Od najmłodszego reprezentanta QueQuality przez pracę w ośrodku wychowawczym po wybawienie dla tych, którym się znudziły trapy. Przy okazji premiery Nikoś EP VBS opowiedział nam o wzlotach i upadkach z przeszłości, a także planach na przyszłość.
Czujesz, że w ostatnim czasie zrobiłeś najbardziej niespodziewany comeback na polskiej scenie?
Gadałem o tym ze znajomym. Powiedział, że to prawdopodobnie największe odkucie się w polskim rapie od dekady. Wiem, że brzmi to strasznie pysznie, ale który raper tak naprawdę zniknął na pewien czas, a później tak się wpierdolił? Moim zdaniem nie było takiej osoby, może poza Żabsonem.
Twoi obecni słuchacze mogą nie znać twoich starych numerów, chociażby Larwy i Motyle z czasów liceum.
Myślę, że ci ludzie, którzy przyszli do mnie z Facebooka i rolek – moi boomerzy, jak ich nazywam – gdyby posłuchali płyty Orange Shower, to by się popukali w głowę. Mogliby poczuć się trochę zawiedzeni. Ale czy warto się tym przejmować? Nie. Spoko, że przyszli i są fanami mojej dzisiejszej muzyki.
Jeszcze jako młody chłopak podpisałeś się z QueQuality.
Wszystko zaczęło się od Kstyka. Dzisiaj, kiedy rozmawiamy – żeby było śmieszniej – mija dokładnie dziesięć lat od premiery płyty Z życia wzięte. Po niej odezwał się Quebonafide. Byłem ostatnim raperem, którego sam zakontraktował. Później zniknął, więc nie wiem, czy to powód do chwały…
W QueQuality wydawałem poważniejsze projekty, a luźniejsze, bardziej core’owo rapowe rzeczy wrzucałem do Kstyka. Robiłem podobnie jak Jan Rapowanie – który odrzuty pchał do Karwana, a komercyjne tracki do SB. W moim przypadku to był mega błąd. Ludzie nie pokochali mnie za śpiewane, wrażliwe numery typu Motyle i larwy, tylko za te mocniejsze. Ale dobrze, że tak się stało – przynajmniej wiem, że w moim przypadku biznesowo nie warto iść w tę stronę.
A co się stało po QQ?
Trzeba pamiętać, że w tamtych czasach wiele osób słuchało po prostu tego, co wydaje dana wytwórnia, a nie konkretni artyści. Na labele patrzyło się bardziej jak na ekipy. Ja nie wykreowałem sobie w QQ takiego fanbase’u, żeby po rozstaniu z nimi i zmianami na rynku muzycznym, ludzie ze mną zostali. Jedyna – mała, ale wierna – grupa to słuchacze, którzy jarali się trackami na kanale Kstyka, a nie w QueQuality. Zbudowanie tego, co mam dziś, to była ciężka i długa praca; musiałem zaczynać praktycznie od zera.

Co dało ci motywację, żeby wrócić do rapowania?
Poszedłem na etat. Jestem wychowawcą w ośrodku wychowawczym dla chłopaków. To dobre miejsce do pracy, ale stwierdziłem, że nie czuję się szczęśliwy z takim życiem. Dlatego wróciłem do studia. Zacząłem regularnie nagrywać, zobaczyłem, że daje mi to mega frajdę. A jak zacząłem wrzucać pierwsze rolki na sociale, to znów trafiło to do ludzi.
Skąd taka droga zawodowa?
Moja mama jest wychowawczynią, a tata terapeutą zajęciowym. Przejąłem to od nich.
Wróćmy do rapu. W numerze z Weną rzucasz wersami: Jestem wybawieniem dla tych, którym się znudziły trapy.
Nigdy nie było mi blisko do trapu. Jestem muzykiem, gram na instrumentach – łatwiej mi złapać groove niż trap. Wybrałem klasyczną rapową drogę, ale promowałem się w nieklasyczny sposób: rolki na TikToku i Facebooku. Na początku wyzywali nas od cringowych, ale nie miałem nic do stracenia. A jak nie masz nic do stracenia, stajesz się najbardziej niebezpieczny.
Myślałeś nad tym, co możesz zaoferować słuchaczom?
