Dla niektórych pójście na łatwiznę, dla wielu próba sprawdzenia własnej kreatywności; przerobienie czegoś, by brzmiało podobnie, ale jednak inaczej to już całkiem spora sprawa.
Termin cover song narodził się na początku lat 50. w Stanach Zjednoczonych. Artyści szukali wówczas pomysłu na to, jak nazwać muzyczny hołd złożony innym wykonawcom. I odróżnić ten rodzaj wykonywanej piosenki od niezwykle popularnych wówczas evergreenów, pojawiających się na wielu nagraniach, bo... ludzie po prostu je znali. Gdyby przełożyć to na polskie realia - to tak, jakby każdy musiał mieć na swoim albumie przynajmniej jeden szlagier pokroju Jedzie pociąg z daleka albo Wlazł kotek na płotek. A cover to jednak zupełnie inna bajka.
Przez te siedem dekad coveruje się non stop, z różnym skutkiem, czasem nawet nie do końca legalnie. Do najsłynniejszych przeróbek znanych piosenek - nierzadko swoją popularnością przewyższających oryginały - należą m.in. All Along the Watchtower Jimmiego Hendrixa (wersja oryginalna: Bob Dylan), The Man Who Sold The World Nirvany (wersja oryginalna: David Bowie) czy I Will Always Love You Whitney Houston (wersja oryginalna: Dolly Parton). Co ciekawe, nie jest to forma często spotykana w rapie. Z dwóch względów - po pierwsze, to gatunek od zawsze silnie naznaczony rysem autorskości; rap był symbolem indywidualnego buntu, dlatego branie na warsztat cudzych kawałków nie było w nim mile widziane. Po drugie - producenci i tak często korzystali z sampli, dlatego hołd poprzednikom składało się tu inaczej.
A jak to wygląda w przypadku bliskich nam brzmień? W myśl nowego hasła marki McDonald's Ten sam, ale lepiej (o co w nim chodzi i dlaczego lepiej - przeczytacie tutaj, za to podcast specjalnego wydania Bolesnych Poranków znajdziecie tu) wybraliśmy pięć naszych ulubionych coverów z ostatnich lat.
tekst powstał przy współpracy z marką McDonald's
wersja oryginalna: Henry Mancini & Audrey Hepburn
Jak już brać się za coverowanie, to lepiej sięgać po kawałki, które są mniej znane. Szarpanie się z własną interpretacją powszechnie kochanego numeru może sprawić, że i nikomu się to nie spodoba – w końcu arcydzieł się nie poprawia – i dodatkowo można nie udźwignąć ciężaru, po czym polec z kretesem. Tak, to casus Yeezy’ego, wyjącego Bohemian Rhapsody przez tłumem zszokowanych widzów festiwalu Glastonbury.
Ale do odważnych świat należy – pomyślał pewnie Frank Ocean, biorąc się za Moon River. To jedna z najsłynniejszych filmowych melodii w historii, nagrodzona Oscarem i Grammy. W wersji Audrey Hepburn ze Śniadania u Tiffany’ego miała w sobie i sporo intymnego nastroju, i jeszcze więcej kobiecej niepewności. Ocean dodał do tego charakterystyczny dla siebie, nieco duszny klimat. I zrobił bardzo przyzwoity numer, oczywiście ustępujący oryginałowi, ale to było do przewidzenia. Swoją drogą sprawdźcie też jego Nature Feels – to z kolei przeróbka popularnego dekadę temu Electric Feel indierockowców z MGMT.
wersja oryginalna: Sublime
Numer promujący chyba najlepszy album Lany, wydany w 2019 krążek Norman Fuckin' Rockwell! Z oryginałem wiąże się dość smutna historia. Doin' Time, opowiadający o toksycznej relacji złej kobiety i zakochanego w niej faceta, też był w zasadzie coverem; rockowa formacja Sublime oparła go na motywie przewodnim z utworu Summertime słynnego kompozytora muzyki filmowej, George'a Gershwina. Dlaczego smutna? Bo zbiegła się z tragiczną śmiercią wokalisty Sublime Bradleya Nowella, który zmarł w trakcie nagrań na skutek przedawkowania heroiny. Lana Del Rey zaśpiewała po raz pierwszy swoją wersję Doin' Time na Tribeca Film Festivalu, podczas premiery dokumentu o Sublime. I zaskoczyła fanów tego zespołu, dodając do utworu trochę trip-hopowego feelingu. Która wersja ciekawsza? To w zasadzie dwie różne piosenki, niech będzie remis.
wersja oryginalna: Feist
Nie wiemy, czy pamiętacie, ale to był jeden z tych numerów, które sporą popularność zyskały dzięki masowemu share'owaniu na Facebooku. Za chwilę minie 10 lat, a ten niesamowity, hipnotyzujący bas dalej sprawia, że od drgań plomby same wylatują z zębów. Trudno uwierzyć, że Limit To Your Love jest tak naprawdę coverem kawałka kanadyjskiej piosenkarki Feist. I pierwszym singlem z pierwszej płyty Jamesa Blake'a. Stawiamy, że gdyby nie ten numer, ta jedna z ciekawszych karier ostatniej dekady w świecie muzyki elektronicznej nie potoczyłaby się tak dobrze. To jest ten przypadek, kiedy cover przewyższył oryginał.
wersja oryginalna: Michael Jackson
Bardzo, bardzo krytykowano Jacksona za ten numer - dziennikarze pisali, że jest naiwny, że obnaża mizoginię Jacksona, który traktuje kobiety przedmiotowo, że wreszcie opowiada o człowieku, którym Jacko chciałby być i miejscach, w których chciałby się znaleźć, ale nic z tego. Dziś słucha się go jak przedszkolną kołysankę, ale fakt - to był Michael Jackson w swoim brudniejszym wydaniu. Nic dziwnego, że akurat ten numer wziął na warsztat naczelny erotoman współczesnego popu. Wyszło mu świetnie, ale umówmy się, do legendy i tak nie ma podjazdu.
I nie, nie wspomnimy o przypałowej wersji sami-wiecie-kogo.
wersja oryginalna: Dizzee Rascal
Lekka kontrowersja, bo to nie do końca cover; Jorja Smith wykorzystała w nim po prostu fragment kawałka Raskita, swoją drogą jednego z mocniejszych antysystemowych songów w jego karierze. Ale to zarazem tak piękny numer, że nie możemy oprzeć się pokusie. Na pewno jeden z lepszych Jorjy; ze świetnym, dojmującym tekstem o strachu i samotności, w dodatku na idealnie kołyszącym beacie. Kto lepszy? Tu zdecydowanie mówimy o dwóch różnych kawałkach.