nie wiadomo, czy którykolwiek okaże się skuteczny. Specyfiką sportów zimowych są bowiem regularne Puchary Świata, a czasu na treningi jest w trakcie sezonu niewiele.

MAGICZNE RAMSAU

W przypadku naszych reprezentantów odpowiedzią na gorsze skoki są często „spokojne treningi”. Nawet teraz większość kibiców mówi w kontekście Stocha, że „to trzeba na spokojnie”. A jak trening na spokojnie, to jest tylko jedna skocznia, która przewija się w tych rozważaniach przez ponad dwadzieścia ostatnich lat.

Ramsau. Nieironicznie możemy stwierdzić, że dzięki tej niewielkiej miejscowości na zachodzie Austrii polskie skoki zyskały co najmniej kilka medali, cofając się jeszcze do czasów Adama Małysza. Jednak dlaczego to właśnie na tę małą skocznię o punkcie konstrukcyjnym K-90 tak ciągną skoczkowie z całego świata?

To nie tylko Małysz, który szlifował tam formę już przed mistrzostwami świata w 2003 roku (dwa złote medale), ale też – co oczywiste – Austriacy, Niemcy czy inni nasi reprezentaci, chociażby ostatnio, przed zawodami w Engelbergu. Treningi w Ramsau nie okazały się – przynajmniej na ten moment – medalowe, ale część z tych skoczków (Dawid Kubacki, Jakub Wolny), którzy się tam pojawili, zanotowała progres.

W Ramsau szukamy magii, która często wynika z tego, że skocznia jest mniejsza i bardzo wymagająca. Stara „skokowa” prawda mówi o tym, że wszelkie błędy najlepiej budować od podstaw, czyli od mniejszych skoczni. Ramsau ten warunek spełnia (K-90), ale przecież takich skoczni w Europie jest cała masa. Tu dochodzi drugi z ważnych aspektów – bardzo krótki, ale w miarę wysoki próg, co sprawia, że ten obiekt nie wybacza nawet pojedynczych błędów w koncentracji. Jeśli nauczysz się dobrze odbijać w Ramsau, to na innych obiektach nie powinno być z tym większych problemów. Fakt, że skocznia słynie z regularnych i w miarę przewidywalnych wiatrów (inne mogłyby łatwo popsuć plany treningowe) również pomaga, a do tego dochodzą oczywistości, takie jak fakt, że skoczkowie mają tam po prostu spokój.

Skocznia w Ramsau ma też jedną dużą, choć bardzo prostą zaletę – jest dostępna. Jest wysoko położona (ok. 1500 m n.p.m.), a to oznacza, że już na początku grudnia (albo i wcześniej) warunki do skakania są więcej niż optymalne. Śniegu raczej nie brakuje, a i opieka nad skocznią jest prawidłowa. Dzięki temu można tam się wybrać w zasadzie przez cały sezon, szczególnie wtedy, kiedy inne obiekty mogą mieć problemy. Dokładnie tak było z Kubackim i spółką w tym sezonie, ponieważ jednym z powodów wyjazdu do Ramsau był fakt, że skocznia w Szczyrku była nieprzygotowana.

POLSKIE RAMSAU?

Na ten moment jednak Kamil Stoch do Ramsau się nie wybiera. Podjął decyzję, że rezygnuje z Turnieju Czterech Skoczni, jednak mimo wszystko trudno sobie wyobrazić, że polska kadra, choćby w części, ponownie wyjeżdża do Ramsau na niedługo przed igrzyskami olimpijskimi w Pekinie. Nie oznacza to jednak, że „spokojne treningi” nie wchodzą w grę. Jan Szturc, wujek i pierwszy trener Adama Małysza, w rozmowie ze sport.pl sugeruje, że nasz lider powinien iść nawet o krok dalej i cofnąć się do jeszcze mniejszych skoczni, chociażby obiektu w Wiśle-Łabajowie (K-65).

To właśnie na tej skoczni Szturc wielokrotnie naprawiał błędy Małysza i Piotra Żyły, co sugeruje, że nawet najwięksi mistrzowie czasem muszą wrócić do absolutnych podstaw. W tej kwestii Łabajów można nawet nazwać „polskim Ramsau”, choć będzie to oczywiście nieco na wyrost.

