„Ostatni Mecz” to powieść w odcinkach, którą w każdy weekend publikujemy na newonce.sport – piłkarski thriller rozgrywający się w Londynie. Galeria szemranych postaci, nadciągające zło i jeden człowiek, który znalazł się w centrum szalonych wydarzeń. To już dziesiąty rozdział historii.
Jeśli przegapiłeś poprzednie rozdziały, znajdziesz je tutaj:
pierwszy drugi trzeci czwarty piąty szósty siódmy ósmy dziewiąty
Nie chcieli się zgodzić na jego warunki, to oczywiste. Decyzję podjęli jednogłośnie, niemal natychmiast. Po raz pierwszy zaistniała sytuacja, w której musieli zrobić telekonferencję o tej porze. W środku nocy dyskutowali intensywnie i krótko, nie było za i przeciw, nie było wątpliwości. Konrad myślał o tym, czy się nie boją. Naczelni. Że są inwigilowani. Bo choć na co dzień mogli o tym zapominać, byli przecież osobami, które w dużym stopniu decydowały o losach wielu ludzi. Ktoś mógł chcieć mieć nad tym kontrolę. Wtedy, w nocy, zastanowił się nad tym po raz pierwszy.
Piłkarz potrącił kobietę ze skutkiem śmiertelnym. Zjawa, który prawdopodobnie wykonywał zawód czyściciela – jednego z tych podejrzanych typów, kręcących się przy bogatych chłopakach i nieodpowiedzialnych dziewczynach (niekiedy te „dziewczyny” miały, niestety, po 40 lat lub więcej), powiedział z dużym spokojem: – Obok wypadku przejechał samochód, kierowca zatrzymał się na chwilę, ale nie po to, by pomóc. Zrobił zdjęcie i odjechał. Prawdopodobnie trafi ono do was. Widać na nim mojego klienta, nie ma natomiast ofiary. Zrobimy więc tak: ja mam rejestrację i znajdę tego człowieka, wy dopilnujecie, żeby fotografia nigdzie się nie ukazała. Najpierw wyśle ją pewnie do największych mediów. Będzie chciał dużą kasę. Jeśli przechwycicie fotografię, ja dopadnę go zanim wyśle to jakimś płotkom i zejdzie z ceny.
Uspokoili go, że nikt nie sprzeda fotografii za 100 funtów, poza tym o takich sprawach są z reguły zmuszeni informować organy ścigania. Powiedzieli mu również, ustami Konrada, który był z nim na łączach telefonicznych, że nie, nie i jeszcze raz nie, nigdy, za żadną cenę. Rozłączył się wtedy i to dało im do myślenia. Zachowywał się jak zimny zawodowiec, który nie traci głowy. A może padł mu telefon? – łudzili się bez większego sensu. Po chwili jednak Zjawa oddzwonił. – Zmieniam warunki. Sprawdźcie wasze skrzynki pocztowe, następnie, usuńcie z redakcyjnych serwerów zdjęcie, jeśli już przyszło. Jeśli nie, czekajcie na to, choćby miało trwać parę godzin. Nie zapłacę wam, co najmniej dwóch z was nie ma prawa decydować o losach innych ludzi. Od teraz ja wyznaczam reguły gry – zawiesił głos.
Konrad zobaczył na Skype przerażone twarze Mike'a Calluma, szefa „Britain Chronicle” i Davida Rushby'ego, charyzmatycznego bossa wydawnictwa „Rush and Crash Ltd.”, zrzeszającego kilkanaście tytułów prasowych, portale internetowe, telewizję internetową i potężny kanał YouTube. Potężni ludzie, trzęsący rynkiem mediów, mający realny wpływ na ruchy na giełdzie, jadający śniadania, obiady i kolacje z najważniejszymi politykami w kraju teraz wyglądali jak dwaj chłopcy, którzy w szkolnym korytarzu grali w piłkę i zbili szybę, u pana dyrektora na dywaniku.
