Presja faworytki, przegrany pierwszy set i duże problemy z własną grą – w końcówce ubiegłego sezonu co najmniej kilkukrotnie widzieliśmy Igę Świątek w takiej sytuacji i zazwyczaj kończyło się to nie najlepiej. Tymczasem w drugim tygodniu zmagań podczas wielkoszlemowego Australian Open Polka przezwyciężyła już dwie takie sytuacje i dzięki temu odniosła drugi największy sukces w karierze – jest w półfinale Australian Open.
„Nastolatka z żelazną głową” to nawiązanie to jednego z tytułów zagranicznych gazet po tym, jak Iga niespodziewanie zdobyła pierwszego szlema, wygrywając French Open w 2020 roku. Wtedy faktycznie tak to wyglądało – nasza tenisistka była w transie, w Paryżu nie straciła nawet seta i wydawało się, że wychodzi jej właściwie wszystko. Do tego ani na moment nie straciła koncentracji, a radość i jakiekolwiek emocje na twarzy pojawiły się dopiero po zwycięstwach – i to też raczej tych w ostatnich fazach. Maszyna.
NOWA RZECZYWISTOŚĆ
To jednak musiało się zmienić, szczególnie że na dłuższą metę nie da się tak funkcjonować w każdym turnieju. Mówimy w końcu o zawodniczce, która w momencie triumfu miała 19 lat i właśnie weszła do świata wielkiego tenisa. Pojawiła się znacząca presja i oczekiwanie regularnego grania na najwyższym poziomie, a to jest jedna z trudniejszych rzeczy, jakich można oczekiwać od nastoletniego i wciąż rozwijającego się sportowca.
Rok 2020 nie był więc dla Igi tak udany. Wygrała m.in. turniej w Rzymie, w którym jej podejście wyglądało podobnie do turnieju na kortach Rolanda Garrosa. Była pewna i grała jak z automatu, co skończyło się zwycięstwem i niezwykłym wynikiem 6:0, 6:0 w finale przeciwko Karolinie Pliskovej. Poza tym i turniejem w Adelajdzie z początku roku, Świątek miała małe problemy. Wciąż grała na wysokim poziomie i jako jedyna tenisistka w tourze weszła do minimum czwartej rundy każdego turnieju wielkoszlemowego, ale brakowało czegoś więcej, konkretniej wejścia na poziom najlepszych w kluczowych fazach turniejów. A i większe wpadki – jak chociażby ta na igrzyskach olimpijskich w Tokio – Polce się zdarzały.
Z jednej strony regularne wchodzenie na wyższy poziom to rzecz, której Iga przecież wciąż się uczyła i nie należało od razu oczekiwać, że będzie w stanie robić to w każdym turnieju. Z drugiej – widać było, że ona sama tego od siebie oczekuje i ta presja zaczyna ją nieco dobijać. Skończyło się to m.in. łzami na korcie w Tokio i kilku innych przypadkach oraz – bardziej ogólnym niż oficjalnym – stwierdzeniem, że naszej najlepszej tenisistce zdecydowanie przyda się nadchodząca przerwa międzysezonowa.
OSWOJENIE PROBLEMU
W przerwie pojawiła się poważna zmiana w sztabie. Świątek rozstała się z trenerem Piotrem Sierzputowskim, a jego miejsce zajął Tomasz Wiktorowski, odpowiedzialny między innymi za znaczną część sukcesów Agnieszki Radwańskiej. Trudno stwierdzić, że jego metody działają z pełną mocą już tak szybko, ale ta zmiana i przerwa odświeżyła nieco sytuację i sama Iga zdaje się podchodzić do meczów w nieco innym nastroju. Nie jest tą maszyną, którą znamy z French Open, jednak prawda jest taka, że nie musi nią być. Jest teraz znacznie bardziej emocjonalną zawodniczką, która w gorszych momentach dość jasno wyraża swoje emocje w dyskusjach ze swoim sztabem, m.in. z psycholog Darią Abramowicz, ale turniej w Australii pokazuje nam, że to wcale nie musi oznaczać niczego złego.
Zarówno w meczach z Soraną Cirsteą, jak i Kaią Kanepi, Polka przegrała pierwszego seta. Pojawiły się emocje, dużo gestykulacji czy nawet kilka powstrzymanych w ostatniej chwili wymachów rakietą, jednak różnica w podejściu, chociażby w kontekście poprzedniego sezonu, jest znacząca. Wtedy potrafiło się to skończyć dość szybko i niezbyt pozytywnie, a w meczach na US Open i Masters łzy pojawiły się nawet w trakcie spotkań. Maria Sakkari, która grała przeciwko Polce w jednych z tych meczów, musiała przypominać fanom, że takie emocje są normalne, a Iga ma w końcu przecież tylko 20 lat.
Tymczasem w Australian Open sytuacja wygląda na razie inaczej – nie ma łez, jest wyładowanie emocji i sportowa złość, która przekłada się w odrabianie strat. Świątek dwukrotnie odrabiała stratę przeciwko znacznie bardziej doświadczonym rywalkom i dwukrotnie wygrała dzięki temu bardzo ważne mecze. A to, w jaki sposób zakończyła spotkanie z Kanepi, świadczy nie tylko o dużej klasie mentalnej, ale też świetnym przygotowaniu fizycznym, za co pochwały zbierze Maciej Ryszczuk, zajmujący się tym w jej ekipie.
TERAZ TYLKO W GÓRĘ
Sama mówi wprost, że cieszy ją to podwójnie, bo dotychczas nie była znana z tego, że potrafi odwracać wyniki tego typu spotkań. Statystyki zresztą to potwierdzają – licząc od początku 2021 roku do początku trwającego turnieju w Australii, bilans meczów, w których Iga przegrała pierwszego seta, wynosił 3:12 na jej niekorzyść. Od tego momentu wynosi 2:0 w dwóch dotychczas najważniejszych meczach sezonu, które dały jej największy po French Open życiowy sukces – kolejny półfinał turnieju wielkoszlemowego. Pierwszy na australijskich kortach.
Polka zmierzy się w nim z Amerykanką Danielle Collins (nr 27 całego turnieju), która znakomicie wykorzystała – podobnie zresztą jak Iga – nieco „wyczyszczoną” z faworytek drabinkę i doszła do półfinału turnieju. Nie oznacza to jednak, że po prostu miała szczęście – Collins gra mocny i skuteczny tenis i powinna sprawić sporo problemów. A Świątek, mimo że u bukmacherów będzie faworytką, po ostatnich dwóch spotkaniach doskonale wie, że ranking czy turniejowa przeszłość na korcie nie mają żadnego znaczenia.
Mamy jeszcze zbyt małą próbkę, by stwierdzić, że siła psychiczna Igi, nad którą tak zachwycali się zagraniczni komentatorzy, powróciła już na dobre. Wiemy jednak, że nasza najlepsza tenisistka wcale nie musi być tą maszyną z kortów Rolanda Garrosa, by odnosić sukcesy. Można mieć mocną psychikę i mimo to okazywać dużo emocji na korcie, a przede wszystkim – odwracać po tym mecze i odnosić sukcesy. Oby tak już do końca w Australii i potem przez cały sezon.
