Albo kierowców ciężarówek, przemierzających amerykańskie pustkowia. Nowy album filadelfijskiej formacji ukaże się w najbliższy piątek. Będziemy zdziwieni, jeśli The War On Drugs nie zagrają go na żywo podczas któregoś z największych polskich festiwali.
Trudno określić poziom ich aktualnej popularności. Na Spotify miesięcznie większą liczbę słuchaczy zgarnia Mata. A z drugiej strony to już jest zespół ze statusem headlinerskim na wielkich festiwalach i nagrodą Grammy za najlepszy rockowy album. Uchodzą za następców Bruce'a Springsteena, ukochanego artysty wszystkich Amerykanów. Nie uciekają od tego porównania - zresztą syn lidera, Adama Granduciela, ma na imię Bruce, właśnie na cześć Springsteena.
Podobno Granduciel uśmiecha się tylko wtedy, gdy ktoś zapyta go właśnie o syna. W pozostałych przypadkach - ten sam chmurny wyraz twarzy i lekko marzycielskie spojrzenie. Wygląda jak stereotypowy techniczny rockowej kapeli: 40-letni pan ze stanowczo zbyt zaniedbanymi, długimi włosami. Sprany podkoszulek, sprane jeansy, jakaś kurtka.

Ten niepozorny facet jest odpowiedzialny za sukces jednego z ważniejszych gitarowych zespołów ostatniej dekady. Dekady, w której muzyka rockowa ostatecznie utraciła wielką popularność, schodząc do niszy i ustępując miejsca rapowi. Jej jedynymi przedstawicielami, którzy mogli liczyć na szerszą rozpoznawalność, byli albo wykonawcy, łączący rocka z nowoczesnym popem (jak Imagine Dragons czy Coldplay), albo weterani, albo ci, którzy otwarcie czerpią z klasyki - dokładnie tak, jak lata wcześniej robił to Jack White czy muzycy Arctic Monkeys. The War On Drugs to właśnie ta trzecia kategoria.
Nie robią rewolucji. Idą drogą wspomnianego Springsteena, Boba Dylana, R.E.M. Twórców wyrosłych zarówno z niezależnego college rocka, jak i bluesa, eksplorujących tradycje amerykańskiej muzyki gitarowej w popowej, przystępnej formie. Napisalibyśmy radiowej, ale ich symbol - długie, wielominutowe kompozycje - nijak mają się do treści zwartych, przyjaznych dla ramówek rozgłośni. To nawiązanie do kierowców ciężarówek nie jest przypadkowe, w zasadzie można je zrozumieć, odpalając dowolny numer The War On Drugs. Oparte na charakterystycznym, powtarzającym się rytmie piosenki są naturalnym soundtrackiem do przesuwających się za oknem krajobrazów. Jeśli poczujecie w nich - zwłaszcza tekstowo - element zagubienia, to dobrze, bo właśnie z takiej perspektywy Granduciel pisze kolejne utwory. Nawet teraz, kiedy miejsce imprezującego, nieradzącego sobie z problemami psychicznymi faceta zastąpił stateczny ojciec i partner; od 2014 roku jest w związku z Krysten Ritter, aktorką znaną m.in. z tytułowej roli w Veronice Mars.
W tych piosenkach chodzi o nastrój. Chcę po prostu uchwycić uczucie, w którym byłem w danym momencie. Czasem zdaję sobie z tego sprawę dopiero wiele miesięcy później, kiedy płyta jest już gotowa - opowiadał w rozmowie z Vanity Fair. Może stąd melancholia, która przepełnia ich twórczość. Zwłaszcza dwie ostatnie płyty (piątkowej premiery, albumu I Don't Live Here Anymore jeszcze nie słyszeliśmy) - wydaną w 2014 roku Lost In The Dream i młodszy o trzy lata krążek A Deeper Understanding. To na nich w pełni ukształtował się styl The War On Drugs, którzy przez pierwsze lata sporo eksperymentowali - w ich starszych numerach pojawiają się nawet klimaty psychodelii z lat 60. Teraz ich podręcznikowy utwór trwa ponad pięć minut, rozkręca się dość powoli, sporo w nim zaskoczeń - na przykład wiodącej gitary, która lubi pojawić się dopiero w połowie, albo efektownego chórku - i marzycielskiego, hipnotycznego tonu, znaku rozpoznawczego filadelfijczyków. Nawet wtedy, kiedy Adam Granduciel śpiewa o smutku i depresji. Swoją drogą podobno na nowej płycie jest dużo weselszy niż dotąd.
To także zespół, o którym wieloletni słuchacze Programu III Polskiego Radia mogliby powiedzieć - trudno się nie zakochać. The War On Drugs grają w tej samej drużynie, co amerykańscy ulubieńcy Marka Niedźwieckiego, twórcy pokroju Michaela Boltona, Bruce'a Hornsby'ego czy Dona Henleya. Pop dla dorosłych, z eleganckim sznytem i bogatym instrumentarium. Gitary przecinają się z 80'sowymi klawiszami, tworząc dźwiękowe pejzaże. Przypomnijcie sobie wszystkie seriale z lat 80., w której głowa rodziny jedzie rano do pracy i włącza radio z aktualnymi hitami dla kierowców. The War On Drugs byliby w nim na stałej rotacji.
Ich nowy album I Don't Live Here Anymore ukazuje się w piątek. Wiemy już o europejskiej trasie klubowej zespołu, która odbędzie się wczesną wiosną. Temat festiwali jest na ten moment otwarty - wiadomo, że ze Starego Kontynentu nie uciekną, pojawiając się m.in. na Primaverze. Gdy podczas zeszłorocznego wywiadu na antenie newonce.radio spytaliśmy szefa Open'era Mikołaja Ziółkowskiego o to, czy ściągnie ich na najbliższą edycję, uśmiechnął się zagadkowo - na zasadzie: możecie się domyślić. Więc chyba jeden z pustych slotów na Main Stage można już odhaczyć dla The War On Drugs. Na ten moment naprawdę trudno o lepszego gitarowego co-headlinera.

