Otsochodzi: Najdłuższa sesja bez spania (reportaż z 7. numeru gazety newonce)

Otsochodzi
fot. Marek Fall

Kilka dni temu „RIOTT” pokryło się platyną, Otsochodzi promuje właśnie ten materiał podczas spektakularnej trasy koncertowej, więc to idealny moment, żeby przypomnieć o naszym reportażu z ostatniej prostej prac nad płytą.

Lubrza to wieś na Pojezierzu Łagowskim. Absolutnie topowa, malownicza Polska. Ostatni weekend sierpnia, pakuję się w ekspres Warszawa-Berlin i po niecałych czterech godzinach wysiadka w Świebodzinie. Dokładnie tym z blisko 40-metrową figurą Chrystusa Króla. Ze Świebodzina do Lubrzy zostaje rzut kamieniem. Można przejechać taksówką. Jak podaję pani adres, właściwie od razu pyta, czy jestem piosenkarzem i będę coś nagrywał.

W Lubrzy jest studio nagraniowe RecPublica. Mieści się w dwustuletnim poniemieckim młynie. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych przestano w nim mleć mąkę. Wszyscy twierdzą, że tu straszy. Światła się same zapalają, wjeżdżają interferencje, nachodzą dziwne fale radiowe na nagrania. Wspomniani wszyscy to: Otsochodzi, Lohleq i realizator Piotrek Zegzuła, który opowiada mi, że to studio jest mocno popularne w jazzowych kręgach. Przyjeżdża sporo muzyków z zagranicy, więc realizował w ostatnich dniach na wariata Islandczyków w sto godzin, żeby mieć przestrzeń na zamknięcie „RIOTT”. Fun fact: jeden z tych Islandczyków, potężny perkusista dał się namówić, żeby nagrać krótką partię, którą można usłyszeć w „INTTRO”.

Przyjeżdżam do Lubrzy w momencie, gdy cała trójka znajduje się na ostatniej prostej prac nad albumem. Dosłownie – na miejscu stawiam się w niedzielny wieczór, a materiał ma trafić do tłoczni następnego dnia o ósmej rano.

– „Czekaliśmy na gości. Weźmy Kubana. Dostaliśmy zwrotkę trzy dni temu. To już było pojebane, bo musieliśmy oddawać poligrafię. A, co jak wpiszesz kogoś, a on ci się jednak nie dogra? Poza tym ciągle coś. Ten miał sesje, Karol nad czymś pracował. Ja byłem w rozjazdach typu, że kręciłem klip. Amsterdam był mi w chuj nie po drodze, ale miałem to zabookowane od lutego, więc już nie mogłem tego zrzucić. Trochę nie było jak wcześniej skończyć miksów” – tłumaczy Otso. Ten Amsterdam to dlatego, że dotarł do Lubrzy właściwie prosto z koncertu A$AP Rocky’ego, który otwierał w Holandii europejską część swojej trasy. Pytam, skąd im się w ogóle wzięło to nagrywanie w lubuskim.

– „Nie umiem nagrywać w Warszawie. „Tarcho Terror” jeszcze zrobiłem na Tarcho, jak miałem swoje studio. „TThe Grind” powstało częściowo RHW na Żoliborzu, ale w większości już w Lubrzy. Nad nową płytą pracowaliśmy właściwie tylko tutaj. Jest dojebanie. Wbijasz się dwa piętra na górę i masz pokoje, kuchnię, mnóstwo przestrzeni. Możesz napierdalać na dole o 3 czy 4 nad ranem, a jak chcesz się przekimać, idziesz po prostu do pokoju w klapeczkach na górę” – mówi Otsochodzi.

– „Tutaj włącza mi się trochę inny mental. W Warszawie jest życie, są obowiązki, a jak przyjeżdżam do Lubrzy, mam możliwość odcięcia się od wszystkiego” – dorzuca Lohleq.

Początkowo siedzimy w imponującym live-roomie. Jeśli chodzi o powierzchnię, rezolutny deweloper zrobiłby z tego dziesięć mikrokawalerek. Ale zostaje jeszcze wysokość, jakieś osiem metrów. W moim pierwszym kwadransie w Lubrzy grany jest akurat temat drumlessa „CLA” z Włodim. Chłopaki mają mocny focus na wykorzystanie skitu z albumu „Radio Ewenement 5 G FM”.

– „Dzwoniłem do Pawła. Niestety facet chorował i zmarł 20 lat temu. Przykre to jest. Chcieliśmy odpuścić, ale Włodi powiedział, że to właśnie oddanie szacunku po latach i według niego możemy to zrobić. Dla mnie to jest coś wyjątkowego i fajnie, że ta historia będzie pisać się dalej. Tylko nie wiem, czy to się uda, bo na razie przymierzamy na różne sposoby i nic się nie sprawdza. To musi wejść” – tłumaczy Otso.

