Z Lublina przez Walencję do walki o normalne życie. „Może w końcu piąta, szósta operacja sprawi, że kolano znów pozwoli na grę?” (WYWIAD)

Zobacz również:OSTATNI MECZ #4. Pakt
Tomasz Kęsicki
Fot. archiwum prywatne

Kilkanaście lat temu uchodził za jeden z czołowych talentów polskiej koszykówki. Przechodząc przez szczeble reprezentacyjne, w młodym wieku trafił za granicę, gdzie nic zwiastowało nadchodzących kłopotów. Historia Tomasza Kęsickiego pokazuje, co znaczy trafić w życiu na nieodpowiednie osoby i jak świetnie zapowiadającą się karierę mogą zniszczyć kontuzje. Kilka lat po przedwczesnym zerwaniu z koszykówką były środkowy między innymi Pamesy Walencja czy Fortitudo Bolonia opowiada nam o wyjeździe z kraju jako siedemnastolatek, treningach z zawodnikami NBA czy niemającej końca batalii o powrót do zdrowia.

Michał Winiarczyk: Jak mija życie po karierze?

Tomasz Kęsicki: Teraz na szczęście już spokojnie. Najgorszy okres za mną. Prowadzę działalność gospodarczą w branży budowlanej, mam zajęcie. Wcześniej pracowałem również dla jednej z sieci telefonicznych przy zarządzaniu awariami. Człowiek był mocno zapracowany, teraz mam więcej czasu dla siebie.

Nie kusiło, aby pójść w stronę „trenerki”?

Próbowałem, pół roku pracowałem z młodzikami w akademii Olka Mrozika w Lublinie. Chyba za szybko o tym pomyślałem. Nie zdążyłem doprowadzić kolana do normalnego funkcjonowania. Nie czułem się dobrze z myślą, że chciałbym pograć, a zdrowie nie pozwala. Inna sprawa to taka, że nie mogłem patrzyć na niektórych chłopców. W ogóle nie widziałem u nich pasji do gry. Wybrałem zły moment na tę robotę. Teraz mam inne sprawy i nie miałbym czasu na pracę trenerską.

Jest pan na bieżąco z dzisiejszą koszykówką?

Do czasu wybuchu pandemii w miarę śledziłem wyniki, teraz już mniej. Zerkam co jakiś czas na sytuację w NBA, ale bez oglądania, bo mecze bez kibiców nie przekonują mnie. Nie odciąłem się od basketu, choć nie powiedziałbym, że jestem z nim na bieżąco.

Na wspomnienia z czasów gry nie bierze?

Coraz rzadziej. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że im mniej wracam do kariery, tym lepiej układa się codzienne życie. Przestałem żyć przeszłością, skupiłem się na teraźniejszości i przyszłości. Odszedłem trochę od koszykówki, bo trudno znosiłem fakt, że nie mogę grać. Oglądałem kolegów, którzy cały czas rywalizują, a później przypominałem sobie, że kontuzje kolana zakończyły mi karierę. Miałem siedem operacji na jedną nogę. Musiałem to zrobić, by móc ułożyć dalsze życie.

Co panu dała koszykówka?

Przede wszystkim dyscyplinę. To ona nauczyła mnie życia, bo wyjechałem z domu mając piętnaście lat. Trafiłem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Warce. Nagle sam musiałem załatwiać codzienne sprawy, na przykład pranie. Dysponowaliśmy jedną pralką na trzydziestu chłopa. Co gorsza, często potrafiła się psuć. Basket pokazał, jak radzić sobie z przeciwnościami losu.

Kiedyś powiedział pan, że kto przeżyje szkołę w Warce, ten zostanie koszykarzem.

Blisko rok zbierałem się z decyzją o dołączeniu do SMS-u. Przerażała wizja rozłąki z rodzinnym domem. Słyszałem opinie o bardzo wymagających treningach, obawiałem się, że nie podołam. W końcu między innymi za namową Michała Ignerskiego zdecydowałem się spróbować. To naprawdę stanowiło lekcję życia. Małe miasto, bez atrakcji, tylko treningi, nauka i spanie – tak w kółko przez dwa lata. To był okres, w którym gdy nadchodziły wakacje, to wyjeżdżałem ze szkoły na kadrę. W domu mnie nie widywali.

