Polski kibic wstał z fotela. Zapłaci chętnie, coraz większe pieniądze, byle tylko obejrzeć poważną piłkę na żywo. Zamiast wsiadać w autobus, bierze samolot. A potem frunie zobaczyć jak Mohamed Salah dziurawi Manchester United.
Kiedy przychodzi weekend, oni już tam są. Latają do Madrytu, Barcelony albo Liverpoolu. Ruszają wszędzie, bo taki jest dziś świat. Wystarczy smartfon z PayPalem, by w kilka godzin przenieść się na Old Trafford i popijać Guinnessa wznosząc toasty za gole Marcusa Rashforda. I wcale nie trzeba mieć do tego fortuny. Skoro zmienia się futbol, to zmieniają się też nawyki. A te mówią wprost: po co mi lokalni bohaterowie, skoro za parę stów obejrzę sobie na żywo Leo Messiego? Polski kibic jeszcze nigdy tak masowo nie latał na mecze zagranicznych drużyn.
– Do Rzymu lata się dzisiaj za 200 zł – mówi Kuba Długosz, pracownik IT, który kilka razy w roku rusza ze znajomymi na mecze w Europie. – Za tyle to nawet autostradą do Poznania nie dojedziesz. Jeśli ktoś interesuje się włoską piłką, to za 150 złotych ma loty do Bergamo. Stamtąd za cenę trzech piw masz autobusy do Mediolanu albo Genui. Te mecze są dzisiaj na każdą kieszeń – dodaje.
CHCĄ WRACAĆ
Trend widać od kilku lat. Gdy w weekend lecę do Londynu, zawsze w samolocie jest jakiś kibic. Jeden z Nadarzyna, drugi z Otwocka, głównie kibice Arsenalu, Chelsea, coraz częściej Tottenhamu, którego nowy stadion rozbudza wyobraźnię. Pojadą raz, drugi, potem trzeci i czwarty. Chcą wracać, bo jest do czego. – Coraz więcej mam zapytań od neutralnych kibiców, czy załatwię im bilet – opowiada Tomasz Trzaskalski, szef oficjalnego fanklubu Tottenhamu w Polsce. – Kończy się na tym, że muszę tłumaczyć im, jak mogą to zrobić, bo przecież nie będę robił lewizn. W Tottenhamie można dostać za to bana do końca życia. Ogólnie na Spurs nie jest łatwo. My jako fanklub możemy aplikować i 5-6 razy w roku grupą około 4-12 osób latamy na mecz. Ale normalny kibic musi liczyć na „general sales” i raczej skupić się na słabszych meczach. To, co mi się rzuca w oczy – coraz więcej osób ma świadomość, że to wcale nie jest trudne. Że w dobie Internetu jak pokombinujesz, to i loty, i bilety możesz załatwić w niezłej cenie. Wystarczy, że wrzucę na Twittera zdjęcie spod White Hart Lane i od razu dostaję wiadomości od Polaków. Oni już tam są.
