Siwers (JWP/BC): „Wyjazdy z JWP są świętem hip-hopu”

Siwers
Maja Zdanowska

Po kilku latach od premiery albumu „Koledzy” ekipa JWP/BC znów postanowiła zamknąć się w pełnym składzie w studiu. Efektem jest longplay „Krew”, który trafił na półki sklepowe i serwisy streamingowe kilka tygodni temu. Pretekst był dobry, dlatego złapaliśmy Siwersa na rozmowę o muzyce, samochodach i kilku mrocznych tematach.

„Krew” w tytule waszego albumu kojarzy mi się przede wszystkim z ekipą, która u was ostatnio powiększyła się o nowego członka — jak odnajdujesz się w roli ojca?

Życie wywróciło mi się do góry nogami. Mam mniej czasu dla siebie i mniej na głupoty, ale chciałem tej zmiany. Cały czas uczę się nowej roli. Zdarza się, że chodzę niewyspany, ale nasz syn mimo wszystko jest dla nas łaskawy — mamy grzeczne dziecko. Dopiero zaczęliśmy tę historię, więc wszystko przed nami. Prawie wszyscy koledzy z zespołu mają dzieci i mówią, że czeka mnie fajny okres. Wiedzą, co mówią, bo niektórzy mają już dorosłe, inni bardzo małe. Łajzolowi niedawno urodził się drugi syn.

Na płycie jest trochę odniesień do świata z czasów, kiedy byłeś młodym chłopakiem. Obraz, który namalowałeś, jest raczej mroczny — heroina, ruscy handlarze.

Warszawa była wtedy brudną, postkomunistyczną dżunglą, pełną narkomanów, złodziei i dresiarzy. Po ulicach chodziło wielu bandytów. Moje osiedle było przesiąknięte gangsterskim klimatem. Na mieście można było spotkać sporo drogich fur. Mój ojciec jeździł dużym Fiatem, a chłopaki z ulicy obok, którzy robili ciemne interesy, mieli nowsze auta. Jako dzieciak byłem świadkiem różnych sytuacji.

Podasz przykład?

Widziałem, jak dwie fury pełne wielkich chłopów w kolorowych dresach podjechały na „rozmowę” z pewnym typem. Jeden miał kij bejsbolowy, drugi obrzyn. Różne rzeczy działy się też na Stadionie Dziesięciolecia — często tam bywałem, bo w okolicy mieszkała moja babcia. Miałem wtedy pusty portfel, więc kupowałem tam pirackie oprogramowanie, gry i jakieś softy do robienia muzyki. Można powiedzieć, że zacząłem robić muzykę dzięki programom ze stadionu (śmiech). W domu się nie przelewało, więc radziłem sobie, jak mogłem. Kombinowałem. Chciałem mieć to, co inni mogli kupić legalnie — ja zdobywałem piraty albo przegrywałem płyty od kolegów.

Z kolegami rozmawiałeś o tych ludziach, którzy jeździli lepszymi samochodami?

Bardziej z bratem. Mówił mi, że lepiej trzymać się od nich z daleka. Na pierwszy rzut oka było widać, że nie ma co z nimi zadzierać. Na szczęście nigdy nie miałem podbramkowych sytuacji. Każdy wiedział — łącznie z policją — kim oni są i czym się zajmują, więc nikt im nie wchodził w drogę. Z tego, co wiem, większość z tych ludzi już nie żyje.

No to jeszcze jeden mroczny temat, o którym mówisz na płycie – heroina.

To specyfika tamtych czasów. Heroina wjechała na osiedla i zbierała tam żniwa. Heroiniarze zbierali się na osiedlach w grupki i chodzili po klatkach schodowych, okradali małolatów albo kradli torebki babcią. Nie chcę wchodzić w szczegóły, ale kilku moich kolegów otarła się o ten temat.

Inny temat z płyty. Mam wrażenie, że pierwszy raz poświęciliście tak dużo miejsca pieniądzom.

To już nie jest temat tabu w tym kraju, ale ja na przykład dalej nie umiem o nich rozmawiać. Nie obnoszę się z nimi — dla mnie są środkiem do celu. Zawsze śmiałem się z osób, które uważały, że są lepsze, bo zarobiły dużo hajsu. Moje podejście do tego tematu nie zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat. Zarabiam i wydaję dla funu. W branży nie mamy już takich sytuacji, że ktoś chce nas oszukać, nie płaci — to nie 2005 rok, kiedy dostawaliśmy kasę za koncert w kopercie. Teraz wszystko jest legalne, podpisuje się umowy, a nad wszystkim czuwają agencje koncertowe.

Ty z kolei czasem czuwasz nad... samochodami.