Grał pan w wielu kategoriach wiekowych reprezentacji Polski. Być może nadmierna eksploatacja organizmu za młodu przyczyniła się do późniejszych problemów zdrowotnych?

Spędziłem na rehabilitacji nogi dwa i pół roku. Nie chodziło o to, by wrócić do sportu, ale by normalnie funkcjonować. Gdybym znów był nastolatkiem, lecz miał dzisiejszą wiedzę, to zupełnie inaczej podchodziłbym do treningów. Skupiłbym się na wzmocnieniu ciała, szczególne nóg i kręgosłupa. Lata temu nie przykładano do tego wagi. Treningi na siłowni wyglądały tak, że ktoś mówił „ćwiczcie sobie”, godzina minęła i wychodziliśmy, nie robiąc praktycznie nic. Z kolei za granicą panowało nastawienie, że co wybiegasz na boisku, to okej, ale na siłowni to trzeba robić masę i „pakować górę”. Wiem, że wszystko powinno wyglądać inaczej, ale przeszłości nie cofniesz.

Przemysław Karnowski kolejny rok walczy o powrót do pełnego zdrowia. Przez lata kontuzje kolan nękały między innymi słynnego koszykarza NBA, Yao Minga. Wysokich kłopoty zdrowotne trapią częściej?

Można tak podejrzewać. Pamiętam, że jak nie przechodził ból pleców, to w Bolonii wyrwali mi dwie „ósemki”. Człowiek młody, nie znał się na medycynie, słuchał innych. Skoro lekarze mówią, że pomoże, to kim jestem, by się sprzeczać? Zgodziłem się, usunęli zęby, po czym straciłem cały sezon. Trafiłem na miesiąc do szpitala, bo wdarło się zakażenie. Co istotne, ból pleców nie minął. Pomógł dopiero Krzysiek Woźny, fizjoterapeuta z Lublina. Pokazał ćwiczenia i kazał kupić piłkę do rehabilitacji. Trzy tygodnie zajęć sprawiły, że ból minął. Teraz od czasu do czasu prewencyjnie je wykonuję. Niby prosta sprawa, a profesjonalny klub nie potrafił umiejętnie pomóc. Trzech lekarzy, kilku fizjoterapeutów, masa teorii, a wystarczyło wrócić do Polski. Wiem, że się powtarzam, ale uważam, że gdybym wiedział tyle, co dziś i trafił na dobrych ludzi, to przez całą karierę nie doznałbym żadnej poważnej kontuzji. Wszystko zależy od przygotowania organizmu. U mnie było ono za słabe i za małe. Szybko rosłem, pojawiała się jedna kontuzja, później następna. Gdy jedna część ciała była przeciążona, to nacisk przekładało się na drugą. Powstawało błędne koło, aż w końcu organizm nie wytrzymał.

Z dzisiejszą wiedzą też zdecydowałby się pan na wyjazd do Hiszpanii w młodym wieku?

Tak, bo wiedziałbym co i z kim mam ćwiczyć, komu mogę zaufać, a komu nie. Po latach nawiązałem wiele kontaktów z fizjoterapeutami czy trenerami przygotowania fizycznego. Dobrze wiem, jakie ćwiczenia pasują i co mam wykonywać, aby wzmocnić dany element.

Jak zapadł w pamięć czas w Walencji? Trafił pan do świeżego triumfatora Pucharu ULEB mającego w składzie późniejszego mistrza NBA Fabricio Oberto czy dwukrotnego triumfatora Euroligi i wicemistrza olimpijskiego Antoine'a Rigaudeau.