NIE PATRZĄ NA CENY
Trend widzą też firmy. Jeśli nie chcesz zatopić się w przeglądarce lotów, szukać noclegu i nie do końca wiesz jak zdobyć bilet, możesz to zostawić odpowiednim ludziom. Oni poprowadzą cię za rękę i jeszcze zorganizuję grupę innych kibiców plus przewodnika z nazwiskiem. – Rok temu spotkałem się z Krzyśkiem Stanowskim na piwku w Barcelonie i zaczęliśmy rozmawiać o biurze podróży – mówi Piotr Olejnik, wspólnik w firmie Weszło Travel. – W grudniu pierwszy raz zorganizowaliśmy wyjazd na El Clasico, było 60 osób. To najdroższy mecz w Europie, ale wielu z nich nie patrzy na ceny. Dla nich Camp Nou to spełnienie marzeń. Chcą spać w dobrych hotelach i mieć dobre miejsca. Poza tym zależy im, żeby spędzić miło czas. Barcelona ma to, czego nie ma np. Manchester czy Liverpool. To są wzgórza, plaże, Gaudi. I nie zgodzę się, że latają same pikniki na klub, gdzie nie ma atmosfery. To jest po prostu inna kultura. Nikt się na Camp Nou nie będzie łapał za bary, stawał tyłem do murawy i mówił „Let’s do the Poznan”. – My już cztery lata temu wiedzieliśmy, że tanie linie lotnicze przyciągną polskiego kibica na stadiony – opowiada Adam Kleczewski z „Jedź na mecz”. – W latach 90. funkcjonowały dwa biura podróży, które miały ramię sportowe. Wtedy jeszcze nie było tej fali. A potem lawinowo posypały się zapytania. My nie tylko zaczęliśmy organizować wyjazdy na zlecenie, ale też proponować na blogu tanie rozwiązania do samodzielnej realizacji. Staramy się, żeby nie przekraczało to 3-4 tysięcy. Ale, gdy przychodzi finał Ligi Mistrzów, albo Liverpool gra końcowe fazy, to ceny mogą skoczyć nawet do 10 tysięcy. I ludzie też kupują. Dla niektórych to są wyjazdy raz w życiu.
SZALEŃSTWO NA PUNKCIE LIVERPOOLU
Liverpool jest dziś klubem, na który najtrudniej dostać bilet. Liczba ludzi oczekujących na karnety w tej chwili wynosi 23 tysiące. Klub nie prowadzi wolnej sprzedaży, trzeba szukać na rynku wtórnym. A tam cena to nawet 500 funtów. Jak ostatnio, gdy na Anfield przyjeżdżał Manchester City. Klub już zadeklarował, że wyłoży 110 mln funtów na powiększenie trybuny o 8,5 tysiąca miejsc. Dzięki temu zarobi 15 mln rocznie więcej. Trybuna spłaci się w osiem lat. – Rok temu mnóstwo było pytań o Liverpool, a ostatnio to już w ogóle szaleństwo – mówi Kleczewski. – Tam jest taki popyt, że musieliby dwa stadiony wybudować, żeby wszystkich obsłużyć. Trudno też jest dostać bilet na Crystal Palace. Dużo zależy od społeczności kibicowskiej. Jeśli jest hermetyczna, będzie problem. Ale to nie jest tak, że polski kibic nie może sobie polecieć na Premier League w dobrej cenie. Manchester City, czyli aktualny mistrz Anglii, 80 procent biletów sprzedaje w bezpośredniej sprzedaży. Nie są to najdroższe bilety w Anglii. – Na Barcelonie dochodzi ostatnio do absurdalnych sytuacji – mówi Olejnik. – Karnety są bardzo tanie, najtańszy sezonowy kosztuje 200-300 euro. Prezydent tłumaczył, że od kilkunastu lat są zamrożone i że to się nie zmieni. Ale klub oczywiście rekompensuje to sobie na turystach. Bilet na Barcę jest z każdym rokiem droższy o 15 procent. Zwykły ligowy mecz to 100-200 euro, na Real musisz wydać 250-500. – Ja wychodzę z założenia, że czasem warto się wykosztować – opowiada Piotr Przestrzelski, pracownik w branży marketingu sportowego, który w weekendy bukuje loty i wsiada w samolot. – Na El Classico szarpnąłem się na bilet vipowski, dostępność była dość duża. Ale jasne, innym razem są sytuacje, kiedy lecisz do Goeteborga za 40 złotych. I na sam obiad wydajesz więcej niż na logistykę. Podoba mi się w tych wyjazdach już samo planowanie: to, że nie zawsze musisz godzić się na drogą opcję, bo istnieje mnóstwo innych. Szukanie takich rzeczy też sprawia frajdę. Ostatnio chciałem lecieć na Borussię Dortmund, ale lot był z Katowic. Trzeba było dojechać pociągiem. Wybrałem więc Eindhoven za 39 złotych, a stamtąd autobus, który jedzie 2 godziny – dodaje. – Super sprawą jest Londyn – przyznaje Kleczewski. – Możesz się tam dostać z każdego zakątka kraju. Ostatnio LOT ma rejsy do lotniska City w centrum. To oszczędza sporo czasu. A potem, wiadomo, jeśli masz ochotę, to co chwilę odkrywasz nowy klub. W Premier League masz Arsenal, Watford, Crystal Palace itd. Ale też na zapleczu jest choćby Fulham. Tani jest Mediolan, bardzo fajny jest Dortmund. W okresie zimowym polecam Barcelonę i Neapol – wymienia Kleczewski.