Werk otworzył swoją pocztę i nic tam nie było, Chris Bowyer wyglądał na ekranie komputera na bardzo spokojnego, znał go dobrze i potrafił czytać emocje z jego twarzy. Ale tamci dwaj byli wyraźnie podenerwowani. Konrad zwrócił też uwagę, że obaj jednocześnie sięgnęli po telefony, musieli pisać do siebie. Nie wymagało zbyt dużego wysiłku odkrycie, że Zjawa wysłał im coś, co ich kompromituje i teraz byli już jego marionetkami. Weszli w tej grze na pole „wracasz na start”. Przez chwilę próbował się obudzić, bo to przecież nie mogło dziać się naprawdę. Poważnie rozważał, czy nie krzyknąć, tak zazwyczaj łączył się ponownie z realnym światem, jednak ostatecznie zrezygnował, wszystko było zbyt klarowne. Ci dwaj wpadli w potrzask, a on był w tym razem z nimi.
Zjawa nakazał się rozłączyć i poprosił o rozmowę z Konradem na osobności. Powiedział do niego niemal ciepłym, troskliwym tonem: – Wydajesz się być w porządku. Na pewno jesteś czysty, sprawdziłem cię. Jeśli dochowasz tajemnicy, będę miał u ciebie dług wdzięczności. Ten jeden raz, gdy spadną na ciebie poważne kłopoty, zadzwonisz, a ja przyjadę i je zlikwiduję – wycedził jak syntezator mowy. Konrad poprosił o czas do namysłu, ale wtedy mężczyzna oznajmił: – To nie są negocjacje. Moja propozycja jest ostateczna. Dlatego po latach Chińczyk go tak przeraził. Przypomniał mu tamtą noc, tamten ton, nieznoszący sprzeciwu. Przypomniał mu czarną chmurę, w której kłębiły się złe rzeczy. Ale też przypomniał mu, że nigdy nie odebrał długu od Zjawy.
Następnego dnia po feralnych zdarzeniach, policja znalazła w jednym z domów na obrzeżu Londynu, 20 km na północ od granicy miasta, martwego człowieka. Mężczyzna został zabity w garażu, a motywu sprawcy lub sprawców nie ustalono. Musiał mieszkać niedaleko – pomyślał Werk. Tamta informacja uświadomiła mu, że ze Zjawą nie ma sensu negocjować. I że od tego momentu będzie żył w ciągłym strachu. Obiecał sobie, że nigdy nie poprosi Zjawy o jakąkolwiek przysługę, byle tylko nie mieć z nim kontaktu. Zapytał oczywiście Chrisa, co skrywają Callum i Rushby, ale ten wzruszył ramionami. – Kon, każdy ma jakieś tajemnice. A po co ci to? Za mało masz w głowie niepotrzebnej wiedzy? Nie wiem, serio – odparł. – Jesteśmy z nimi w niezłym gównie, warto byłoby wiedzieć. – Skoro już jesteśmy w gównie, to po co? – Chris czasem upraszczał rzeczywistość, ale akurat wtedy Konradowi to bardzo pasowało.
Kobiety nigdy nie znaleziono. Prasa, w tym gazety zarządzane przez ludzi z Układu, nie mogła wyjść z podziwu, że na tym samym skrawku ziemi nieopodal Londynu, zamordowano człowieka i jednocześnie zaginęła kobieta. Werk przypuszczał również, że w mailach, jakie Callum i Rushby otrzymali od Zjawy, było naprawdę coś grubego. Przecież jeszcze parę minut wcześniej stanowczo twierdzili, że nie zablokują publikacji. Callum i Rushby usunęli zdjęcia z serwerów foto swoich redakcji, mieli do niego zdalny dostęp 24 godziny na dobę. Ten pierwszy płakał długo, popijając gniew czerwonym winem, prosto z butelki. Zmasakrowane ciało niewinnej kobiety, która miała wyjątkowego pecha. Taksówka, która wiozła ją do letniego domku, zepsuła się, a jako że stało się to zaledwie dwa kilometry od jej posiadłości, uznała spacer za dobry pomysł. Wracała z kolacji z przyjaciółkami, wypiła parę drinków i pomyślała, że przewietrzy się przed snem. Callum czuł się, jakby sam ją potrącił, jednak fotografia, na której dwaj nastolatkowie rozebrani do naga prowadzają go na smyczy, ubranego w skórzane majtki, nie mogła ujrzeć dziennego światła. Karen, jego żona, zajrzała do pokoju i nie pytała, czy wszystko jest w porządku, bo od dawna już o nic nie pytała. Nie musiała, wiedziała, że jest kurewsko daleko od jakiegokolwiek w porządku. Nie mogła jednak przypuszczać, co przed chwilą się stało.
