Rocky to tak naprawdę Sylvester Stallone, tyle że w jego życiu ringiem był przemysł filmowy. Napisany w kilka dni scenariusz do niskobudżetowej produkcji, w której wystąpili kumple i rodzina, stał się kultową historią. Cała ta opowieść jest żywym dowodem na to, że jeśli bardzo w coś wierzysz, to naprawdę może się wydarzyć, klasyką American Dream. Dokument HBO „Rocky: 40 lat legendy” nie jest może wybitnym dziełem, natomiast przepięknie uderza w czułe struny mojego pokolenia – tęsknotę za kasetami VHS, czy wielokrotne oglądaniem tego samego filmu.
Juergen Klopp miał rację, kiedy powiedział, że saga o Rock’ym powinna być lekturą szkolną. Bo choć momentami jest pełna sztampy i patosu, uczyła nas wielu ważnych rzeczy. Na przykład tego, że rywal może zostać przyjacielem, że niekiedy przyjaciół należy pomścić, a miłość pozwala przetrwać trudne chwile. Fajną rzecz mówi Stallone, oglądając stare taśmy z making off „Rocky’ego”, coś w stylu, że on i jego partnerka razem byli tacy sobie, ale we dwójkę mieli wielką siłę.
Jako uczeń szkoły podstawowej bardzo przeżywałem każdy film z tej serii. Im starszy byłem, tym bardziej doceniałem części I i II, wcześniej najlepiej wchodziły II, IV i V. Mimo że od ostatniego seansu, jaki sobie urządziłem, minęło wiele lat, wciąż pamiętam mnóstwo scen, wtedy ważnych dla mnie i moich kumpli. Zastanawiam się, czy jeśli ktoś jest z młodszego pokolenia, może odebrać ten film na podobnym rejestrze emocjonalnym. I coraz częściej dochodzę do wniosku, że to byłoby trudne, ponieważ opowieść Rocky’ego, a co za tym idzie samego Stallone’a to w pewien sposób nasza walka o lepsze jutro, próba wyjścia z sytuacji, jakie wydawały się beznadziejne – szarego świata, w jakim wszystko wygląda tak samo, poczucia strachu przed jutrem.
W samej sztuce filmowej fascynuje mnie głównie proces twórczy. Chcąc zekranizować Rocky’ego Stallone miał świadomość, że wcześniej powstało około trzystu produkcji o boksie. Jak zatem odnieść sukces w takich okolicznościach? Co składa się na finalnie wygraną walkę w oceanie pełnym rekinów? To pytanie zadaję sobie dość często. Czemu Jo Nesbo pisze kryminały i Remigiusz Mróz też, ale ten pierwszy robi to milion razy lepiej? Dlaczego „Przyjaciele” są o tyle długości przed tysiącami innych sitcomów? To kwestia klimatu. Castingu. Odpowiedniego momentu powstania.
Z Rocky’m było podobnie. Nie wiem czy jest coś, co lepiej uosabia spełnienie amerykańskiego snu, niż niezdarny bokser, który rośnie z każdą walką aż wygrywa te największe. Balboę łatwo pokochać, łatwo się z nim utożsamić. Jego każda słabość to zarazem siła bohatera. Mamy do czynienia z jednym z nielicznych filmów, w których nie przeszkadza nam łopocząca amerykańska flaga, a ścieżka dźwiękowa przyspiesza nasz puls.
Bokserzy w Rocky’m nie trzymają gardy, w walkach przyjmują dziesiątki ciosów na twarz, dużo jest w tym wszystkim fikcji, ale nawet to nie jest w stanie przesłonić najważniejszego przesłania.
Do dziś pamiętam scenę, w której Rocky rozpędza się na autostradzie, wściekły i bezradny po śmierci przyjaciela, z poczuciem winy, że to mógł być on. Każde ujęcie, które przeszkadzałoby mi w innym filmie, w tym akurat znosiłem bez problemu. Nie potrafię sobie wytłumaczyć, na czym polega ta magia.