Wracając do 1996 roku i powstania JWP — dzisiaj kupiłem samochód z tego rocznika. Jadąc nim do domu, przeniosłem się w czasie. Zajmuję się furami — renowacją skór, wyciąganiem wgniotek, detailingiem i tak dalej. To moja druga pasja, która przynosi mi pieniądze. Lubię obcować ze starymi samochodami i obracać się wśród ludzi, którzy dzielą ze mną tę samą zajawkę. Jestem samochodziarzem. Nie ścigam się, ale lubię takie rodzinne wypady do lasu, by pojeździć sobie po piachu, przez krzaki, górki. Rekreacja. Turystyka offroadowa, a nie topienie auta w błocie czy rzeczkach. Nie jara mnie to, ale może kiedyś spróbuję.

Rozumiem, że nie jesteś fanów „elektryków”?

Nie przetrwają w Polsce bez jakiejś bazy serwisowej. Mają od cholery marek, ale większość z nich jest oparta na silnikach Mitsubishi. Uważam, że po gwarancji będą do wyrzucenia. Mechanicy muszą się dopiero nauczyć ich naprawy.

Biorąc pod uwagę to wszystko, co do tej pory powiedziałeś – czym dla ciebie są sesję nagraniowe z całą ekipą JWP/BC?

Miałem teraz trochę ciężki okres spowodowany sprawami rodzinnymi i myślałem, że te sesje z chłopakami będą dla mnie takim wentylem i wszystkie emocje pójdą w teksty, ale tak się nie stało. Zblokowałem się strasznie. Te wszystkie wspólne wyjazdy z JWP są świętem hip-hopu. Spotykamy się i jest fajnie, bo wszyscy są weseli – każdy rzuca pomysły, patenty na kawałki. Kiedy wiemy, że czeka nas sesja, to każdy się przygotowuje – pisze teksty, wybiera podkłady. Kooperacja na miejscu jest bardzo napędzająca i inspirująca.

Każdy z was jest wielką indywidualnością, dlatego ciekawi mnie, jak wyglądają te momenty, kiedy każdy chce postawić na swoim?

W składzie panuje demokracja i nikt nikomu niczego nie narzuca na siłę. Nie ma obowiązku dopisywania się do każdego kawałka. Dyskutujemy i albo finalnie się dogadujemy, albo nie. Myślę, że głównymi architektami i osobami, które napędzały nowy album, byli Szczur i DJ Falcon1. Sprawa jest prosta – nie ma podkładów albo puszczonej muzyczki, to średnio pisać rymy w powietrze albo jakiś randomowy instrumental. Od nich zaczyna się proces.

Pamiętasz, jak wyglądała pierwsza sesja na płytę?

Nasze sesje były rozłożone na lata. Pierwsza miała miejsce w 2023 roku na Mazurach. Wtedy powstały chyba dwa numery – „Głodny kot” i „My umiemy tylko tak”. Później był wyjazd do Juraty i zeszłoroczny na dziesięć dni, gdzie już przycisnęliśmy – tam powstało najwięcej kawałków, głównie singlowych. W międzyczasie nagrywaliśmy jeszcze w Warszawie. Dobór singli też opierał się na demokracji, głosowaniu. Bywało różnie (śmiech). Czasami ktoś wybierał jeden kawałek, później się rozmyślił i wybrał inny. Nikt nie macha szabelką, tylko rozmawiamy i przekonujemy się do swoich wyborów. Jesteśmy lobbystami swoich faworytów (śmiech). Na przykład mieliśmy taką sytuację, że już wybraliśmy singiel, ekipa filmowa dostała naszą propozycję, a w międzyczasie zmieniliśmy zdanie, bo przegłosowaliśmy temat w inną stronę.

Na klipach dzieją się jeszcze szalone rzeczy?

Nie. My to już stare dziadki jesteśmy, ale nie brakuje nam spontaniczności.

Jaka jest geneza waszej oprawy graficznej – miasto i wyłaniające się z niego krwinki.

Inspirowana jest francuskim serialem animowanym z lat 80. „Było sobie życie”. Ekipa snująca się po ulicach miasta jako... płynąca krew. Ludzie jako krew tego miasta. Ten serial mega wpływał na naszą wyobraźnię... Wiesz, ogólnie końcówka prac nad tą płytą to dla mnie ciężki temat, bo dostałem od życia wiele skrajnych emocji. Ostra kumulacja. Do tej pory czuję, że jeszcze tego wszystkiego nie odreagowałem. Ja na albumie „Huśtawki” dużo mówiłem o swoich problemach, ale ukrywałem je pomiędzy wersami, nie dawałem ich wprost. Czasem mam tak, że nie wiem do końca, czy mówiłem o swoich problemach, czy o problemach kolegów. Niestety nie wszystkie problemy można rozwiązać.

Nie chciałbym tak pesymistycznie kończyć tej rozmowy.

Powiem tak – życie jest piękne. Kupiłem dzisiaj furę, nie śpię od 4 rano. Opony w tym samochodzie zrobiły taki szum w mojej głowie, że nie wiem, czy zasnę.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz