Album „Monochromy 2” W.E.N.Y. stał się przyczynkiem do rozmowy o osiedlowym wychowaniu, traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa i... paranoicznych rozkminach o dźwiękach, hałasach i światłach.
Twoja rzeczywistość zmieniła się po zeszłorocznej płycie „Wytrych”?
Nie zmieniła się jakoś specjalnie, bo dalej pracuję na etacie, traktuję muzykę hobbystycznie i nie wiążę z nią oczekiwań komercyjnych. Robię ją dla przyjemności, ale na pewno poświęcam jej teraz dużo więcej czasu niż przed „Wytrychem”. Wygląda na to, że tamta płyta trochę mnie otworzyła. Mam głębokie przekonanie, że właśnie taka była jej funkcja.
Odbiór płyty zachęcił cię do zrobienia kolejnego materiału?
Możliwe, choć trudno mi to jednoznacznie ocenić. W pewnym stopniu na pewno, bo przekonałem się na przykład, że wciąż czerpię przyjemność z grania koncertów. Musiałem sprawdzić, jak odnajdę się w tej sytuacji i czy muzyka znów nie stanie się dla mnie obciążeniem i źródłem presji. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Zrozumiałem, że nadal dobrze czuję się z muzyką i wciąż mam głód tworzenia.
Jak po latach wchodziło ci się do studia z Quizem?
Znamy się ponad 20 lat. Przyjaźniliśmy się, zanim zaczęliśmy nagrywać płyty i tak samo było, gdy się ukazywały. Cieszę się, że znów mieliśmy okazję współpracować, bo już od dawna chciałem zrobić z Quizem kolejny materiał. Ze względu na to, że każdy z nas ma swoje życie, nigdy nie udawało nam się jednak zgrać terminów. Próbowaliśmy w 2021 roku, kiedy nagraliśmy wspólny kawałek, ale nie poszło za tym nic więcej. Sam album powstał nam bez większych problemów, choć trudno było nam znaleźć czas na wspólne spotkania. Mamy swoje obowiązki i rutyny, a Warszawa jest strasznym miejscem do spotkań, bo zawsze jest daleko (śmiech).
Chcesz mi więc powiedzieć, że album powstawał głównie przez internet?
Część numerów demo nagrywałem u Quiza, w jego małym studyjku na Mokotowie. Niektóre kawałki robiliśmy wspólnie u Staszka (Staszek Koźlik z Erem Studio – przyp. red.). Od późnego lata 2025 roku stałem się bardzo produktywny, pisanie przychodziło mi z dużą łatwością. W tym okresie nagrałem zwrotki na Bonsoul, Piha czy Barto Katta. Uznałem, że to dobry moment, żeby pocisnąć i wykorzystać ten czas, kiedy tak łatwo przychodzi mi pisanie. Zacząłem matchować teksty do podkładów Quiza, powstały pierwsze szkice, które później rozbudowywałem w zaciszu domowym.
Dobrze, że mówisz o tym twórczym przypływie, bo chciałem też o niego zahaczyć. Na płycie słyszę w twoich tekstach dużo bólu, niepewności i niepokoju. Czyli nieszczęśliwy Wena równa się produktywny Wena?
Nie sądzę, żeby to była zasada. Przestałem postrzegać muzykę jako coś, od czego zależy moje być albo nie być – zarówno w sensie materialnym, jak i tożsamościowym. Hip-hop wciąż jest dla mnie ważny, ale nie podchodzę już do niego tak zerojedynkowo jak kiedyś. To pozwoliło mi się otworzyć i poczuć większą swobodę podczas tworzenia. Sam proces zaczął sprawiać mi przyjemność, zamiast być wyzwaniem. Zmieniło się też to, że teraz robię muzykę taką, jaką chcę i wtedy, kiedy chcę. Mniej się zastanawiam, mniej się cenzuruję i nie skupiam się już tak bardzo na tym, żeby każdy wers i każdy kawałek były absolutnie najlepsze w mojej dyskografii. A jeśli chodzi o ból i cierpienie, to lubię o nich pisać. To obszar mojego życia, któremu poświęciłem dużo czasu. Mam poczucie, że przeżyłem wiele momentów, które wywoływały niepokój i wiązały się z cierpieniem, poczuciem zawodu czy porażki. Lubię wylewać z siebie takie treści na bitach Quiza. Hip-hop, którego słucham, rzadko bywa wesoły i pozytywny, bo bliżej mi do muzyki, która niesie ze sobą poruszający, ciężki ładunek emocjonalny.
Dla mnie takim ciężkim i poruszającym wersem na twojej płycie jest ten, w którym mówisz, że nie masz już siły gonić za szczęściem. Dużo rezygnacji jest w tym zdaniu.
Żyjąc, dobrze wiesz, że zdarzają się momenty, kiedy jesteś kompletnie zrezygnowany i nic ci się nie chce. U mnie było tak, że przeżywałem takie chwile, zapisywałem je i... no wiesz, miałem w życiu wiele momentów, kiedy nie wierzyłem, że uda mi się coś zmienić na lepsze. Czułem się przegrany, pokonany, poddany i nie miałem siły wierzyć, że coś mi się uda, bo wszystko wokół mnie się waliło. Z reguły było tak, że jeśli w moim życiu psuła się jedna rzecz, pociągało to za sobą kolejne problemy – taka reakcja łańcuchowa. Nie wiem, czy to kwestia mojego mentalu i nastawienia. Przerabiałem to na terapii. Ten wers znalazł się w utworze „Pod wiatr”, który pisałem w bardzo trudnym momencie życia. Straciłem wtedy pracę, wyprowadziłem się z domu i byłem w kompletnym dołku. Nie wierzyłem, że cokolwiek się zmieni.
Jakiś czas temu rozmawiałem z Łajzolem, bo oni z Kosim też mają na płycie numer o tym, że są swoimi największymi wrogami. Kiedy zapytałem go o genezę tego pomysłu, powiedział, że inspiracją był wywiad z Agnieszką Osiecką, w którym poruszyła ten temat. Jak było u ciebie?
Gadałem o tym z Łajzolem, bo do mnie napisał: „Ej, mamy numer o tym samym”. Odpisałem: „Great minds think alike” (śmiech). U mnie inspiracją była EP-ka Edo G i Pete Rocka zatytułowana „My Own Worst Enemy”. To był pierwszy moment, kiedy pomyślałem, że ludzie faktycznie potrafią sami sabotować siebie. Od kilku lat prowadzę bardzo rutynowe i przewidywalne życie, oparte na treningu, dyscyplinie, robieniu rzeczy, na które dawniej nie miałem ochoty i odpuszczaniu tych, do których byłem przyzwyczajony. I myślę sobie, że świetnie się z tym czuję, a moje życie jest dzięki temu spokojniejsze. Zastanawiam się, dlaczego nie wpadłem na to wcześniej i ile rzeczy potoczyłoby się zupełnie inaczej, gdybym zrozumiał to wcześniej. Dochodzę do wniosku, że wielu ludzi naprawdę sabotuje samych siebie. Mają do siebie pretensje, robią różne rzeczy, bo takie są oczekiwania społeczne czy przyjęte kanony, a przecież tak niewiele potrzeba, żeby znaleźć się w miejscu, które daje prawdziwą satysfakcję ze zwykłej codzienności. Czasem jesteśmy zbyt uparci i dumni, nie potrafimy odpuszczać. Często walczymy z tym, co sami sobie wyobrażamy.
W kawałku „Grudziądz” opowiadasz o traumach, z którymi zmagałeś się podczas wyjazdów do babci. Pojawia się tam między innymi wers o tym, że boisz się igieł. To nawiązanie do plagi heroiny, która kiedyś przetoczyła się przez nasz kraj?
Pamiętam to bardzo dobrze, nie tylko z Warszawy, ale też z Grudziądza, gdzie moja babcia mieszkała w czteropiętrowym budynku. Kiedy byłem dzieciakiem i schodziłem do piwnicy po słoiki, na korytarzu leżały igły, którymi można było się zranić. Do tego powszechne - przynajmniej tam - było wąchanie kleju. Widziałem zdecydowanie za dużo takich rzeczy w zbyt młodym wieku. Narkomanami byli wtedy moi rówieśnicy, z którymi spędzałem czas na podwórku. Sam miałem wtedy około 12 lat i było to dla mnie wstrząsające przeżycie. Miałem świadomość, że to coś złego. Na moim osiedlu w Warszawie miałem dwóch ziomków, z których jeden był heroinistą. Widziałem, co nałóg z nim robi. Nieraz widziałem też typa, który na klatce schodowej grzał łyżkę, kiedy ja szedłem do szkoły. Moje podejście do narkotyków wyklarowało się wcześnie. Nigdy nie zażywałem niczego poza marihuaną, bo po prostu się bałem. Wiele z tych sytuacji, które widziałem jako dziecko, naprawdę mnie przeraziło i ukształtowało.
