
Ten krążek jest mitem założycielskim jednej z najbardziej niespodziewanych i zarazem nietypowych karier w polskim rapie, dlatego postanowiliśmy przyjrzeć mu się z dystansu.
Mówiliśmy o tym przynajmniej kilka(naście) razy, ale nie zaszkodzi powiedzieć raz jeszcze: dekada w muzyce to jak wieczność. Nic więc dziwnego, że materiały, które liczą sobie dziesięć lat, można już określać mianem środowiskowo legendarnych.
Dziś, 27 listopada, dycha wbiła przy tytule Kilka numerów o czymś, stworzonym przez Małpę. To najlepszy z momentów, by przeanalizować przyczyny ogromnego sukcesu, jaki odniosło to wydawnictwo.
Podziemny street cred
Zapewne wielu młodszym słuchaczom może się wydawać, że toruński raper wystrzelił niczym korek od szampana, rzecz jasna wcale nie zgazowanego. Historia to piękna, romantyczna i budująca, ale nieco rozmijająca się z prawdą.
Trzeba bowiem pamiętać, że Małpa wcale nie był totalnym anonimem – propsy od najwnikliwszych słuchaczy undergroundu zapewniły mu choćby nieliczne tracki owianego środowiskową legendą składu Proximite, który od lat współtworzył z Jinxem. Generalnie było wiadomo, że w Toruniu jest koleś, który rapowo wyróżnia się na plus i nad którego ewentualnym krążkiem warto będzie się pochylić w ciemno. Co zresztą uczyniono dzięki wirusowości kolejnych kawałków.
Legitne i legalne światełko w tunelu
Jasne, nikt nie mógł przewidzieć, że akurat historia torunianina potoczy się tak, a nie inaczej, nawet mimo niekwestionowanej szablonowości, o której jeszcze powiemy. Wydaje się, że tego wielkiego wydawniczego bang nie byłoby bez wydarzenia, które w 2019 może wydawać się śmieszne, ale zdeterminowało myślowo przełom poprzedniej dekady.
Mowa o transferze VNM-a do Prosto, udowadniającym, że będąc skillerem z drugiego obiegu nie trzeba wcale pozostać na wieki wieków w podziemiu, o ile jest się odpowiednio zdolnym i zdeterminowanym. Było to ośmielające – i dla graczy, którzy zwietrzyli swoją szansę na sukces dzięki odpowiedniemu podejściu i ciężkiej pracy, i dla wytwórni, które przestały być fortecami z szeroką fosą i grubymi murami. Beneficjentami tego stanu rzeczy stały się te under-gwiazdy, którym się jeszcze chciało (Te-Tris, W.E.N.A.), no i ci na dorobku jak Ras czy właśnie Małpa, wzięty pod dystrybucyjne skrzydła przez Asfalt. Wiara gwarancją wygranej, to było czuć od pierwszej do ostatniej minuty krążka.
Samotność everymana
Drogą tego ostatniego podążyli zresztą później HuczuHucz i Bonson, też robiący szał swoimi nielegalami. Nim obruszycie się na to z pozoru egzotyczne skojarzenie, ustalmy: cała trójka przy pierwszych rozhajpowanych projektach wygrała swoje pozycje scenowe dzięki rozumianej na własny sposób emocjonalności.
Małpa jako pierwszy raper w kraju znalazł sposób na to, by objawić się lirycznie i pod względem formy jako wrażliwiec, z którym łatwo utożsamić się szerokiemu słuchaczowi. Owszem, w historii polskich rymów i bitów złotymi zgłoskami zapisali się już gracze, którzy nie uciekali od ciągnięcia linii z mózgu, serca i wątroby, skupieni wokół Skweru, ale tam mieliśmy do czynienia z mocno inteligencką, introwertyczną i wisielczą opcją dla koneserów. Tu wszystko było podane jak na tacy; członek Proximite rapował autobiograficznie o prostych sprawach wysokim, wydzierającym się (ale i komunikatywnym) flow, zostawiając na podkładach tony granicznie szczerych wersów, które kiedyś słusznie urastałyby do miana idealnych opisów na Gadu-Gadu, a wtedy idealnie nadawały się na status na Naszej Klasie czy Facebooku. Był po prostu jednym z nas, gdy wszyscy mieliśmy trochę mniej lat niż mamy teraz.
Siła zajawki i korzenny vibe
Kiedy wracamy pamięcią do premiery sprzed dziesięciu lat, nie możemy nie wspomnieć o tym aspekcie, który sprawił, że wszelkiej maści obrońcy prawdziwego haipehaope nie zaczęli robić kreciej roboty tuż po wypuszczeniu płyty do sieci. W oczach i uszach twardogłowych Małpa spokojnie się bronił, bo jawił się jako pełnoprawny MC.
Pewnie, liryka górowała u niego nad techniką, ale już mindset, który starał się zaprezentować odbiorcom, znamionował pojawienie się w większym graniu gościa naprawdę kumającego o co chodzi z tym całym rapem. Przecież właśnie o tym jest cały 5 Element – patrz w przyszłość i idź po swoje, ale pamiętaj o przeszłości gatunku, name-checkingu i follow-upie. To ogół, a szczegół? Oczywiście stworzenie płyty z ludźmi, z którymi masz przelot koleżeńsko-zajawkowo-lokalny, że wystarczy wspomnieć i o producentach (choćby Returnersi), i o gościnkach (wspomniany już Jinx czy Wergawer). Czysty hip-hop, do doceniania w każdym względzie. I to dopiero jest romantyczne story!