Włochy od zawsze kojarzą się ze świetną siatkówką. Serie A uchodzi za najlepszą ligę na świecie, choć nasza PlusLiga depcze jej po piętach. Trzydzieści lat temu było jednak zupełnie inaczej. Zarówno rozgrywki klubowe, jak i reprezentacyjne zdominowały zespoły z Italii. Kadra Azzurrich była potęgą, któremu do absolutnego szczęścia zabrakło… wygranego tie-breaka.
Kilkanaście lat temu wielkim zagrożeniem dla rywali wydawała się piłkarska reprezentacja Anglii. Generacja z Johnem Terrym, Rio Ferdinandem, Frankiem Lampardem, Stevenem Gerrardem, Davidem Beckhamem i Wayne’em Rooneyem miała prędzej czy później wywalczyć wyczekiwane od 1966 roku kolejne mistrzostwo świata. Choć przed każdym większym turniejem stawiono ich w gronie kilku faworytów do zwycięstwa, to imprezy kończyły się mniejszymi lub większymi rozczarowaniami. „Synowie Albionu” nie osiągnęli nic, sprawiając, że wspomniane pokolenie piłkarzy uważa się czasem za stracone.
Włoscy siatkarze mieli więcej szczęścia. Przeglądając osiągnięcia tamtejszej reprezentacji od lat osiemdziesiątych, natrafimy na:
· Trzy złota mistrzostw świata (łącznie cztery medale)
· Siedem złot mistrzostw Europy (łącznie czternaście medali)
· Osiem zwycięstw w Lidze Światowej (łącznie piętnaście medali)
· Jeden Puchar Świata (łącznie pięć medali)
Trzeba dodać też sześć medali olimpijskich zgromadzonych przez niecałe czterdzieści lat. Włosi są hegemonami siatkówki, lecz do absolutnego mistrza wszechwag brakuje im złota igrzysk. Ono trzykrotnie przeszło im koło nosa podczas ostatniego meczu turnieju olimpijskiego. Największy żal towarzyszy pierwszemu srebru z Atlanty. Do Stanów jechała bowiem słynna „generazione di fenomeni”.
NOWE PORZĄDKI
W latach osiemdziesiątych włoska siatkówka klubowa często miała przedstawiciela w czołowej czwórce Ligi Mistrzów. Kluby z Turynu, Parmy i Modeny docierały nawet do finałów, ale za każdym razem złoto zabierał im ten sam przeciwnik – CSKA Moskwa. W tym samym czasie reprezentacja Italii cieszyła się z pierwszego medalu olimpijskiego. Na igrzyskach w Los Angeles (zbojkotowanych przez państwa z bloku wschodniego) wywalczyli brąz. To był wielki sukces zespołu Carmelo Pittery, lecz w skali długoterminowej pojawił się problem. Sporą grupę stanowili zawodnicy w okolicach lub po trzydziestce. Poza tym tamtejszą siatkówkę nadal trapił problem braku profesjonalizmu. Jako nacja mierząca w najwyższe cele, brakowało know-how z prawdziwego zdarzenia.
Odmłodzenie, a raczej transformacja kadry, nastąpiła wraz z przyjściem do kadry Julio Velasco. Argentyńczyk świętował sukcesy z Modeną i w 1989 roku po czterech mistrzostwach Serie A z rzędu, dostał szansę pokierowania zespołem narodowym. Rozpoczął od rewolucji. Zatrudnił nowych ludzi do sztabu, zaczął skrupulatnie dokumentować treningi, a także wprowadził analizę wideo, coś, co wówczas w volleyu istniało tylko w Stanach.
Velasco tak mocno zmienił styl gry kadry, że po latach uważa się go za siatkarskiego odpowiednika Arrigo Sacchiego. W życiorysie siedemdziesięciolatka znajdziemy jednak więcej wątków piłkarskich. Na przełomie tysiącleci współpracował najpierw z Lazio (jako dyrektor generalny), a później z Interem Mediolan. Zbliżający się do końca kariery piłkarskiej Pep Guardiola wielokrotnie przeprowadzał z nim rozmowy na temat pracy trenerskiej po tym, jak zobaczył jeden z wywiadów telewizyjnych.
ZAPROGRAMOWANI NA ZWYCIĘŻANIE
– Jeśli chcemy być najlepsi, potrzebujemy najlepszych graczy – zwykł mawiać Velasco. Argentyńczyk dokonał rewolucji również jeśli chodzi o skład drużyny. Zrezygnował ze starszyzny, skupiając się na młodych. Z zawodników, którzy pamiętali wcześniejsze lata, ostali się głównie Andrea Anastasi i Andrea Luchetta.
Do historii przeszła sytuacja z eliminacji mistrzostw Europy 1989. To była pierwsza okazja dla nowego szkoleniowca do sprawdzenia w akcji zawodników. Nazwiska Tofolego, Zorziego, Gardiniego, Cantagallego czy Bernardiego na długo pozostały w kadrze. Kwalifikacje miały miejsce w Norwegii.
