Obawy były. Co najmniej takie, jak wtedy, kiedy DC powierzyło realizację długo oczekiwanego Jokera facetowi od Kac Vegas.
Jak wyszło w obu przypadkach, wszyscy wiedzą. Ale początek nowego milenium nie obfitował w zaskakujące angaże reżyserskie. A Peter Jackson na fotelu szefa przy realizacji Władcy Pierścieni był dla wielu szokiem. W latach 80. i 90. kojarzono go jako sprawnego eksploratora spuścizny kina klasy B. Zły smak czy Martwica mózgu to klasyki przegiętego kina grozy. Natomiast nie mówimy tu o jakiejś niszowej wariacji na temat Draculi czy Frankensteina, ale jednym z najdroższych projektów w dziejach kina, bazującym na absolutnym kanonie literatury, trylogii J.R.R. Tolkiena. Do tamtej pory niemal nieprzekładalnej; wystarczy wspomnieć, jak na Władcy Pierścieni wyłożył się słynny animator Ralph Bakshi - choć po latach jego adaptację z lat 70. ogląda się naprawdę dobrze. I nagle za kosztującą blisko 300 milionów dolarów trylogię bierze się facet, którego dwa poprzednie kinowe filmy (Niebiańskie istoty i Przerażacze) ledwie się zwróciły.
Ten tytuł też się zwrócił, ale księgowa była dużo bardziej zadowolona. Wszystkie części Władcy zarobiły w światowych kinach blisko 3 miliardy dolarów. Co ważniejsze, okazały się przy tym sukcesem artystycznym. Peter Jackson odnalazł tolkienowskiego ducha, którego udało mu się tchnąć w swoje filmy. Do książkowego oryginału podszedł z szacunkiem, trochę pozmieniał (najbardziej oberwało mu się chyba za pominięcie postaci Toma Bombadila), podkręcił tempo i wyeksponował co bardziej filmowe elementy powieści. Przez to ta blisko 10-godzinna saga (mówimy o wersji kinowej, nie reżyserskiej) w ogóle się nie dłuży.
Władca Pierścieni był Jacksonowi bliski. Od połowy lat 70. prawa do realizacji filmu na bazie książki posiadał producent Saul Zaentz, ale nie bardzo wiedział, co z nimi robić. Dopiero spotkanie z Peterem Jacksonem przekonało go, że być może stoi przed nim człowiek, który potrafi przełożyć trylogię Tolkiena na język kina. Reżyser miał urzec go zwłaszcza wyjątkowo plastyczną wizją oraz dużą znajomością ówczesnego rynku efektów specjalnych. Trzeba było tylko stoczyć batalię z kandydatami na producentów o to, ile ma trwać całość - firma Miramax chciała najpierw zamknąć Władcę Pierścieni w dwóch filmach, potem w jednym; ostatecznie Zaentz i Jackson dogadali się z New Line Cinema na trzy odcinki - po jednym na każdy tom książki. Zdjęcia trwały rok, od jesieni 1999 do jesieni 2000. A część pierwszą, Drużynę Pierścienia, po raz pierwszy pokazano 10 grudnia 2001 roku. Polacy musieli trochę poczekać - aż do 15 lutego 2002 roku.

Dlaczego Peter Jackson i jego trylogia zmieniły bieg kina? Z kilku powodów. Do momentu premiery Władcy Pierścieni fantasy było mocne w świecie literatury i gier, ale kino jakoś nie miało do niego szczęścia; chwilowy szczyt popularności przeżyło w połowie lat 80., kiedy małoletnia widownia zachwycała się Niekończącą się opowieścią, Conanem Barbarzyńcą i Zaklętą w sokoła. No właśnie, małoletnia. Producenci niejako z założenia adresowali kino fantasy do widza młodego, pozwalając sobie na wiele banalnych uproszczeń. Tymczasem Peter Jackson podszedł do gatunku z należytym szacunkiem. U niego przygodowy sznyt regularnie przecinał się z ważnymi pytaniami, jakie zadawali sobie bohaterowie - o to, czy warto poświęcać życie w imię ratowania świata, o odwagę czy... inność. Było trochę tak, jak w animacjach Pixara - każda grupa wiekowa mogła znaleźć w tym kramie jakiś szczególnie bliski jej element. A rodzice, którzy szli na jedynkę, zaciągani do kina przez dzieci, często bywali tymi, którzy najbardziej czekali na kolejne części.
