Patrząc na niezbyt dobrą formę skoczków narciarskich, młodsi fani sportów zimowych mogą stwierdzić, że „tak źle przed igrzyskami jeszcze nie było”. Jednak nawet jeśli wyjdziemy poza skoki, to możemy zauważyć Natalię Maliszewską w short tracku czy coraz lepiej radzące sobie w rywalizacji międzynarodowej łyżwiarki szybkie. Szanse na medale są – nawet jeśli nie jest ich zbyt dużo. A przecież były czasy, gdy nie było ich wcale i trzeba je było sobie wymyślić.
O tym, że mimo wszystko żyjemy w całkiem niezłym okresie dla polskich sportów zimowych, niech świadczy fakt, że w XXI wieku zdobywamy minimum dwa medale na każdych zimowych igrzyskach, a łącznie po 2000 roku jest ich już osiemnaście. Dla porównania – w całym XX wieku (zimowa wersja igrzysk jest rozgrywana od 1924 roku) reprezentacja Polski zdobyła tych krążków… cztery, a od złota Wojciecha Fortuny z Sapporo (1972) do pierwszego medalu Adama Małysza (2002) mieliśmy pełne trzydzieści lat posuchy.
Igrzyska bez polskiego medalu byłyby teraz porażką i najgorszą zimową imprezą od lat. Kiedyś były formalnością, a szans – nawet takich jak aktualne w łyżwiarstwie szybkim – próżno było szukać. Kibice, a wraz z nimi media, musieli więc jakiekolwiek nadzieje tworzyć sami i często chodziło o pomysły naprawdę absurdalne. Mówimy też o czasach, w których Internet nie funkcjonował na taką skalę lub wcale, dlatego też każdą taką szansę, która w rzeczywistości do realnych nie należała, trudno było obalić np. wynikami z ostatnich startów znalezionymi w pięć sekund.
Prawdopodobnie żadnego z niżej wymienionych nazwisk nie uznawalibyśmy teraz za realną szansę medalową. Jednak w pewnym momencie każdy z nich był „pewniakiem”, a kibic robił to, co do niego należy – chwytał się ostatniego skrawka nadziei na cokolwiek.
Zaczynamy (nieprzypadkowo) z grubej rury. Jakim cudem Adam Małysz mógł być wymyśloną nadzieją olimpijską? Wydaje się to niemożliwe, jednak faktycznie był taki moment przed igrzyskami olimpijskimi w Nagano (1998). Młody „Orzeł z Wisły” faktycznie nie był już wtedy postacią anonimową. W końcówce sezonu 1995/96 wygrał swoje pierwsze zawody w Oslo na ulubionym potem Holmenkollen, a w sezonie 1996/97 czterokrotnie stawał na podium, dwukrotnie wygrywając w Japonii (Sapporo i Hakuba). Przed sezonem olimpijskim nie był faworytem z pierwszych stron gazet, ale można było mieć nadzieję na miłą niespodziankę. Szczególnie w reprezentacji, która jakiejkolwiek iskierki nadziei potrzebowała jak wody.
Do kategorii „nadziei na siłę” Małysza wrzucił jednak sam sezon olimpijski. Młody skoczek całkowicie rozpadł się zarówno fizycznie, jak i psychicznie, a do tego doszły nieporozumienia z trenerem Pavlem Mikeską. Późniejszy mistrz nie tylko nie stawał na podium – w całym sezonie 1997/98 Małysz ani razu nie znalazł się w czołowej dwudziestce zawodów Pucharu Świata! Mimo to przed samymi igrzyskami media rozpisywały się o młodym talencie i zwycięstwach Małysza, nie zwracając uwagi na to, że wszystkie miały miejsce ponad rok wcześniej.
Liczono na wystrzał potencjału, nie zwracając uwagi na to, że potencjał jest całkowicie rozbity. Na taką niespodziankę można liczyć w wykonaniu mistrza, który chwilowo się pogubił (trzymamy kciuki, Kamil), a nie młodego zawodnika, który przez cały sezon nie wykonał dobrego skoku. Efekt – dwa miejsca poza pierwszą pięćdziesiątką (!) i rozmyślania Małysza o końcu kariery. Na szczęście wybito mu to z głowy, bo tego fenomenu socjologicznego z czterema medalami olimpijskimi nikt nam już nie zabierze.
Niezwykle biedne pod względem jakości sportowej były dla nas igrzyska olimpijskie w Albertville (1992). Realnie rzecz ujmując, Polska nie miała tam ani jednej w miarę realnej szansy medalowej. Nawet małej czy jakiejkolwiek szansy na sprawienie niespodzianki. Kompletnie nic. Dlatego trzeba było ją sobie stworzyć i w ten sposób spojrzano w stronę Ustupskiego.