Mail do Rushby'ego był pełen załączników. Dwadzieścia fotografii. Na każdej on, wielki redaktor naczelny, w otoczeniu mafii z Camden Town, wyjątkowo brutalnej organizacji, mającej na koncie rzeczy tak straszne, że sam nie chciał w to wnikać. Modne londyńskie kluby, stoły zasypane narkotykami, dziwki wijące się na kolanach, szampany droższe niż przeciętna tygodniówka. Rushby patrzył tępo na każde ze zdjęć i zastanawiał się, czy na którymś z nich jest Zjawa.
Młody piłkarz, który pod wpływem narkotyków i ginu z tonikiem ocknął się za kierownicą sportowego Jaguara na jakiejś polnej drodze, nie wiedział co się stało. To znaczy – poczuł jakieś uderzenie, ale myślał, że to mu się śni. Był zdziwiony, że prowadził w takim stanie, tak zmęczony. Bawił się z przyjaciółmi w najlepszym klubie w stolicy, zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością. Ekstaza – tak nazywał się klub i tak nazywał się specyfik, który wystrzelił go w kosmos, najpierw rozpędził serce jak Porsche, potem rozgrzał mu wszystkie silniki, wprowadził krew w stan wrzenia, pozwolił założyć płaszcz nieśmiertelności, dał umiejętności najlepszego tancerza na świecie, przebrał za najprzystojniejszego mężczyznę w Londynie.
Był seks w toalecie z dwiema dziewczynami, w transie zlewały się zieleń świateł i czerwień krwi, chyba z jego nosa. W tym tunelu mknął przez kilka godzin do krainy abstrakcji, bez paszportu, czasem to był wysoki lot. Nad ranem, gdy wrócił do rzeczywistości, odpalił silnik Jaguara i chciał ruszyć przed siebie. W nawigacji miał wbity adres przyjaciółki, z którą czasem uprawiał seks. Czuł się dobrze i pomyślał, że ranek można powitać tak miło, jak potoczyła się noc. Ale Zjawa nie dał mu oczywiście prowadzić. Sam usiadł za kółkiem i ruszyli za miasto. W pewnym momencie chłopak zaliczył totalne zejście i najpierw zasnął, a następnie zaczął wymiotować. Kiedy Zjawa odwrócił się w jego kierunku, ta cholerna baba weszła pod koła.
Działał szybko. Posadził chłopaka za kierownicą, chwilę przed tym, zanim w przejeżdżającym aucie zsunęła się przednia szyba i mężczyzna siedzący za kierownicą zaczął robić zdjęcia. Piłkarz płacił Zjawie 10 tysięcy funtów za całonocną opiekę. Pomyślał, że to bardzo dużo, ale kiedy jesteś młodą gwiazdą futbolu, to właśnie tyle płacisz. Dużo. Za wszystko. Jego anioł stróż, polecony przez kumpli w Birmingham, spisywał się dotychczas na medal. Pakty ze złem muszą mieć jednak smutny finał. Zjawa doskonale przekuwał niekorzystne okoliczności w swoją przewagę. Ktoś pomyślałby – zabita kobieta, dramat. A on w ciągu zaledwie kilkudziesięciu sekund mówił: szach i mat – trzymał w garści nie tylko klienta, ale i kilku potężnych gości ze świata mediów. Wiedział o Kontakcie i o Układzie, w środowisku gwiazd był to mało skrywany sekret. Zjawa nie osądzał członków Układu. Zauważył tylko, że wywołali w celebrytach poczucie bezkarności, niewiarygodne jest to, że zepsuli jeszcze bardziej ludzi, których – tak się wydawało – już się zepsuć nie da. Przekuł to w okazję. Ten dzieciak już na zawsze miał się stać jego niewolnikiem. – Mówiłem, żebyś nie prowadził – pokręcił głową, jak tata wzdychający nad synem, który nie chce słuchać jego nauk. – Ale przecież ja... – piłkarz zalał się łzami i patrzył pustym wzrokiem na martwą kobietę, leżącą około dwa metry przed maską Jaguara. – No nic, nie płacz, załatwię to jakoś. Od tego jestem – pogłaskał chłopaka po głowie. Ten chłopak nazywał się Marcus Welsh. – Załatwisz? To dobrze, dziękuję. Załatw, tak... Bardzo cię proszę – wytarł nos rękawem kurtki. Patrzył jak Zjawa pakuje ciało do bagażnika i tak bardzo chciał być teraz w hotelu. I żeby to był tylko film.