Wracając do obeznania Jacksona w temacie CGI. To nie jest tak, że nikt przed nim nie umiał brać się za efekty specjalne. Bo umiano - tyle, że nowoczesna technika szybko się starzała. A Nowozelandczyk połączył ją z nieprawdopodobną - nawet jak na dzisiejsze czasy - plastycznością swojego dzieła. O tym, jak dobrze mu to wyszło, najlepiej przekonać się po latach. Nawet jeśli są we Władcy Pierścieni sceny, w których efekty specjalne lekko trącą myszką, to przykrywają je zdjęcia, wyglądające jak osobne obrazy. Do tego obrazy pełne najdrobniejszych detali, o co bardzo dbał reżyser. Ktoś kiedyś powiedział o literaturze Tolkiena, że tam każdy kamień ma swoją osobną historię. Dokładnie to samo jest z filmową trylogią. I jeszcze do co efektów - Jackson utorował drogę wszystkim twórcom i wytwórniom, które w swoich filmach stawiały na CGI i Motion Capture. Czy Avengers wyglądaliby tak samo, gdyby dekadę wcześniej ktoś nie wyłożył koszmarnych pieniędzy na warstwę wizualną Władcy Pierścieni? No nie. Trzeba było tylko przekonać producentów, że warto zainwestować w jakość, jakiej przedtem nie widziano.
Dzisiaj trudno o blockbuster, który nie jest rozciągnięty na kilka części. Finałowa odsłona Harry'ego Pottera. Ostatni Zmierzch. Niedawna Diuna. Ta zasada sprawdza się nawet w kinie gatunkowym, czego przykładem jest To. Ale w latach 90. producenci nie byli skłonni do wydawania pieniędzy na takie fanaberie. Bali się, że jeśli jedynka się nie spodoba, to na pozostałe epizody nie zajrzy pies z kulawą nogą. Tymczasem Bob Shaye, prezes New Line Cinema, zaufał Peterowi Jacksonowi. Efektem film, który ruszył serializację kina. Poza tym naprawdę trudno wyobrazić sobie całego Władcę Pierścieni, upchniętego w trzygodzinny seans. Warto wspomnieć też o małej rewolucji na rynku DVD. Ten format był znany i popularny od paru lat, ale jacksonowska trylogia to pierwszy tytuł, który wpuszczono na rynek home video z takim rozmachem. 15 płyt, 26 godzin materiałów dodatkowych - poprzeczka oczekiwań geeków wobec płytowych wydań innych filmów zawisła wyjątkowo wysoko.
I wychodząc poza kino - z sukcesu Władcy Pierścieni najmocniej cieszyli się Nowozelandczycy. Skuszeni pięknymi widokami i możliwością odwiedzenia miejsc, w których kręcono ich ukochane filmy, fani trylogii tłumnie ruszyli na lotniska. Od 2000 do 2006 roku zyski z turystyki skoczyły w Nowej Zelandii o 40%; liczba odwiedzających wzrosła z 1.7 miliona do 2.4 miliona osób rocznie. Słynny film jako kampania reklamowa danego miasta czy kraju? Coś o tym wiedzą w Kazachstanie, he, he.
Nie pytajcie, czy 20. rocznica premiery to dobry moment na kolejny seans trylogii Petera Jacksona. Na to zawsze jest dobry moment. Władca Pierścieni jest wartym wszystkich Oscarów świata blockbusterem idealnym; fenomenalnie zrealizowanym, napisanym i zagranym; sprawiającym, że każdy widz przy napisach końcowych czuje w sobie coś z tego małego dzieciaka, który właśnie poszedł po raz pierwszy do kina i z ekscytacji nie może zasnąć. Magia ekranu.