– Wy, Włosi jesteście najlepsi na świecie, jeśli chodzi o jedzenie, picie i dobre życie. A przynajmniej tak myślicie. Ale pomiędzy tymi żółtymi liniami tutaj (wskazującymi linie boiska – przyp. M.W), jesteście dziobani przez Sowietów, Bułgarów, Polaków, Niemców Wschodnich... Waszymi pierwszymi wrogami jesteście wy. Od teraz gramy, aby wygrać – tłumaczył zawodnikom szkoleniowiec.
Italia wygrała z łatwością kwalifikacje. Nie miała sobie równych także w mistrzostwach Europy rozgrywanych kilka miesięcy później w Szwecji. Prawdziwy boom rozpoczął się rok później, gdy Azzurri zdobyli pierwsze złoto Ligi Światowej i mistrzostw świata. Wtedy konkurenci zrozumieli, że Włosi stworzyli niesamowicie groźny zespół. Przyszły jednak igrzyska w Barcelonie, gdzie pomimo wygranej w grupie, w ćwierćfinale lepsi okazali się po tie-breaku Holendrzy. Tę nację warto zapamiętać, bo za moment znów da o sobie znać.
Mimo wpadki w Barcelonie, podczas innych turniejów Włochy nie schodziły z czołowych miejsc. W 1994 roku obronili mistrzostwo świata. W tym samym czasie następowała kolejna „modernizacja” składu. Do gry weszli kolejni młodzi gniewni jak Vitor Bovolenta, Samuele Papi czy Marco Meoni. Ten ostatni w ubiegłym roku gościł na łamach newonce.sport. W długiej rozmowie rozgrywający długo opowiadał o występach w reprezentacji w latach dziewięćdziesiątych.
– Przypomina mi się historia z czasów dorastania. Mając kilkanaście lat, nad moim łóżkiem wisiał plakat z kadrą Włoch. Przed snem najpierw modliłem się do Boga, a później do zawodników ze zdjęcia. „Cześć Tofoli, cześć Giani. Modle się za was, powodzenia na boisku” – mówiłem w głowie. Jakieś dwa, trzy lata później stałem naprzeciwko ich po drugiej stronie siatki, a po chwili trenowałem z nimi w kadrze. Nadal jednak czułem się przy nich malutki. Ja ich nie oglądałem, ja ich po prostu podziwiałem – mówił mieszkający obecnie w Stanach były siatkarz.
KOSZMAR POD TYTUŁEM „HOLANDIA”
W 1994 roku po raz pierwszy użyto w kontekście kadry Włoch określenia „generazione di fenomeni”. Stał za tym dziennikarz Jacopo Volpi, który zaczerpnął inspirację z opublikowanej trzy lata wcześniej piosenki o tym samym tytule. Reprezentacja znów była na szczycie, więc liczono, że w Atlancie uda się nie tyle zajść dalej niż do ćwierćfinału, ile zdobyć medal i to z najcenniejszego kruszcu. Warunki ku temu przecież istniały. Po triumfie w MŚ w Grecji rok później przyszło złoto mistrzostw Europy oraz kolejne zwycięstwo w Lidze Światowej.
Wiadome było, kto jest głównym faworytem – Italia. Znano też drugiego faworyta – Holendrów. W 1992 roku zakończyli igrzyska ze srebrem, tym samym rozpoczynając paroletnią serię drugich miejsc. Mistrzostwa Europy 1993 i 1995? Drugie miejsce za Włochami. Mistrzostwa świata 1994? Drugie miejsce za Włochami. Z kolei w Lidze Światowej w latach 1992-1995 nie stawali nawet na podium. To jednak ona stanowiła przełom w mentalności Oranje. Przed igrzyskami wygrali finały rozgrywane w Rotterdamie. Holendrzy mocno starali się o organizację zawodów u siebie, a sukces wraz z dopingiem kibiców sprawił, że zdali sobie sprawę ze swojego potencjału. Wielcy rywale z Półwyspu Apenińskiego byli do pokonania.
Oba zespoły trafiły na siebie już w fazie grupowej olimpijskiego turnieju. Włosi przeszli pierwszy etap bez straty seta. W bezpośrednim starciu Holendrzy nie mieli szans, przegrywając dwa razy do 8 i raz do 13 (wtedy rozgrywano sety do piętnastu zdobytych punktów). W ćwierćfinale zawodnicy Velasco uporali się z Argentyną, a w półfinale z Jugosławią. Siatkarze Joopa Alberdy z kolei wyeliminowali kolejno Bułgarów i Rosjan. Finał znów przypominał ten z ostatnich imprez. Lepiej rozpoczęli go wicemistrzowie z Barcelony. Później set za setem naprzemiennie wygrała każda ze stron. Po latach do tamtych zdarzeń wracał w rozmowie z newonce.sport Bas van de Goor, gwiazda „Pomarańczowych”.