Jeśli chodzi o życie, to miło wracam do tamtego okresu. Fajni ludzie, świetna pogoda, dobre jedzenie. Wyjazdy za granice nauczyły języków. To ogromna zaleta, która przydaje się w życiu po karierze. Dzięki temu mogłem dostać bardzo ciekawą pracę. Z powodu natłoku treningów musiałem przerwać naukę w szkole. Maturę zdałem dopiero w 2014 roku. Koszykarsko nie mogę uznać tego czasu za stracony, choć wiem, że sporo rzeczy można było zrobić inaczej.

Dość mocno zależało Pamesie na panu, proponując czteroletni kontrakt. W tym samym czasie FC Barcelona oferowała sześcioletni.

Miałem siedemnaście lat. Rodzice byli związani ze sportem czysto amatorsko. Nikt z rodziny nie wiedział, z czym się je zawodowstwo. Wszystkie decyzje były podejmowane za sprawą agenta. Jak sugerował, tak robiłem. Odradzał Barcelonę ze względu na długi kontrakt. Mówił, że jak się rozwinę i nadejdzie temat draftu NBA, to będę miał kłopoty z odejściem. Proponował Walencję, bo po zrealizowaniu kontraktu miałbym 21 lat, co byłoby dobrym wiekiem na spróbowanie czegoś lepszego. Ponadto nawiązywał do przykładu Maćka Lampego, który związał się na długo z Realem Madryt, a później przez lata spłacał zerwany kontrakt. Uznałem, że to, co mówi agent ma sens. Nigdy nie dowiemy się, czy Barcelona byłaby lepszym wyborem od Pamesy.

A jak było z draftem? Zgłosił się pan, lecz w odpowiednim momencie wycofał zgłoszenie.

Jak dobrze wiesz, nie jest to nic nadzwyczajnego. Wielu polskich koszykarzy tak robiło. Wiedziałem, że nie jestem gotowy fizycznie na walkę o NBA. W porę się wycofałem. Chciałem, żeby skauci o mnie się dowiedzieli, zapisali nazwisko, zaczęli śledzić poczynania.

Miał pan okazję sprawdzić się na tle amerykańskich koszykarzy?

Byłem w Stanach na treningach w 2008 roku. Pod Waszyngtonem miałem okazję trenować z zawodnikami, którzy grali w NBA jak Joey Dorsey, Ty Lawson czy Jonas Jerebko. Miło wspominam wyjazd, bo fajnie było zobaczyć, jak ćwiczy się w USA. Pamiętam, że pewnego dnia pojechaliśmy grać do byłej szkoły Kevina Duranta. Tak się złożyło, że postanowił odwiedzić stare miejsce. Mogę powiedzieć, że miałem okazję być z nim w tym samym czasie na jednym boisku (śmiech). Jeśli chodzi o skautów, to pamiętam mecz w Bolonii. Graliśmy sparing z CSKA Moskwa. Poszło bardzo dobrze, zdobyłem kilkanaście punktów i trochę zbiórek. Zwróciłem uwagę między innymi ówczesnego trenera LeBrona Jamesa w Cleveland Cavaliers, Mike’a Browna. Oprócz tego były także słynne campy w Treviso. Jeździłem tam z Marcinem Gortatem, Wojtkiem Baryczem, udział brali chyba też Kamil Chanas i Michał Chyliński. Wydaje mi się, że każdy klub z NBA miał na nich swojego przedstawiciela.

Jakim zawodnikiem był wtedy Gortat?

Surowym technicznie, ale również niesamowicie sprawnym fizycznie. Świetnie dostosował się do ewolucji, jaka następowała wtedy w koszykówce. Nikt nie myślał o nim wtedy jako o przyszłym zawodniku NBA. Sytuacja zmieniła się po konkursie wsadów, który wygrał skacząc z linii rzutów osobistych. Posypały się do niego telefony z większości amerykańskich klubów. Rzadko spotyka się tak atletycznego, a zarazem wysokiego zawodnika jak on. Marcin był szybszy niż niejeden skrzydłowy, a nawet rozgrywający.

Napomknął pan ciekawą kwestię. Wiele polskich talentów jak Wojciech Barycz czy Paweł Mróz jeździło na międzynarodowe campy, a jak pokazał czas nie zrobili kariery na miarę oczekiwań.

