4 mniej znane polskie rap-płyty z 2019, których warto posłuchać

Zobacz również:Musical sci-fi. Kulisy trasy „Psycho Relations” Quebonafide (ROZMOWY)
flintnowak.jpg

Staramy się wam polecać wszystko, co warte uwagi z polskiego podwórka, ale momentami zwyczajnie brakuje nam czasu. Dziś zapraszamy do nadrobienia zaległości.

Za nami grubo ponad połowa 2019 roku. Jak nietrudno się domyślić, przez ten czas w polskiej rap-grze pojawiła się masa materiałów, które nie wzięły szturmem OLiS-u, a z różnych względów powinniście zwrócić na nie uwagę. Postanowiliśmy więc krótko przybliżyć wam cztery fajne sztuki, które gościły w naszych głośnikach częściej niż kilka razy.

Sprawdźcie je, żeby potem nie mieć bólu głowy, jak będziecie chcieli zrobić sobie podsumowanie roku i okaże się, że połowy premier nie słyszeliście.

1
Nowak vel Nowaczyński & NOCNY – Sztuki wizualne

Jedną z największych zagadek polskiego rapu jest fakt, że Flint nie zrobił dotąd tzw. dużej kariery. W końcu mowa o gościu, który na freestyle'u zawsze był lepszym przekminkowcem, wydał kilka ciekawych materiałów (na czele z Warszawskim Zoo, które wyprodukował mu Soulpete), a do tego jeszcze udało mu się dzięki aktywności medialnej zostać jedną z twarzy naszych rymów i bitów. Takim krążkiem jak Sztuki wizualne pokazuje jednak, że sukces czeka tuż za rogiem, chwilę po trzydziestce. To naprawdę mądrze wymyślony materiał; warstwa muzyczna zahacza w wielu miejscach o nieprzypałowy, szeroko adresowany pop-klub, za to tekstowo potrafią dziać się tu cuda, ponieważ ani jedno słowo nie brzmi niepotrzebnie. Dość powiedzieć, że kawałek Chrupkie z automatu wchodzi do topki tego roku.

2
Bober – Narcyz

Gigantów gry i słuchaczy-klikaczy mogą śmieszyć setki tysięcy odtworzeń na jednym tracku, ale my musimy przyznać – jeśli Bober nagle zaczyna wskakiwać na takie wyświetlenia w serwisie YouTube, to znaczy, że pomału wchodzi w peak swojej popularności. I to popularności, do której droga była wyjątkowo kręta, o czym przekonuje Narcyz. Znowu mówimy o raperze, który zawsze radził sobie lepiej niż dobrze na wolnych majkach (klątwa jakaś, czy co?) i zjechał cały kraj za góra zwroty, więc nauczony doświadczeniem nie zostawia niczego przypadkowi. Skoro jego największym atutem jest panczerka, to przez pół godziny stylowo-bangerowo kosi wszystkie, jego zdaniem, wady polskich raperów (dwulicowość, blazę, zadufanie, skłonność do narko) równo z trawą. Przez takich typów zaczynało się kiedyś słuchać rapu.

3
Peepz – All.Trueizm

A dla takich płyt jak ta powstały cykle w stylu: w swoim czasie zostały niesłusznie przegapione, więc przypominamy. Już miesiąc po premierze wiadomo, że koncertów w całym kraju i ataku na walle z tego nie będzie – a szkoda, bo All.Trueizm nagrany przez Peepza, robiącego za hypemana bardziej znanego Barto'cuta, jest doprawdy intrygujący. Masa tu tropów, począwszy od nieco pigulastego klubogrania, przez stymulujące bity na tabletkach nasennych, a na podłączeniu do prądu skończywszy. Co ciekawe, reprezentant Śląska jest jednym z niewielu graczy, którzy próbują i nawijać staroszkolnie na nowych bitach, i uciec w przystępne podśpiewajki, i jeszcze na dokładkę połasić się na moment na styl nawijki bliski chociażby Wuzetowi (System!). Co będzie z tej mąki – któż to wie. Na razie jest kandydat do jednego z najbardziej rozbujanych kawałków roku (Epicentrum), a także myśl, że na pewno niebawem przyda się podążenie którąś z dróg.

4
Inicjatywa – Czarne kreski

Płacz sierot po jedynym prawdziwym undergroundzie jest z każdym rokiem coraz mniej słyszalny, bo i nie ma się co czarować – czasy, gdy fora płonęły żywym ogniem przy kolejnych materiałach, które poziomem i nieszablonowością wypłacały fangę mainstreamowi, już nigdy nie wrócą. Raz na jakiś czas pojawiają się jednak płyty z trzeciego czy nawet czwartego obiegu, przy których można tylko wybałuszyć oczy i zakrzyknąć: WOW! Czarne kreski Inicjatywy to właśnie jedna z nich. Dawno nie było na polskim rynku wydawnictwa od dojrzałych facetów, którzy robią rap wyłącznie z i dla serducha, a ich retrospekcje nie brzmią jak starcze pierdololo bazujące wyłącznie na zjadliwości wobec młodych kotów robiących kariery. Otwierające wersy (Wychowaliśmy się tu na podwórku, gdzie kung-fu nie uczył Dragon Ball ani Sun Tzu) powinny was przekonać, że na tych poetycko-przyziemnych weteranów warto poświęcić trzydzieści osiem minut. Zalecamy słuchać nocą, choć to nie Gres ze Snatchem!

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Pisze przede wszystkim o muzyce - tej lokalnej i zagranicznej.