"2011", a jednak 2020. Otsochodzi wydał nowy album, a my już go przesłuchaliśmy

Zobacz również:20 naszych ulubionych letniaków w historii polskiego rapu. Część pierwsza
Otso.jpg
Kasia Mikołowicz @dscll

Rok, który znalazł się w tytule nowego krążka, nie jest przypadkowy – to powrót do czasów, gdy gra dopiero uczyła się szeroko obecnie rozpropagowanych chwytów stylistycznych. Ale znajdziemy tu znacznie więcej niż tylko powtórkę z rozrywki.

Już niedługo minął trzy lata, odkąd Otsochodzi dokonał wolty artystycznej, która najpierw odarła ze złudzeń truskulowe głowy, a później pozwoliła reprezentantowi Tarcho wjechać windą na przedostatnie piętro w budynku zajmowanym przez najpopularniejszych polskich MC's.

Kawał czasu, a minął niemal niepostrzeżenie. Ziarno skutecznych, noworapowych bangerów Młodego Jana trafiło na podatny grunt, lecz wyświetlenia nie kłamią – kiedyś były owocne żniwa, teraz plon nie jest już tak obfity. Wydaje się więc, że nadszedł najlepszy moment, by nie tyle odejść od wypracowanej formuły, ile poszukać odświeżenia jej za pomocą analitycznego, całościowego spojrzenia na własną dyskografię. 2011 to zupełnie nowy kolor, choć ma jeszcze trochę do zrobienia.

1
List do niej

Przez 40 minut można powiedzieć dużo, a nawet jeszcze więcej. Niestety czasem zbytnie zafiksowanie się na jednym temacie, nawet tym bardzo plastycznym, może zaklajstrować warstwę liryczną tak, że w ogólnym rozrachunku staje się monotematyczna. Jasne, sposobów ujęcia zagadnienia takiego jak uczucie jest wiele, lecz w przypadku 2011 możemy śmiało mówić o lekko dojmującej, rozpisanej na kilkanaście kawałków repetycji.

Żeby nie było: chyba wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić do tego, że i w truskulozie, i w nowym wydaniu Otsochodzi bardzo rzadko jawił się jako gość, którego wersy biorą pod but i każą bić pokłony. Ten typ już tak ma; u wielu innych, mniej utalentowanych, byłoby to nie do przyjęcia, u niego, dzięki autorskiemu stilo, da się to przeżyć, nawet jeśli niewiele da się z tego wynieść. Tym bardziej, że w liniach nie sposób wyczuć fałszu – wszystko wskazuje na to, że te miłosne wyznania połączone z braggą w stylu started from the bottom, now we're here nie są próbą poruszenia czułej nuty u nastolatków, tylko szczerą manifestacją szczęścia. Kołacze się jednak w głowie myśl, że dałoby się to opowiedzieć ciekawiej, bo przecież nie jest to niewykonalne.

2
Słodzić, ale nie zemdlić

Istnieją zdecydowanie prostsze i skuteczniejsze sposoby na doprowadzenie do sytuacji, w której sen z powiek zaczyna spędzać ci wybór nowego większego sejfu do M4. Ba, jeśli myślisz o tym, by taplać się w banknotach, to na pewno nie próbujesz szturmować rynku albumem, którego muzyczna łączność z najbardziej trendującym rzeczami nad Wisłą opiera się bodaj na dwóch kawałkach, z czego jeden, Oopsy Daisy, i tak nie wpisuje się 1:1 w klikogenną pragmatyczność.

Zanim ktoś pomyśli, że właśnie robię z warszawiaka bojownika, który nagle stanął na barykadzie i zaczął krzyczeć: opamiętajcie się, czas iść pod prąd, od razu dodaję: posądzanie go o antysystemowe ciągotki to najgrubsza z przesad. Mimo to muzyka, która znalazła się na płycie, jest nadspodziewanie koncyliacyjna i jakościowa, nieprzypałowo godząca fanów SLAM-u i późniejszych wydawnictw. A nawet poszerzająca zasięg o tych, którzy uważają, że Audioportret to najlepsza płyta 2019 roku.

Przypadek? Nie sądzę. W końcu ciepłe brzmienie Mięthy stało się jednym z najjaśniejszych punktów ostatnich lat w katalogu wydawniczego Asfalt Records, obecnej wytwórni Otso. To właśnie ono – w nieco zmienionej odsłonie, wprowadzającej bardziej wymagające do nawijania łamanie rytmiki, acz bez uszczerbku w słodko sączącym się wajbie – pozwoliło gospodarzowi uciec... No, nie z traphouse'u, ale z domu pierwotnych niuskulowych uciech już tak. Najgłośniejszy wyraziciel zmiany to Między nami, z trzaskami winyla, cutami i skreczami oraz wypuszczeniem się w kierunku rapowej mutacji r'n'b, najostrzejsza demonstracja siły – Czego?!, z ciążącym ku organiczności podkładem, no i wokalem poprowadzonym tak precyzyjnie, że aż w szoku, w szoku.

3
Producenckie diggowanie

Wydawało się, że główną rolę w określaniu muzycznego kształtu płyty odegrał AWGS, odpowiadający za bity we wspomnianym wcześniej duecie. Nic z tych rzeczy. Podczas gdy mięthowemu ogarniaczowi przypadło w udziale 20% podkładów, niemal połowa kawałków była produkowana lub współtworzona przez sem0ra. Zresztą już o nim mówiłem, bo dwa charakterystyczne utwory wyszły właśnie spod jego ręki, podobnie jak choćby upieczony w slowthaiowym duchu rodzynek Warsaw Local Boy.

Warto przy tym zwrócić uwagę na pewien fakt wynikający wprost z tracklisty. A mianowicie ten związany z Mów, czyli reprezentantem starego (a więc nowego, cóż za przewrotność) porządku. W tymże tracku jednym z producentów został 101 Decybeli, od kilku sezonów działający raczej na uboczu sceny. To nie wyjątek, lecz reguła; nieoczywisty dobór wymagał cierpliwego scoutingu, poprzedzonego jasnym określeniem, czego się właściwie szuka i chce, ale wyszło galowo. DOM Cat.Fincha przeistacza się z liveactowego sznytu w ewoluującą sztukę, Mówią (2020) DJ-a Pstyka przynosi bębny jak z dawnego, zhardziałego podziemia, a $ Class to już ruch najbardziej zaskakujący, bo ten piankowy, oldskulowy przelot jest zasługą Fleczera, kiedyś rozpoznawalnego, dziś już marginalnego beatmakera. Szperanie miało, ma i zawsze będzie miało sens, podążanie po linii najmniejszego oporu – nie.

Podziel się lub zapisz
Krzysiek Nowak
Podobał Ci się ten artykuł?

Kliknij, żeby widzieć więcej podobnych w swoim feedzie.