Bardzo mocno wtedy ćwiczyłem. Po sezonie robiłem sobie tylko tydzień, dwa przerwy, podczas którego nawet nie leżałem, tylko chociażby rekreacyjnie rzucałem. Dawałem z siebie wszystko, by każdego dnia być jeszcze lepszy. Czasem jest tak, że jak człowiek chce, a robi źle, to nie wychodzi. Pamiętam, że już w Warce z powodu katorżniczych treningów pojawiały się u mnie problemy z kostkami. Zmęczenie i słaby organizm dodatkowo to potęgowały. Z doświadczenia wiem, że tak samo jak trening, ważny jest odpoczynek. Można trenować mniej, a dokładniej, bardziej przykładać się do odpoczynku oraz diety i wyjść na tym o niebo lepiej. Ostatnia kwestia też przez lata była mi obca. O prawidłowym odżywianiu zacząłem dowiadywać się po dwudziestce.

Tomasz Kęsicki
Fot. archiwum prywatne Tomasza Kęsickiego

O kostce mówił pan w 2009 roku w wywiadzie z „Dziennikiem Wschodnim”: „W pewnym momencie była już tak rozklekotana, że nie widać było, kiedy jest spuchnięta, a kiedy nie”.

Miałem już tak pozrywane więzadła, że gdy kolejny raz ją skręcałem, to mogłem dotknąć nią podłogi. Za dwa dni znów grałem, bo nie było czego w niej uszkodzić. Przez to, że była rozklekotana, to takie zdarzenia działy się często.

To w takim wypadku jak trafił pan najpierw do Reggio Emilii, a później do słynnej Bolonii? Zamienił pan jeden świetny klub na drugi, choć miał pan już sporo problemów ze zdrowiem.

Chciałem w końcu zoperować kostkę, a Walencja nie wyrażała zgody. Uznawali, że nie trzeba operować, wystarczy odpocząć. Wraz z agentem doszliśmy do wniosku, że skoro oni nie chcą się tym zająć, to czas odejść. Granie z uszkodzoną kostką do niczego nie prowadziło, nie widziałem dalszego sensu podejmowania daremnych prób. Dogadałem się z Reggio Emilią, że tam się mną zajmą. Z gry wyszły nici, bo sezon później wylądowałem w Bolonii.

W klubie, który parę lat wcześniej wygrał ligę włoską i dotarł do finału Euroligi.

Jak byłem zdrowy i złapałem formę, to czułem, że mogę dużo zdziałać. Nawet jeśli nie miałem przygotowanego organizmu na tak wysokim poziomie, to wtedy momentami całkiem dobrze się prezentowałem. Zdarzało się, że w sparingach trener wypuszczał mnie w pierwszej piątce. Odpłacałem się kilkunastoma punktami na mecz.

Czyli będąc w pełni zdrowia nie czuł się pan gorszy od rywali z tak mocnego zespołu?

Sportowo, technicznie – nie. Czułem braki w sferze kondycyjnej. Zastanawiałem się, jak koledzy mogą bez problemu tyle biegać. Mam nieproporcjonalnie dłuższe nogi niż reszta ciała. Zawsze czułem, że mnie palą, gdy biegam. Nie powiem, że nic nie robiłem w tym kierunku. Spędzałem naprawdę dużo czasu, aby to zmienić. Widocznie źle to robiłem. Wie pan, po siódmej operacji udo w chorej nodze było wielkości łydki w zdrowej. Blisko dwa i pół roku zajęło mi, aby wrócić do normalności. Chciałem wrócić, ale organizm nie wykurował się na tyle, by powrót się ziścił. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Dziś z aktywności fizycznych pozostaje tylko rowerek.

Trudno było psychicznie przekonać się do powrotu do Polski? Młody talent w wieku 23 lat wrócił do rodzimej ligi.