W tym utworze pada wers o tym, że „emocje czuje tylko na samplu”. I na miejscu opowiada mi o tym, jak jara się, że wiele numerów na „RIOTT” powstało z wykorzystaniem sampli, z których przecież się wywodzi.

– „Nagle przekładasz je na coś, co jest w kurwę świeże; jest nowoczesnym rapem, aktualnym rapem!”.

Tutaj jest zresztą sporo smaczków. Typu, że na wcześniejszym etapie prac chłopaki siedziały nad „WIĘCEJ NIEBA” i waliły głową w mur. A w Lubrzy miał miejsce szczęśliwy uśmiech losu, bo Otsochodzi – jadąc po szlugi do Świebodzina – włączył swoją starą playlistę i nagle zagrali mu D-Bomb, których na tej playliście w ogóle nie było. I cyk, numer właściwie gotowy. Piotr Schulz wylądował z kolei na „RIOTT” poprzez TikToka o polskim yacht rocku. Co tam jeszcze? Poruszam temat „Studentki” Norbiego, która znalazła się na początku „WSZYSTKO MIJA”. Okazuje się, że pierwszym strzałem było „Rozkołysz się”, które ostatecznie zostało zsamplowane na nowej płycie. Otrzymaliśmy w ten sposób niezły twist – gościnkę „griseldowego” 3BB w utworze zbudowanym na przeboju Norbiego. Gadamy zresztą chwilę o Oskarze i Bruno. I o tym, że Conway the Machine dograł im się na track przy okazji koncertu w Warszawie. Lohleq rzuca ciekawostkę, że tam w studio panowała atmosfera raczej typu wszyscy na baczność, mores, pełna obstawa.

Na atmosferę w Lubrzy nie było co narzekać, ale czas leci nieubłaganie i daje się wyczuć presję wiszącą nad tą nocą.

– „Hit, że musimy to zrobić do 8 rano. Tragedia” - rzuca w pewnym momencie Lohleq, a Otso wtóruje mu, że jest zestresowany.

– „Ale to fajny stres”.

Zapada mi też w pamięć, że jak już robi się lekki hardkor, pada z czyjejś strony rozczulające: „Z nikim innym nie chciałbym w tym być. Tylko z wami, panowie”. And i think it’s beautiful.

Rozsiadamy się w kameralnej realizatorce ze stołem analogowym i tam to już jest maraton na pełnej. Kolejne utwory, kolejne poprawki, kolejne niuanse. Godziny mijają, a ja oswajam się z materiałem w dość absurdalny sposób, niejako składając sobie utwory w głowie z elementów puszczanych na potrzeby kończenia aranżu czy miksu. Pewnie dla złapania oddechu wywiązuje się dyskusja o właściwościach „RIOTT” jako (weźmy to oczywiście częściowo w cudzysłów) soundtracku dla dopaminowych wraków. Każdy może sobie teraz zderzyć ten krótki dialog z własnymi odczuciami.

– „Ty i ja grzejemy się tym, że cały czas jest dopaminowy maxxing i non-stop coś się dzieje, ale nie wszyscy mają taki przeorany mózg. Zdaje sobie sprawę, że jak ludzie posłuchają tego po raz pierwszy, będą mieli papkę w głowie” – mówi Lohleq.

– „Uważam trochę inaczej” – kontruje Otsochodzi. – „Zauważcie, że numery, które wyszły jako single też były trudne, nieoczywiste, niekoniecznie hitowe. Nie wiedzieliśmy, co się wydarzy, ale chcieliśmy się pokazać od ambitniejszej strony. No i okazało się, że „NIC NIE MIJA” to moja pierwsza solowa jedynka na TOP50 Spotify. Cały album jest odklejony i dziwny, ale w tej dziwności jest klucz”.

Nie ma co jednak – nomen omen – palić jana, że „RIOTT” to wyłącznie muzyka dla  przebodźcowanych poszukiwaczy ekstatycznych wrażeń. Bo już na wysokości „GIŃ ZA MNIE” trudno było nie oprzeć się wrażeniu, że Otso pozwala sobie na gorzką introspekcję i dopuszcza słuchacza blisko jak rzadko kiedy. Oddaję mu głos.

– „Trzeba oddzielić życie osobiste od tego, co szczerze chcesz opowiedzieć. Muzyka ma wywoływać emocje. To jest to co Ci mówiłem o czystej kartce: gdybyś dostał taką szansę i miał wyjebać w godzinę wszystkie frustracje, które w Tobie siedzą, efekt mógłby być zaskakujący. Moja mama napisała do mnie sms-a, jak wyszło „GIŃ ZA MNIE”, czy wszystko w porządku. A dla mnie to piosenka jak piosenka. Jeden numer nie określa całego twojego życia. Robisz rzeczy w różnych stanach emocjonalnych. Masz tygodnie, w których jest turbo chujowo, a masz tygodnie, że jest zajebiście. Tak jest po prostu. Chodzi o momenty. Ja to widzę w ten sposób, że musisz pozostać w muzyce sobą; nie kalkulować. Natomiast dziewczyny i moja rodzina to dla mnie wszystko. Gdybym musiał wybrać w tym momencie, czy wybieram muzykę, czy rodzinę bez zawahania, wybrałbym rodzinę.”.