Taki pomysł nie jest wcale wykluczony, o ile faktycznie Polacy (lub sam Stoch) będą się jeszcze decydować na treningi poza Pucharem Świata. Oczywiście w sportach zimowych można dochodzić do formy startami – tak przez lata robiła Justyna Kowalczyk, która nie rezygnowała z Tour de Ski, mimo że robiły to jej rywalki. Stoch mógł dojść do podobnego wniosku i stwierdzić, że chce mieć porównanie do najlepszych, jednak to porównanie w Innsbrucku wypadło niezwykle słabo. Czy wycofanie się z TCS coś zmieni?

SPOJRZENIE Z ZEWNĄTRZ

Teoretycznie Szturc jest też odpowiedzią w kolejnej z opcji na poprawę dyspozycji. Często mówi się o konsultacjach z trenerem z zewnątrz kadry, który miałby świeże spojrzenie na skoczków. I nie oznacza to wcale, że szkoleniowiec reprezentacji jest niewystarczający. Czasem po prostu nawet najlepszy trener będąc blisko może przeoczyć oczywisty dla kogoś innego błąd.

W dyskusjach na ten temat często przewija się właśnie Szturc. To on pomagał Małyszowi, Żyle, a faktem jest też to, że Tomaszowi Pilchowi potrafił pomóc w sprawach technicznych… rozmową telefoniczną. To zdecydowanie jeden z największych autorytetów szkoleniowych w polskich skokach i jego pomoc faktycznie mogłaby się okazać przydatna. A w dodatku jest dostępny „od ręki”. Jednak jeśli mówimy o samym Stochu (a to on jest teraz głównym problemem), to sam Kamil mógłby odmówić takiej propozycji i będzie to całkowicie zrozumiałe. Nasz mistrz nigdy ze Szturcem nie pracował, więc rozpaczliwe poszukiwanie formy z nieznanym sobie trenerem i to na dosłownie chwile przed najważniejszą imprezą czterolecia mogłoby się okazać bardzo ryzykowne.

To może inny trener, tym razem międzynarodowy autorytet? Wśród kibiców pojawiają się nazwiska Wernera Schustera, Alexandra Pointnera czy – to już chyba tradycja przy szukaniu trenerów – Miki Kojonkoskiego, jednak w tego typu współpracy również mielibyśmy ogromne ryzyko. Adam Małysz miał Hannu Lepistoe, jednak to była znacznie dłuższa współpraca, a nie szybki kontakt „za pięć dwunasta”. W dodatku to było idealne sportowe małżeństwo, które trudno będzie powtórzyć.

Czy z wymienionej trójki ktoś byłby w stanie tak zaopiekować się skoczkiem jak Lepistoe? Może Schuster, ale tu dochodzi jeszcze kwestia „nieznanego”, jak przy Szturcu i nawet jeśli uznamy, że opcja zagraniczna przebiłaby tę nieznajomość swoim warsztatem, to akcja organizacyjna tego typu współpracy na miesiąc przed igrzyskami wydaje się prawie niemożliwa. Pomijając już oczywiście chęć ewentualnego trenera i samego Stocha.

Bo tych drastycznych zmian nie będzie, jeśli Stoch sam nie uzna, że są one potrzebne. To on jest jednym z najwybitniejszych skoczków w historii i zna siebie i swoje skakanie jak nikt inny. To również on przezwyciężył już niejeden kryzys formy. Możliwe, że po sportowej katastrofie w Innsbrucku zmieni zdanie i podejmie inną decyzję co do swoich przygotowań.

Cokolwiek by Stoch nie zdecydował, miejmy nadzieję, że będzie to strzał w dziesiątkę, a reszta naszych skoczków będzie notowała wyraźny progres. Czas do igrzysk chyba jeszcze nigdy nie uciekał tak szybko.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uniwersalny jak scyzoryk. MMA, sporty amerykańskie, tenis, lekkoatletyka - to wszystko (i wiele więcej) nie sprawia mu kłopotów. Współtwórca audycji NFL PO GODZINACH.