5 dobrych polskich filmów, które obejrzycie w sieci legalnie i za darmo

chlopaki nie placza.png

Nie trzeba ani ściągać piratów, ani płacić żadnej subskrypcji, ani odpłatnie wypożyczać. Wystarczy tylko trochę poszukać.

Podczas tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni ogłoszono powstanie serwisu 35mmonline. Na platformie znajduje się sporo klasycznych tytułów polskiego kina, a to dopiero początek - filmów jest na ten moment kilkadziesiąt, ale ta liczba będzie rosnąć. Cel powstania serwisu jest prosty: zapoznać jak największą liczbę widzów z perełkami krajowej kinematografii. I jest to świetny ruch, bo mówimy o konkretnym filmowym dziedzictwie kulturowym Polski. Warto, by było dostępne dla każdego, niezależnie od jego miejsca zamieszkania czy zasobności portfela.

To nie pierwszy raz, kiedy słynne dzieła polskiego kina są do obejrzenia w sieci legalnie i za darmo. Swego czasu na YouTube pojawiły się ważne tytuły wyprodukowane przez Studio Filmowe TOR, od dawna kolejne tytuły trafiają też na platformę Ninateka. My wybraliśmy pięć filmów, które z różnych względów zasługują na to, żeby sobie je przypomnieć albo obejrzeć po raz pierwszy. Oczywiście to tylko wierzchołek góry lodowej, a więcej tytułów możecie znaleźć na Ninatece i 35mm.online.

1
Dług (reż. Krzysztof Krauze, 1999)

Wybitny film, świetnie portretujący dziki kapitalizm Polski lat 90. Dwóch przyjaciół zakłada firmę, mają importować skutery z Włoch. Bank nie zgadza się na udzielenie im pożyczki, ale nagle z propozycją pomocy finansowej przychodzi sąsiad jednego z nich. Warunki, które stawia, nie są do zaakceptowania przez wspólników. Tymczasem sąsiad przy pomocy wynajętych goryli zaczyna ich szantażować, domagając się spłaty wyimaginowanego długu.

Niby akcja filmu Krauzego dzieje się pod koniec lat 90., ale w Długu jest masa rzeczy aktualnych do dziś. Brutalne zderzenie młodzieńczego idealizmu z rzeczywistością. Dylematy moralne zaszczutych ludzi. I upiorność sytuacji, w której znaleźli się bohaterowie, gdy zdają sobie sprawę, że nigdy nie będą w stanie spłacić fikcyjnego długu. Wszystko to opowiedziane w formie mocnego kryminału ery ustrojowej transformacji, gdy miliony można było tak samo szybko zarobić, jak i stracić. Co gorsze, historia jest oparta na faktach. To tym filmem z szerszą publicznością przywitali się Jacek Borcuch, Robert Gonera i - zwłaszcza - Andrzej Chyra w roli Gerarda, przerażającego przestępcy o łagodnych oczach. Poważnie - oglądając Dług, zwróćcie uwagę na to, jak przyjazną aparycję ma facet, który jest bezwzględnym bandytą.

Trafiały się głosy, mówiące o tym, że Dług to jeden z najlepszych filmów w historii polskiego kina, a już prawie na pewno najważniejszy obraz, który pojawił się w kinach po roku 1989. I nie są to opinie szczególnie dalekie od prawdy.

Link

2
Nic śmiesznego (reż. Marek Koterski, 1995)

Jest to film o ambicjach, tych niespełnionych. Drugi jest fatalną pozycją. Mówimy o sportowcach, że zajął drugie miejsce i to jest piękne miejsce na podium, ale przecież to pierwsze jest jedyne możliwe do zdobycia. Zaczynamy uprawiać filozofię, że drugim też jest dobrze być. Otóż nie! I o tym jest ten film - mówił w rozmowie z serwisem stopklatka.pl Marek Kondrat. Który - swoją drogą - jest bohaterem jednego z najzabawniejszych epizodów w Nic śmiesznego. Chodzi o ten z puentą: ich oczom ukazał się las... Jeśli widzieliście - pamiętacie, jeśli nie - nie zdradzamy nic więcej.

Adaś Miauczyński, czyli przegryw taki jak my. Jego postać przewija się przez wszystkie filmy Marka Koterskiego, tu przyjmując wygląd wyjątkowo znerwicowanego Cezarego Pazury. Miauczyński ma kompleks wiecznie drugiego (z polskiego drugi, na 1500 drugi, nawet jak gdzieś pierwszy byłem, to się, kurwa, czułem jak drugi), przepracowując w filmie traumę niedocenienia. Zresztą na co dzień pracuje jako drugi reżyser na planach filmowych, gdzie jest notorycznie poniewierany. I jak tu zyskać pewność siebie? Koterski opowiada tak uniwersalnie, że w jego lustrze może przejrzeć się każdy. Dlatego jego filmy są tak cenione. Może i Nic śmiesznego jest nierówne, a druga część ustępuje pierwszej. Może wątki dramatyczne nieco bledną przy tych komediowych; jakby nie patrzeć, pamiętamy z niego głównie gagi. Ale to wciąż niezwykle ważny film, którego seans, przy wszystkich tych zabawnych aspektach, mocno boli.