Kombinator norweski jest jedynym Polakiem w historii, który zajął miejsce w pierwszej trójce Pucharu Świata w tej dyscyplinie, jednak to podium miało miejsce w roku 1989. Na igrzyska w Albertville trzy lata później jechał zawodnik, który nigdy tego sukcesu nie powtórzył, a pojedyncze i rzadkie miejsca na końcu pierwszej dziesiątki to wszystko czym mógł się poszczycić. Media zbudowały więc nadzieję na drugim miejscu w zawodach sprzed trzech lat i… zwycięstwie w drugoligowym Pucharze Kontynentalnym w sezonie olimpijskim. Medalu to oczywiście nie przyniosło, choć Ustupski zajął znakomite jak na siebie ósme miejsce i był to najlepszy polski wynik na tych igrzyskach.
Nadzieja zbiorowa, bo często nie chodziło o jedno nazwisko. Snowboard w latach 90. był w Polsce czymś całkowicie nowym. Nie tylko na stokach, gdzie deski dopiero zaczynały się pojawiać. Również na ważniejszych zawodach, przy czym w przypadku zawodów snowboard raczkował również na poziomie międzynarodowym. W 1996 roku odbyły się pierwsze seniorskie mistrzostwa świata, a deskarze mieli zadebiutować na igrzyskach w Nagano (1998). Całkowicie nowa dyscyplina, w której nie wiadomo co się wydarzy i trójka Polaków (Jagna Marczułajtis, Małgorzata Rosiak, Łukasz Starowicz) już na pierwszych igrzyskach – czemu nie?
Całkowita nieznajomość debiutującej dyscypliny sprawiła, że polscy kibice narobili sobie niepotrzebnych nadziei. Rosiak miała medale mistrzostw świata juniorów w latach 1994-95, jednak w seniorach nie przejawiała umiejętności wystarczających na walkę o choćby czołową dziesiątkę światowych imprez. Juniorskie medale jednak wystarczyły, by zacząć podgrzewać atmosferę przed igrzyskami. Marczułajtis jeszcze nie była tą Jagną, którą poznaliśmy potem (w ogóle nie ukończyła swojego startu w Japonii), a Starowicz startował w czymś, czego polski kibic wcześniej nie widział – konkurencji half-pipe. I to wystarczyło, by liczyć na jego niespodziankę. Skończyło się na dwóch dziewiętnastych miejscach Rosiak i Starowicza w slalomie gigancie, a w tym nowym i pełnym nadziei half-pipe’ie Polak zajął… 35. miejsce.
Najbliżej realnej szansy była Marczułajtis na igrzyskach w Salt Lake City (2002) i Turynie (2006). Moglibyśmy ją porównać do Maryny Gąsienicy-Daniel przed tegorocznymi igrzyskami w Pekinie – zawodniczka należy do szerokiej światowej czołówki, jednak bardzo dużo musiałoby się wydarzyć wśród faworytek, by ostatecznie o medalu pomyśleć. Niemniej w Salt Lake City prawie się udało, bo Marczułajtis była czwarta i medalu pozbawiły jej jedynie upadki. Może jednak warto czasem nierealnie się rozmarzyć?
W latach 1972-1992 reprezentanci Polski w hokeju na lodzie pojawiali się na każdych możliwych igrzyskach. Zajmowali niezłe miejsca, od szóstego do jedenastego, jednak trudno było mówić o nich jak o jakichkolwiek kandydatach do medalu. Nie jest łatwo zresztą uznawać hokej na lodzie za jakąkolwiek szansę medalową w świecie, gdzie swoje drużyny zawsze wystawiają Kanada, Stany Zjednoczone, Rosja/ZSRR czy kraje skandynawskie.