Chociaż przyznaje zaraz, że trochę się „cenzurował” i były wersy, które wyrzucił, bo uznał, że poleciał za daleko.

To może dla odmiany wesoła anegdota? W utworze „za tten rap” jest wysublimowana linijka „Waliłem gruchę pod Annę Muchę”. Otso uznał, że to zajebisty bars, ale nie wypada go wrzucać na rympał, więc poszło zapytanie do managementu Muchy o zgodę. I tutaj zaskoczenie, bo odpisali, że super, a pani Ania chciałaby wysłać Miłoszowi podpisanego Playboya i pudełko chusteczek. How cool is that?!

Po północy ewidentnie trzeba się zdekompresować. Chłopaki nie mogą przestać gadać o restauracji Las Vegas. Restauracja to mało powiedziane. Chodzi o potężny kompleks dla tirowców z szamą, motelem, stacją. Zaraz obok jest węzeł A2, pięćdziesiąt kilometrów do granicy z Niemcami i stąd to wszystko. Spot ma zjawiskowy neon „Las Vegas”, który stoi przy sztucznej palmie. Obok potężna, zielona wiata i witryna sklepu, z którego mienią się płyny do chłodnic. Spot jest rzecz jasna całodobowy, podjeżdżamy pewnie koło drugiej w nocy, więc ani żywej duszy. Klimat trochę typu film o zombie. Pierogi z mięsem jednak absolutnie dojebane, chociaż może chodzić o to, że jak się mocno zakręci wskazówkami zegara biologicznego, to o nieludzkiej porze spałaszowałoby się ze smakiem cokolwiek ciepłego. Udaje mi się jeszcze potem przesiedzieć w studio ze dwie godziny i idę się przekimać do dziewiątej. Kiedy się budzę i schodzę na dół, ekipa cały czas dłubie. Wszyscy bladzi, oczy podkrążone.

– „Nie śpię, jestem na posterunku” – wita Lohleq przykryty kocem na kanapie. Otso odnotowuje, że organizm go boli. Jak sam stwierdza, to jego najdłuższa sesja bez spania.

Od niedzielnego wieczoru stopniowo na whiteboardzie odhaczane są kolejne utwory, jeśli chodzi o postęp z aranżem, miksem i masteringiem. Ostatnim akcentem jest utwór „Objeżdżamy blok” cyzelowany w nieskończoność, godzinami. Wreszcie samo południe, jeszcze kilka chwil i na tablicy z tracklistą zostaje zakreślone bingo. Szybko liczymy, że zajmuje to blisko 30 godzin. Piotrek podsumowuje, że czuje się jak Łatwogang.

– „To jest praca dla wariatów. Nie możesz być normalny, żeby wytrzymać coś takiego”.

Chłopaki odwdzięczają się komplementem, że serio zaprezentował klasę światową. Jak w dowcipach o Łotyszach, popularnych dawno temu, „ich trud skończon”.

Przydałby się jakiś mocny akcent na koniec. Może nie czas i miejsce, skoro nowy album wychodzi dopiero za trzy tygodnie, ale pytam Otso, czy myśli już dwa kroki do przodu, jak zaskoczyć słuchaczy w przyszłości, gdyby „RIOTT” stanowiło max, jeśli chodzi o formułę duetu.

– „Teraz mam tak, że chciałbym zrobić płytę trueschoolową. Ona ma dosłownie nazywać się „POLSKI TTRUSKUL EP”! Widziałem, że w paczce 2020 od lat leży folder Kixnare’a. Chciałbym Quiza. Myślałem nad Urbkiem. Rozumiesz o co mi chodzi? Żeby okładkę zrobił Lis Kula jak „Kilka numerów o czymś”! Po „RIOTT” chciałbym zrobić właśnie taki projekt i wrzucić go bez zapowiedzi. Powiedzmy, że jako bufor przed pracą nad olbrzymim, mainowym albumem. Tylko czy ja właściwie potrzebuję takiego buforu? Przez moją częstotliwość wydawania płyt, nie mam poczucia, żebym coś musiał. Dlatego moje projekty są wymóżdżone i mam zapas czasu, żeby kminić nad czymś nowym”.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Senior editor w newonce.net. Jest związany z redakcją od 2015 roku i będzie stał na jej straży do samego końca – swojego lub jej. Na antenie newonce.radio usłyszycie go w autorskiej audycji „The Fall”, ale też w "Bolesnych Porankach". Ma na koncie publikacje w m.in. „Machinie”, „Dzienniku”, „K Magu”,„Exklusivie” i na Onecie.