– Tak naprawdę prawdziwą szansę na zwycięstwo ujrzeliśmy w trzecim secie finału. Wygrywaliśmy z Włochami 2:1. Wtedy każdy pomyślał: dobra, możemy wygrać. Niestety, gdy tak sobie wmawiasz w trakcie meczu, to od razu skazujesz się na pożarcie. Co wyszło? Porażka w czwartym secie (śmiech). Przed tie-breakiem wiedzieliśmy, że nie ma już chwili na dywagacje. Oni grali swoje, my też. Wielka szkoda, że mój największy finał w karierze zakończył się błędem rywali – opowiadał Van de Goor.
Holendrzy świętowali jeszcze przez kilka dni od triumfu. Z kolei u Włochów panowało kolejne rozczarowanie. Andrea Zorzi po latach wspominał, że dopiero po czasie on i koledzy nauczyli cieszyć się ze srebra. Choć wszyscy widzieli na ich szyjach złote medale, to srebro i tak było największym osiągnięciem w historii tamtejszej siatki. Van de Goor do dziś uważa, że zawodnicy Velasco oddaliby dwa mistrzostwa Europy i mistrzostwo świata za ten sukces. Meoni uważa inaczej.
– Reagując impulsywnie powinienem powiedzieć „tak”. Podobnie odpowiedziałbym, będąc świeżo po meczu. Przecież to jedyne złoto, którego nie zdobyliśmy. Po chwili przychodzi jednak refleksja, że porażka jest częścią sportu. Obie ekipy zagrały świetne spotkanie. Praktycznie przez cały mecz nie widać było jakiejkolwiek różnicy poziomów. Pech chciał, że w kluczowym momencie im poszło lepiej. Nikt nie powie, że Holendrzy nie zasłużyli na wygraną. Gdybym poświęcił wszystkie osiągnięcia za jedno złoto, to poza nim byłbym goły. Kadra Włoch w latach 90. wieloma sukcesami sama napisała historię siatkówki. Biorąc pod uwagę, ile wygraliśmy na świecie… nie, jedno złoto nie jest tyle warte – mówił nam Meoni.
ŚWIETNA NAUKA
Holendrzy poszli za ciosem wygrywając także mistrzostwa Europy 1997. Włosi nie dawali za wygraną i rok później jako pierwsza kadra w historii wygrała siatkarski mundial po raz trzeci z rzędu. Do tego sukcesu poprowadził ich inny trener. Velasco po igrzyskach w Stanach Zjednoczonych przeniósł się do żeńskiej kadry. Zastąpił go Paulo Roberto de Freitas, znany wszystkim jako Bebeto. Brazylijczyk podobnie jak przed laty Argentyńczyk przychodził po wielu sukcesach w Serie A. Popracował jedynie dwa lata. Odszedł po tym, jak Italia przed własną publicznością po raz pierwszy nie zakończyła Ligi Światowej z medalem.
Za Bebeto przyszedł znany nam Anastasi. Był to o tyle ciekawy przypadek, że były przyjmujący sam bym członkiem słynnej generacji. Po zakończeniu kariery zawodniczej momentalnie poświęcił się trenerce, zbierając lekcje od Velasco. Urodzony w 1960 roku trener obejmował kadrę, w której sporą grupę stanowili dawni koledzy z parkietu. Mimo tego dwukrotnie świętował triumf w Lidze Światowej i na mistrzostwach Europy. Ponadto z Sydney przywiózł brąz. Wtedy trzecie miejsce nie było już odbierane jako rozczarowanie.
Zmierzch „generazione di fenomeni” nastąpił wraz z odejściem z kadry jej utytułowanych przedstawicieli. Swoje zrobił ząb czasu. Wykruszali się kolejni, choć Papi (rocznik 1973) grał jeszcze w 2012 roku w Londynie. Wielu z zawodników tamtej kadry dziś spełnia się w innych rolach. Anastasi, De Giorgi, Bernardi, Giani czy Gardini to szkoleniowcy światowej sławy. Sartoretti spełnia się z kolei jako generalny menedżer Modeny.
– Wielu z nas poszło w kierunku pracy trenerskiej lub dyrektorskiej. Takie ruchy wydają się naturalne. Inna sprawa to doświadczenie. Przez lata staliśmy na czele światowego volleya. Mieliśmy mnóstwo okazji do nauki. Prowadzili nas utytułowani eksperci jak Velasco czy Bebeto. Każdy mógł wiele od nich wyciągnąć i połączeniu z aktualną wiedzą wywnioskować, co w ich warsztacie jest dobre, a co nie – opowiadał nam Meoni.
Włosi do dziś są czołową ekipą świata. Mistrzostwo Europy z ubiegłego roku było jednak sporą sensacją, bo debiutujący w roli trenera kadry De Giorgi, zbudował bardzo młody skład. Italia znów ma kadrę z prosperującymi siatkarzami i sukcesem na koncie. Nikt póki co głośno nie porównuje obecnych zawodników Azzurrich do tych z lat dziewięćdziesiątych, ale przecież u nich też się wszystko zaczęło od triumfu na EuroVolleyu. Ekipa „generazione di fenomeni” wygrała praktycznie każde liczące się zawody. Zabrakło złota igrzysk, lecz mimo tego określa się ją mianem najlepszego zespołu XX wieku.

Komentarze 0