Nie zależało mi zbytnio na tym, gdzie trafię. Po prostu marzyłem o normalnej, bezproblemowej grze w koszykówkę. Chciałem znów czerpać radość z basketu, a nie walczyć z kontuzjami. Dlatego wybrałem Inowrocław, choć wiedziałem, że drużynę czeka spadek. Przez to walka wyglądała odmiennie. Inaczej grasz, gdy masz o co walczyć niż gdy wiesz, że i tak spadasz. Szans na utrzymanie praktycznie nie było, ale grało się bardzo fajnie. Mało miałem sezonów, które rozegrałem w pełni zdrowy. Tutaj było to tylko kilka miesięcy, ale za to dosyć pozytywnych.

To był pierwszy pański kontakt z polską seniorską koszykówką. Coś dziwiło?

Szokował poziom organizacyjny. Gdy za granicą podpisywałeś kontrakt, o nic się nie martwiłeś. Tutaj raptem kazali otwierać działalność gospodarczą, nie rozumiałem, o co chodzi. Dziś uważam, że to pomogło, bo dzięki tym doświadczeniom, wiem jak prowadzić firmę. Zwróciłem też uwagę, jak mało ludzi skupionych jest na robieniu wielu rzeczy. Wiadomo, za granicą są większe finanse. Miałeś do dyspozycji więcej osób odpowiedzialnych za konkretne zadanie. To nie jest zawsze dobra sytuacja – patrz zdarzenie z „ósemkami”. Trafiłem do wicemistrza Włoch, a przez ich decyzję straciłem ważne miesiące kariery. Jeszcze mieli czelność powiedzieć, że po trzech godzinach mogę normalnie trenować.

Z kadrą też ma pan jakieś wspomnienia?

Mój największy sukces z kadrą to trzecie miejsce na mistrzostwach Europy Dywizji B w Bułgarii. Fajne było to, że dzięki występom zwiedziliśmy pół kontynentu, dodatkowo robiąc to, co się lubi. To z reprezentacją podróżowałem najwięcej w życiu. Poza tym byłem młodszy, o wiele zdrowszy, więc siłą rzeczy chętnie wraca się do tamtych czasów. Grałem z kilkoma chłopakami, którzy mieli papiery na dobre granie, ale też im nie wyszło przez brak zdrowia. Część podejmowała głupie decyzje, ale nie wypada mi za nich opowiadać.

Po Inowrocławiu była jeszcze Zielona Góra i Kołobrzeg. Łabędzi śpiew?

To w Zielonej Górze doznałem tej bolesnej kontuzji kolana. Na początku było wszystko fajnie. Bardzo solidnie przepracowałem wakacje po odejściu ze Sportino. W końcu czułem się solidne pod względem fizycznym i nawet dobrze się grało i biegało. Wszystko zmieniło to nieszczęsne kolano... Pierwsze skręcenie – dwa tygodnie przerwy, zaraz potem drugie i decyzja o operacji, bo pęknięta łąkotka. Później za szybki powrót. Zgłaszałem, że boli, ale w odpowiedzi słyszałem, bym wziął ketonal, albo że mogą zrobić blokadę. Człowiek głupi, wierzył, że pomoże. Skończyło się to operacją za operacją i pozorami gry na blokadach. Lekarze mówili, że to nic złego i trzeba wszystko rozbiegać, bo zrosty, bo tamto. W końcu trzeba było dać spokój. Nie chodziło już o to, czy kiedykolwiek będę mógł wrócić do koszykówki, tylko o to, czy będę w stanie normalnie chodzić.

W Kotwicy próbowałem jeszcze doprowadzić nogę do takiego porządku, by grać bez przeszkód. Niestety, nie wyszło. Cały czas biła chęć do gry, choć wiedziałem, że to już końcówka kariery. Po trzech czy czterech miesiącach walki ból nie pozwalał na dalszą grę. Przeciwbólowe już nie działały. Stwierdziłem, że czas powiedzieć stop, bo robi się niebezpiecznie. Zakładałem, że po roku czy dwóch, gdy wyleczę się, to może coś tam jeszcze o koszu pomyślę. Wyszło tak, że po przerwie nie dało się już wrócić. Kolano nie odzyskało dawnej sprawności. Kiedyś próbowałem grać z kolegami w Lublinie, spotykają się i rzucają czysto amatorsko. Po drugim razie ogarnął mnie tak mocny ból, że przez dwa dni nie mogłem chodzić. Przyszedł czas na pożegnanie z koszykówką i znalezienie innego sportu.