SPRZEDAWCY MARZEŃ
W tej całej dyskusji widać ewolucję polskiego kibica. Kiedyś być może wydałby te pieniądze na polską ligę. Poszedłby na lokalny stadion, kupił bilet, zapłacił za zapiekankę, wypił dwie oranżady, ewentualnie osiem. Ale kibic nowoczesny na pytanie o futbol w krajowym wydaniu wzrusza ramionami. Skoro z ekstraklasy masowo wyjeżdżają najzdolniejsi piłkarze, to po cichu, czmychają też kibice. To ci sami, którzy wędrują między Premier League, LaLiga, Serie A i Bundesligą, gdy w weekend pilotem dokonują wyborów. Piłka stała się zamkniętym kręgiem. Kasę zarabia 15-20 najważniejszych klubów. Steve Jobs powiedziałby o nich, że sprzedają marzenia. I to widać na lotniskach. W Modlinie kibic Milanu paraduje w koszulce Krzyśka Piątka. Wiadomo, gdzie leci i po co. Innym razem w Stansted pod Londynem spotykam polskiego fana Chelsea, który samolot miał o 5:55 w sobotę, obejrzał mecz na Stamford Bridge, a wieczorem wraca do Warszawy. Wielki futbol jeszcze nigdy nie był tak blisko. I jeszcze nigdy nie konsumowano go tak szybko i łatwo. – Kiedyś godzinami grałem w Football Managera. Miałem swoje ulubione kluby, a potem googlowałem, żeby dowiedzieć się o nich wszystkiego, co było w Internecie. Poznawałem legendy. Czytałem o ultrasach. Kiedy pojawiły się tanie loty, to stwierdziłem, że w końcu te drużyny odwiedzę – opowiada Kuba Długosz. W styczniu był na dwóch spotkaniach: Inter – Atalanta i Sampdoria – Brescia. Na San Siro bilet kupił w Internecie za 28 euro. W Genui najtańsze wejściówki można było dostać za 15. Wyjazd zorganizował sam. I już planuje kolejny. – We Włoszech zaczynasz rozumieć jak wygląda naród totalnie wkręcony w piłkę. Samo spotkanie to tylko część. Dla mnie najważniejsza jest otoczka i cały dzień meczowy. Bo jak widzisz, że w metrze wszyscy oglądają powtórki z wczoraj, a w hotelu Sky nadaje od rana o mercato, to sam zaczynasz się nakręcać. W toalecie w knajpie spotkałem kibiców Sampy, z którymi potem 30 minut gadałem o Linettym i Beresiu. Po kontuzji Zaniolo na ulicach nie było innego tematu. Telewizja pojechała pod szpital. Eksperci dyskutowali, kto go zastąpi. Dziennikarze docierali do jego znajomych, to było show – mówi i dodaje: – Potem też widać to na trybunach. Kiedy Bereś powalił na ziemię Balotellego, to cały stadion zareagował jakby właśnie strzelił gola. Oni są zaangażowani w każdą akcję. Ale to też widać w Anglii. Na Stamford Bridge ktoś za moimi plecami dyskutował, czy Hazard powinien grać wyżej, czy niżej. Wyglądało to na kłótnię. A dyskutowały dwie kobiety w wieku 70 lat. Nie wyobrażam sobie w Polsce podobnej dyskusji. Żeby dwie starsze panie kłóciły się, kto ma grać: Kulenović, czy Niezgoda.
