To jedna z najsłynniejszych płyt w historii muzyki. Dlaczego tak pokochali ją raperzy?

Joy Division.jpeg
fot. okładka płytyb "Unknown Pleasures"

A jakby tego było mało - gdyby stworzyć galerię najbardziej kultowych okładek ever, to ta biłaby się o pierwsze miejsce z przechodzącymi przez pasy Beatlesami i bobasem z Nevermind Nirvany

Nazwę Joy Division wymyślił wokalista Ian Curtis, któremu po lekturze powieści Dom lalek szczególnie mocno w głowie pozostała historia tzw. oddziałów przyjemności, jakie powstawały na terenach obozów koncentracyjnych - oddziały tworzyły Żydówki zmuszane do seksu z nazistowskimi żołnierzami. Swoją drogą już po powstaniu zespołu muzykom zdarzało się za tę nazwę porządnie obrywać (nie jesteśmy pieprzonymi nazistami, gramy tylko muzykę! - podkreślał basista Peter Hook). Istnieli tylko cztery lata, koncertowali zaledwie dwa. Nagrali jedynie dwie płyty, a i tak ich wpływ na muzykę jest gigantyczny. Co więcej - wiele źródeł donosi, że na początku kariery ci ludzie kompletnie nie potrafili grać, a w ryzach wszystko trzymał wyłącznie niesamowity głos lidera zespołu, Iana Curtisa.

Joy Division. Zespół - legenda, i to taka, z którą się nie dyskutuje. A ich najsłynniejszym albumem był Unknown Pleasures.

To jest jedna z tych historii, w których sława przychodzi dopiero po tragedii. Jeszcze jesienią 1978 roku Joy Division zagrali po raz pierwszy w telewizji - a ściślej: w lokalnym, manchesterskim programie, a ich manager kłócił się z wytwórnią Factory Records o to, ile ma kosztować wyprodukowanie pierwszej płyty zespołu, ale tu kursowały kwoty dość niskie jak na dzisiejsze realia. Oni sami do studia trafili w kwietniu 1979 roku, przez co łatwo można obliczyć, że od realizacji nagrań do premiery sklepowej minęły jedynie dwa miesiące. Jak wspominał producent Martin Hannett, byli bardzo łatwym tworzywem, bo zgadzali się na wszystkie jego pomysły, co też świadczy o tym, jak wielkie to były muzyczne żółtodzioby. Grali punka, ale Hannett uważał, że ten gatunek jest mocno ograniczony formalnie. Dlatego zasugerował pójście szerzej. I to dzięki niemu Unknown Pleasures brzmi tak inaczej - w studiu rejestrował m.in. odgłosy windy, roztrzaskiwanej butelki, zwalniał i przyspieszał taśmę nagraniową, używał echa, a nawet nagrał parę partii głosu Curtisa przez telefon. Efektem okazała się zimna, surowa i absolutnie odhumanizowana płyta. Nikt nie grał tak przed nimi.

W pierwszym półroczu Unknown Pleasures sprzedało się zaledwie w 15 tysiącach egzemplarzy. Coś ruszyło dopiero po premierach singli, które i tak nie znalazły się na tej płycie - chodzi o Transmission i ikoniczne Love Will Tear Us Apart. A kiedy w maju 1980 roku Ian Curtis popełnił samobójstwo, szaleństwo rozpętało się na dobre. Dziś trudno o zestawienie najbardziej wpływowych płyt w historii muzyki bez Unknown Pleasures. Joy Division zapoczątkowali modę na muzyczny smutek i chłód. Nie byłoby całego nurtu cold wave, nie byłoby też emo, gdyby nie oni. Oczywiście nie mieli niczego wspólnego z rapem, ale raperzy wielokrotnie powoływali się na ich twórczość; Yung Lean otwarcie nazywa ich swoim ulubionym zespołem, Vince Staples podkreślał, że Unknown Pleasures było bezpośrednią inspiracją albumu Summertime'06, Danny Brown zapożyczył od Iana Curtisa nazwę Atrocity Exhibition, Tyler nawijał, że jest modern-day Ian Curtis, a Lupe Fiasco założył swój zespół Japanese Cartoon, bo jego członkowie też inspirowali się kwartetem z Manchesteru. Co tak bardzo podoba się raperom w Joy Division? Na pewno charyzma Curtisa, na pewno też szczere, bardzo bezpośrednie śpiewanie o najczystszych emocjach. No i ten wszechobecny mrok.

A o co chodzi z okładką? Te białe fale to nic innego jak fale radiowe pierwszego odkrytego pulsara. Trudno jednak znaleźć drugi tak eksploatowany przez popkulturę wzór. W 2003 roku Raf Simons stworzył kolekcję - hołd dla Joy Division, interpretując m.in. właśnie ten cover. Sięgali po niego także twórcy Supreme oraz... Disney, czym ta globalna marka wywołała niemałe kontrowersje; zestawienie Myszki Miki z okładką mocno depresyjnego zespołu, którego lider popełnił samobójstwo, ewidentnie nie styka.

46 lat temu wydarzyło się coś, co pchnęło muzykę na zupełnie nowe tory. Nawet pomimo tego, że nikogo to wówczas nie obchodziło.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej i spraw społecznych.