Jak radzi sobie człowiek z sytuacją, gdy to zdrowie nakazuje w wieku 26 lat powiedzieć koniec, a nie on sam?

Łagodnie mówiąc: bardzo źle. Skończyłem grać w 2012 roku, ale człowiek cały czas po cichu marzył. Może w końcu piąta, szósta operacja sprawi, że kolano znów pozwoli na grę? Pozostała tylko blizna... No i siódmy zabieg, bo dostałem gronkowca. W międzyczasie dowiedziałem się, że tata zachorował na raka.

(chwila przerwy)

Przez półtora miesiąca trudno było zasnąć. Musiałem pozbierać się i zrozumieć, że jestem jeszcze młody, mam sporo życia przed sobą. Przecież ludzie mają większe problemy. Uznałem, że muszę zacisnąć zęby i robić swoje, tylko trochę inaczej. Niesamowicie pomogła rodzina i przyjaciele. Żona była cały czas przy mnie. Znamy się od czasów, gdy grałem w Hiszpanii. Jesteśmy ze sobą tyle lat i nadal potrafimy się dogadać. Wiadomo, jak w każdym małżeństwie zdarzą się czasem jakieś kłótnie, ale gdyby ciągle było fajnie i pięknie, to chyba byłoby zbyt nudno i dziwnie. Dużego kopa do życia dały narodziny córki. Przyjście Amelki na świat stanowiło wiadomość: „weź się człowieku ogarnij, masz dla kogo żyć”. Muszę też wspomnieć o osobie, której nazwiska nie chcę przedstawiać. Mówią na niego „Biały”. Mogłem liczyć na jego wsparcie po operacjach, gdy słabo się czułem. Do dziś jestem mu za to naprawdę wdzięczny. Z ręką na sercu mogę uznać go za bliskiego przyjaciela.

Poleciłby pan dzisiejszym juniorom wyjazd na zachód w młodym wieku?

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Wydaje mi się, że każdy wybór może być dobry. Wszystko zależy od osób, jakie zawodnik spotka na drodze do celu. Czy to będzie w Polsce, czy za granicą – nie ma dużego znaczenia. Niezależnie od miejsca z odpowiednią opieką i ciężką pracą można zajść daleko. Wiadomo, że jak dostaniesz szansę gry w dobrej europejskiej lidze lub w Stanach i od razu ją wykorzystasz, to później masz łatwiej. Nie doradzę nikomu konkretnego wyboru. Nie żałuję, że wyjechałem w młodym wieku. Wątpię, czy pozostanie w Polsce coś by zmieniło.

Pańska historia jednak pokazuje, że nawet w dobrych klubach można trafić na niewłaściwe osoby.

No cóż, można nie trafić. Z sytuacji z „ósemkami” dziś już się tylko śmieje. Powiedziałbym teraz tamtemu Tomkowi, który wyjeżdżał do Walencji, żeby zwrócił uwagę i znalazł jak najlepszego gościa od przygotowania fizycznego. No i żeby poczytał coś o diecie, bo wtedy ten temat był mi obcy. Pamiętam, jak klub zapewniał możliwość jedzenia w barze przy hali. Nikt nie ustalał menu. Zdarzało się, że w południe wlatywała kanapka z frytkami, a później czekał trening. To nie brzmi jakbym miał do czynienia z wicemistrzem Hiszpanii. Żyłem tak przez cały sezon. Mówili: jedz co chcesz, bo jesteś chudy i musisz przytyć. Wiem, że trafiłem na ludzi, którzy nie potrafili odpowiednio przygotować mnie pod obciążenia. Trudno, tak też się zdarza. Nigdy nie jesteś pewny, że tam, gdzie pójdziesz, czeka na ciebie sukces.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.