Opowiadasz też o koledze, który niefortunnie skoczył do wody.
Skoczył na główkę do wody, a że to była stara cegielnia, pod taflą znajdowało się sporo betonu. Uderzył głową o kamień i się zabił. Więc wiesz, jednego dnia bawiłem się z ziomkiem, a dwa tygodnie później pytam babcię: „Gdzie jest Tomek?”. A ona mi mówi, że Tomka już nie ma, nie żyje.
W tym Grudziądzu w ogóle dużo się działo, bo raz zostałeś nawet przekopany.
Byłem z innego miasta i to absolutnie wystarczyło. Szedłem chodnikiem, a pod basenem siedziało kilku chłopaków. „Tyyy, Warszawiak!”. Wiedziałem, że mam przejebane, więc zacząłem uciekać. Gonili mnie, ale z naprzeciwka szedł jakiś randomowy typ, który rozpoznał tamtych i rzucił mnie na maskę samochodu. Nasłuchałem się nieprzychylnych przyśpiewek o Legii, dostałem kilka razy z buta i cześć.
Typowa osiedlowa akcja.
Dokładnie. Kiedy byłem jeszcze młodszy, bo podczas tamtej historii miałem jakieś 15–16 lat, chodziło dziwiło mnie wyobrażenie ludzi o Warszawie. Mieliśmy po 10 lat, chłopaki pytają mnie, skąd jestem, a ja mówię, że z Warszawy. „Nieprawda, Warszawa to miejsce, które się zwiedza, tam nikt nie mieszka”. Mówimy o wczesnych latach 90., ale do dziś to pamiętam, bo mnie to ruszyło. Nie sądziłem, że można myśleć, że w Warszawie nikt nie mieszka, no ale okej – można.
„Apatia” to historia kilku postaci, które połączyłeś w jedną?
To całkowicie fikcyjna historia inspirowana kilkoma autentycznymi wydarzeniami. Chciałem napisać storytelling, bo dawno nie miałem do tego okazji. Stworzyłem go od zera – wymyśliłem bohatera, jego środowisko i sytuację, w której się znajduje. Bodźcem do napisania utworu był wydźwięk kawałka „Od wiernej” z pierwszych „Monochromów”. Bardzo dużo osób, z którymi rozmawiałem po koncertach albo przez DM-y, mówiło mi, że ten numer pomógł im przetrwać trudny czas. Kiedyś, podpisując preordery, na jednym z nich zostawiłem swój numer telefonu i napisałem: „Zadzwoń do mnie”. Nie miałem oczywiście pojęcia, gdzie ten preorder ostatecznie wyląduje. Pewnego dnia zadzwonił do mnie ziomek i opowiedział, że był graficiarzem, uwikłał się w jakieś przestępstwa, siedział w poprawczaku i że moja muzyka zawsze pomagała mu wytrwać. „Apatia” to chyba najtrudniejszy numer z tej płyty do napisania, bo musiałem wykreować cały świat, a jednocześnie tylko nieznacznie go przerysować, żeby kawałek nie był cringowy i potrafił zabrać słuchacza w podróż razem z bohaterem.
Na płycie mówisz o osiedlowej mentalności. Czym ona dla ciebie jest?
Na pewno ciągłym orientem. Mam wrażenie, że zwracam uwagę na rzeczy, których normalny człowiek nie zauważa – hałasy, dźwięki na klatce, to, czy ktoś nie stoi za rogiem albo czy w określonym świetle nie zobaczę jego cienia.
Trochę paranoiczne rozkminy.
Tak, tak. Paranoiczne. Osiedlowa mentalność to też prostota, ale nie należy mylić jej z chamstwem. Coś, co jest proste i takie prosto w ryj, nie musi być jednocześnie chamskie i wulgarne. Zawsze, gdy widzę policję, zastanawiam się, czy czegoś przy sobie nie mam. Nieważne, czy mam 42 lata, czy idę do pracy i nie jestem w ich targetcie – zawsze dziwnie się czuję, gdy przechodzą obok mnie. Osiedlowe wychowanie na pewno uodporniło mnie na rzeczy, które ruszają wiele osób, takie jak przemoc czy narkotyki. Nie powiem, że jestem znieczulony, ale bardziej odporny. To chyba główny benefit, choć wiążą się z nim też rzeczy, które nie są pozytywne.