Mimo to niemal co igrzyska pojawiała się mini nadzieja i w mediach, i w głowach kibiców. A to dali ją sami hokeiści, wkładając kibicom w głowy obraz legendarnego i wygranego meczu z potężnym ZSRR (bo skoro możemy ograć te gwiazdy, to możemy każdego!), a to swoje dołożyli… piłkarze, bo skoro oni znikąd zostali mistrzami olimpijskimi i trzecią drużyną świata, to czemu nie wierzyć w hokeistów? Niestety w hokeju nie zadziałało w ten sposób, a jakiekolwiek nadzieje okazały się wręcz absurdalne przy tak silnej światowej czołówce. Choć nie ukrywamy, w dzisiejszych czasach chętnie byśmy sobie o takich podyskutowali. Oznaczałoby to znaczący progres, bo od wspomnianego 1992 roku polskich hokeistów na igrzyskach nie było…
Całkiem długo zajęło polskiemu kibicowi oduczenie się robienia sobie niepotrzebnych nadziei w snowboardzie. W późniejszych latach za regularne olimpijskie szanse wśród deskarzy odpowiadał klan Ligockich – bracia Mateusz i Michał oraz ich kuzynka Paulina. I o ile Paulina faktycznie miała dwa medale mistrzostw świata w half-pipe’ie (na igrzyska przyjeżdżała jednak w gorszej formie i trudno było ją klasyfikować w gronie ścisłych faworytów), o tyle w przypadku Mateusza i Michała pojedyncze zwycięstwa i dobre występy sprzed lat potrafiły wmówić mediom i kibicom aż za dużo.
W Vancouver (2010) i Soczi (2014) mówiono w ten sposób o Mateuszu i jego występach w snowboardcrossie. Na kanadyjskich igrzyskach o jego szansach miały świadczyć miejsca na podium PŚ z 2008 roku, w Rosji – zwycięstwo odniesione rok wcześniej w dość specyficznych warunkach. A i w Turynie (2006) mówiło się sporo o Ligockim i snowcrossie, choć tam nawet trudno znaleźć podstawę wynikową. Może po prostu loteryjność sportu? Niemniej łatwo się domyślić, że najwyższe miejsce samego zawodnika (20.) odbiegało daleko od oczekiwań.
Do Salt Lake City (2002) jechaliśmy przede wszystkim z Adamem Małyszem i nasz skoczek udanie przełamał naszą trzydziestoletnią niemoc dwoma medalami. Byli jednak tacy, którzy w kontekście medali patrzyli też gdzie indziej. Pawła Zygmunta możecie kojarzyć nawet z telewizji, bo często występuje w roli eksperta od łyżwiarstwa szybkiego i trudno się temu dziwić – swego czasu był najlepszym łyżwiarzem w kraju. Rzecz w tym, że nie był łyżwiarzem na miarę medalu olimpijskiego, ale jedno wydarzenie pozwolili fanom uwierzyć w inną rzeczywistość.
Chodzi o mistrzostwa Europy w wielobojach, które odbyły się około miesiąc przed igrzyskami. W klasyfikacji generalnej Zygmunt był daleko, jednak w oczy rzucił się fakt, że w jednej z konkurencji – biegu na 10000 metrów – był drugi. Drugie miejsce w Europie w konkurencji olimpijskiej chwilę przed samymi igrzyskami to chyba szansa, prawda? – mogli zastanawiać się olimpijscy fani.
Niekoniecznie, bowiem mistrzostwa Europy w wielobojach mają to do siebie, że często nie startują tam najlepsi zawodnicy na poszczególnych dystansach (bo np. nie chcą jeździć dodatkowo nieswoich odległości), którzy trenują w tym czasie do swojej jednej, koronnej konkurencji. Szczególnie przed najważniejszą imprezą czterolecia. Miejsce na podium w pojedynczym biegu wieloboju oznacza niewiele na szerszą, światową skalę. Tak też było i tym razem, jednak ta informacja dotarła do fanów za późno i Zygmunt jechał do Stanów Zjednoczonych jako jedna z największych nadziei polskiej kadry. Skończyło się na dwóch czternastych miejscach.
W czasach kariery Tomasza Sikory Polacy miewali bardzo mocną sztafetę biathlonistów, która potrafiła zdobywać nawet medale mistrzostw świata. Działo się to jednak po igrzyskach w Lillehammer (1994), tak samo jak dopiero po norweskich igrzyskach Sikora został mistrzem świata. Niemniej przed zawodami dużo mówiło się nie tylko o Jaromirze Radke (on akurat był solidną szansą medalową w łyżwiarstwie szybkim), ale też i o biathlonistach.
Niewiele wskazywało na to, że sztafeta może o cokolwiek zawalczyć, jednak potencjał Sikory (miał już wtedy podium w PŚ) i pojedyncze przyzwoite występy reszty naszych zawodników sprawiły, że kibice zaczęli wierzyć w bardzo dobry wynik. Co więcej, te nadzieje bezpodstawnie utrzymały się po fatalnych biegach indywidualnych, w których najwyższym miejscem Polaków było miejsce 27. (Sikora wystąpił tylko w sprincie i był 32.). W sztafecie skończyło się na ósmej lokacie.