Link

3
Krótki film o zabijaniu (reż. Krzysztof Kieślowski, 1988)

Czyli piąta z dziesięciu części Dekalogu, telewizyjnego cyklu, realizowanego przez Kieślowskiego pod koniec lat 80. Podobno reżyser nie wierzył w Boga, ale wierzył w ludzi, dlatego za punkt wyjścia rozmowy o duchowej kondycji człowieka schyłku XX wieku obrał sobie właśnie dziesięć przykazań. Część piąta, której mottem jest hasło Nie zabijaj, jest najbardziej znana. I zdecydowanie najmocniejsza.

Chociaż nie, to nie wystarczy. Ujmijmy inaczej: Dekalog V, pokazywany także jako Krótki film o zabijaniu, to maksymalnie surowy i absolutnie przerażający film o bezsensie zbrodni. Fabuła jest prosta: młody chłopak bez powodu (w filmie nie jest to wytłumaczone) zabija taksówkarza. Jego obrony podejmuje się prawnik na dorobku, który robi wszystko, by uchronić swojego klienta przed stryczkiem; to jeszcze były te lata, w których kara śmierci obowiązywała w Polsce. I tyle, nie ma tu ani analizy mordercy, ani podkręcania dramaturgii. Jest tylko zbrodnia w stanie czystym, pokazana tak bardzo bez upiększeń, jak można to zrobić.

Równocześnie film Kieślowskiego stawia też pytanie o moralność istnienia kary śmierci, a był to temat, który pod koniec lat 80. przetaczał się przez opinię publiczną. Czy wydając tak surowy wyrok różnimy się w zasadzie od tych, których sądzimy? To jedno z wielu pytań, które zostanie w głowie po seansie. Film genialny, ale jeszcze raz ostrzegamy - bardzo, ale to bardzo przygnębiający.

Link

4
Chłopaki nie płaczą (reż. Olaf Lubaszenko, 2000)

To teraz dla odmiany coś weselszego. Trzeba przedstawiać i streszczać? Nie trzeba, choć nawet w redakcji newonce trafiły się osoby, które nie widziały Chłopaki nie płaczą. I nie wiedzą, że jeżozwierz to taki duży jeż.

Można marudzić, że to przeszczepienie amerykańskich głupkowatych komedii na polskie realia. I że gdzie klasyka polskiego kina, Wajda, Zanussi, a gdzie Chłopaki nie płaczą. Wszystko rozumiemy. Ale Lubaszenko nigdy nie ukrywał, że chce robić kino rozrywkowe kino na poziomie, co zresztą pokazał swoim debiutanckim Sztosem. Rozliczanie się z polską rzeczywistością zostawmy innym, tu ma być przede wszystkim zabawnie. I jest, bo jeśli 21 lat po premierze znamy na wyrywki połowę dialogów, to znaczy, że się udało. Galeria wyrazistych postaci? Mamy. One-linery, które przeszły do historii? Mamy. Luźne flow? Też mamy. Ten humor nie jest najwyższych lotów, co więcej, momentami trochę się po latach zestarzał. Ale nie aż tak, żeby bolało.

Link

5
Jestem mordercą (reż. Maciej Pieprzyca, 2016)

Kolejny film ze zbrodnią w tle? Tak wyszło, że polscy twórcy generalnie lepiej czują się w dziełach mrocznych jak smoła. Chociaż, paradoksalnie, to nie do końca ten przypadek.

Zdzisław Marchwicki był postrachem na Śląsku. W latach 1964 - 1970 terroryzował tamtejszych mieszkańców, dopuszczając się 21 ataków na kobiety, z których równo 2/3 zakończyły się śmiercią ofiar. Atakował zawsze tak samo - zachodził samotnie spacerujące kobiety od tyłu i bił ciężkim przedmiotem. Film Jestem mordercą nie tylko rekonstruuje wydarzenia niemalże jeden do jednego, patrząc na śledztwo oczyma tropiących zabójcę. Jest też próbą oddania klimatu głębokiej komuny, gdzie system łamał kręgosłupy, zmieniając idealistów w bezwzględnych karierowiczów. Dokładnie to stało się z głównym bohaterem, porucznikiem Januszem Jasińskim, dowodzącym grupą ścigającą zabójcę. Na początku chodziło mu tylko o dotarcie do prawdy. Ale w trakcie śledztwa jego moralnośc zostaje wystawiana na coraz trudniejsze próby. Nie będziemy więcej zdradzać, dość powiedzieć, że kłamstwo i korupcja mają lepkie macki. I tyle - obejrzyjcie ten film, bo jest naprawdę dobrze zrobionym, stylowym retro kryminałem policyjnym.

I jeszcze słówko o tej stylowości. Charakterystyczne, utrzymane w sepii zdjęcia każą przypuszczać, że mamy tu do czynienia z jakąś zaginioną perłą kina PRL-u. Ale już nerwowa jazzowa, bardziej współczesna muzyka autorstwa Bartosza Chajdeckiego (czy to najmocniejszy element filmu?) przypomina, że dalej jesteśmy w XXI wieku. To nie żadna kopia klimatu sprzed lat, ale bardzo sprawny hołd złożony kulturze popularnej okresu Polski Rzeczpospolitej Ludowej. Trochę niezasłużenie Jestem mordercą zbyt szybko przemknął przez kina. To dobra okazja, żeby nadrobić zaległości.

Link

Podziel się lub zapisz
Współzałożyciel i senior editor newonce.net, prowadzący audycję Nevermind w newonce.radio. Najczęściej pisze o kinie, serialach i wszystkim, co znajduje się na przecięciu kultury masowej ze sprawami społecznymi.