Nie. Wyjebane. Nie mam planu do przodu. Nie wiem, co wydam w listopadzie. Przy moim ADHD za trzy tygodnie może mi się już nie podobać to, co wcześniej planowałem.
Sam produkujesz bity?
Nie pracuję z żadnym innym producentem poza VBS. Mam ciężki charakter, lubię swoją wizję. Zwykle kończyło się kłótnią o gotowy produkt. Dlatego dziś za podkłady do 90% moich tracków odpowiadam sam.
Co cię inspiruje muzycznie?
Dużo sampluję. Nie mam gramofonu, więc pewnie w oczach purystów jestem skreślony. Ale lubię generatory losowych utworów – znajduję numer z innej części świata i gdy mi się spodoba, to słucham całej płyty. Dużo też gram na pianinie. A gdy już zabieram się za robienie beatu, od razu wiem, o czym będzie dany track. I piszę tekst.
Na EPce Nikoś pojawiają się Biak, Dizkret, Quiz czy Dwa Sławy, czyli raperzy ze starszego pokolenia od twojego. Skąd tacy goście?
W zasadzie nie ma tam żadnego młodego – nawet nie zwróciłem uwagi. To ludzie, których słucham na co dzień. Biak to dla mnie bezdyskusyjnie najlepszy raper w Polsce. Dizkret – technicznie może nawet lepszy niż Pezet. Do pełni szczęścia zabrakło mi tylko zwrotki od Grubego Mielzky’ego.
Jaki był cel tej EPki?
Miałem zajebistą formę po jesiennej płycie, ale nie chciałem ludzi zamęczyć, więc postawiłem na krótką formę. A że bardzo dużo wracałem do filmu Kariera Nikosia Dyzmy – połączyły się okoliczności i powstała Nikoś EP. Zresztą Nikoś jest trochę podobny do mnie – też znikąd wbił na salony. Ja tylko z innej części kościoła, bo pracowałem jako organista.
Organista?
Tak, właśnie w kościele zarobiłem na swój pierwszy mixtape. Kolega ksiądz powiedział: Wiem, że chcesz wydać płytę, a nie masz pieniędzy. Przyjdź do nas, bo akurat nie mamy organisty, i zarób. Mówiłem mu, że przecież nie umiem grać, ale on odparł, że się nauczę. No i codziennie wstawałem na siódmą rano na mszę – w ten sposób wytłoczyłem sto sztuk.
Jak ważne w twojej twórczości jest miasto Białystok?
Pochodzę z Suwałk, ale Białystok to pierwsze miasto, w którym zakochałem się sam z siebie. Mieszkam tu, to moje miejsce na ziemi. Rapowo cieszę się, że reprezentuje nas Skumaj, bo gdyby nie on, to nie wiem, czy umiałbym wymienić bardziej znanych raperów z młodego pokolenia. Pewnie jeszcze Noah, ale on już tu nie mieszka.
Razem z Noah jesteście współautorami legendarnego singla Vkiego „Ćpałem cały maj”, który ma dziś prawie trzy miliony wyświetleń na YouTube. Jak do tego doszło?
Przyjaźniliśmy się z Noah. To on jako pierwszy pokazał mi drill. Pewnego dnia siedzieliśmy w pokoju u jego mamy i na amatorskim sprzęcie zrobiliśmy beat. Vkie szybko – chyba w po dwóch dniach albo nawet po jednym – zrobił na tym numer i wysłał Młodemu Rafiemu na jego kanał. Nikt się wtedy nie spodziewał, że tak to wystrzeli. Dla nas Vkie to był Łukasz ze Śląska, z którym graliśmy w gry i gadaliśmy, melanżując.
Spróbujmy teraz spojrzeć w przyszłość. Co dalej?
Nie wiem. Nie planuję. Gadałem z bookerem – fajnie byłoby coś zaplanować, ale nie wiadomo, czy za chwilę nie wskoczy nam jakiś koncert. Na ten sezon mamy już zabukowane prawie wszystko. Mega się jaramy.
Czyli przyszedł czas, żeby zbierać żniwa?
Tak naprawdę czeka nas ciężka praca, tylko na innym polu. Udowodniliśmy, że umiemy robić dobre tracki, wydawać je i promować się sami. Teraz trzeba pokazać, że koncertowo też jesteśmy mocni.
