Kilka miesięcy po premierzy kolejnej płyty Bonsona, złapaliśmy się na rozmowę dotyczącej pracy barbera, byciu więźniem własnych tekstów, nieprzychylnych komentarzach i... ucieczką przed Arabami.
Można założyć, że odkąd zostałeś barberem, żyjesz pod grafik?
Nie siedzę w salonie od 8 do 18, tylko jestem w nim, kiedy ktoś się akurat zapisał się do mnie na wizytę. Potrafię dostosować swój dzień do roboty – chociaż nie traktuję tego jako pracy, tylko zajawkę, z której mam siano. Nie ukrywam, że dodatkowe zajęcie było mi potrzebne, bo już miałem dość życia rapera, które prowadziłem przez 15 lat – budziłem się, włączałem jakieś Dlaczego ja?, nudziłem się, wymyślałem jakieś pierdoły, melanżowałem. Nie robiłem niczego sensownego. Ryło mi to banię. Taka systematyczność dobrze mi robi, bo wiem, że wstaję po coś. Tak sobie ustawiłem tydzień, że przez kilka dni w ogóle nie myślę o muzyce. Nią zajmuję się dopiero w piątek, kiedy zawożę dzieci do babci i zamykam się w studiu. Taki układ mi odpowiada.
Kilku artystów opowiadało mi, że mieliby problem pójść do – nazwijmy to – normalnej pracy, bo blokowałoby ich ego i nie potrafiliby pracować na kogoś. Ty miałeś takie rozterki?
Są raperami, zwykłymi ludźmi, więc nie wiem, o co im chodzi… Mają wyjebane ego, bo są oszołomami i dlatego nie da się z nimi normalnie porozmawiać. Połowy tych idiotów zwyczajnie nie lubię. U mnie też było trochę inaczej, bo ja nie poszedłem do pracy dlatego, że musiałem i robię coś, czego nie lubię – nie. Pracuję na swoich warunkach, nikt mi niczego nie każe. Realizuję swoją pasję, lubię to. Jeżdżę na szkolenia, oglądam nowe rzeczy, rozwijam się. Nagle się okazało, że lubię rozmawiać z ludźmi, a kiedyś nie lubiłem.
Co to znaczy, że nie lubiłeś rozmawiać z ludźmi?
Bardzo wielu moich znajomych wie, że mam krótki lont i że sytuacja szybko może się odmienić. A ponieważ wiele osób irytuje mnie swoim zachowaniem, bywało różnie. Widzisz, teraz powiedziałeś mi o tych gościach, którym ego nie pozwoliłoby pracować… szkoda słów. To jeden z powodów, dla których nie lubię rozmawiać z ludźmi. O czym mam gadać z takimi idiotami? (śmiech)
Ciebie w pewnym momencie ego też chyba trochę blokowało.
Przed płytą Historia po pewnej historii byłem małolatem, który tylko latał na melanże, nagrywał rap i nic poza tym. A tu nagle zadzwonił do mnie Pezet z propozycją współpracy – zacząłem grać pierwsze koncerty, zarabiać hajs, więc sodówka tak mi odbiła, że byłem nie do zniesienia. Byłem okropnym człowiekiem. Tak się puszyłem i panoszyłem, że dziś jest mi wstyd, gdy o tym myślę. Jest różnica między pewnością siebie, znajomością swojej wartości i niedawaniem sobie dmuchać w kaszę a byciem zwykłym burakiem.
W którym momencie uznałeś, że nie chcesz już być tym przysłowiowym burakiem?
To chyba przyszło z wiekiem, ale… do dziś zdarzają mi się burackie zachowania (śmiech). Żarty żartami, ale myślę, że dziś jestem bardziej wyluzowanym i wyciszonym gościem niż wtedy. Spokorniałem, ale znam swoją wartość. Zmieniłem też podejście do tworzenia muzyki oraz do tego, czego oczekuję od siebie, branży i życia. Przestałem zabiegać o atencję. Nie muszę już za wszelką cenę być lubiany itd. Chcę sobie po prostu robić muzykę, bo mam z tego przyjemność. Zwyczajnie lubię to.
Spokorniałeś, kiedy na świecie pojawiła się pierwsza córka?
No co ty. Ja wtedy oszalałem i nagrywałem rzeczy w stylu Postanawia umrzeć, byłem w cugu alkoholowo-narkotykowym i najgorszą wersją siebie. Tamten okres kosztował mnie bardzo dużo zdrowia psychicznego i mogło się to wszystko bardzo źle skończyć.
Skąd ten dysonans?
Broniłem się przed dobrymi sytuacjami i rzeczami. Myślałem, że one nie są dla mnie. Uważałem, że nie będę sobą, jeśli wszystko będzie dobrze. Dlatego, kiedy było dobrze, musiałem to spierdolić. Dążyłem do takiego życia, w którym piszę o tym, co aktualnie przeżywam. Mam w sobie wewnętrzny smutek.
Stałeś się więźniem własnych tekstów?
Oczywiście, że tak. Gdy dawno temu ukazywał się Pan śmieć, poczułem, że przebiłem pewną barierę i że ten numer jest przełomowy. Powiedziałem wtedy Matkowi, że nigdy nie wyjdę z szuflady rapera od smutnych kawałków i że prawdopodobnie na tym będzie oparta moja kariera. Szybko zrozumiałem, że ta łatka już się ode mnie nie odczepi – już zawsze będę dla ludzi smutnym narkomanem i pijakiem. Sam w to uwierzyłem i chyba podświadomie dążyłem do takiego życia.
Czyli nie chciałeś zmienić drogi?
Nie, bo bardzo dobrze zacząłem odnajdywać się w tym smutku - jakkolwiek to zabrzmi - co z kolei zaprowadziło mnie w kilka dziwnych i mrocznych miejsc.
Opowiesz o tych dziwnych i mrocznych miejscach?
O tych mrocznych rzeczach nie chcę mówić, a o dziwnych chętnie opowiem. Pamiętam, jak grałem kiedyś na jakimś święcie kaszy i ziemniaka. Niby wszystko spoko, ale to są koncerty, na których większość publiki ma mnie w dupie – przychodzą tam, bo coś się dzieje w ich miasteczku. Burmistrz zrobił koncert, więc trzeba iść. Stoi najebany gościu z musztardą na wąsach i patrzy na mnie jak na małpę. Bardzo nie chciałem tam wtedy być. Nieraz przed wejściem na scenę mówiłem do swojej żony: pierdolić te pieniądze, jedziemy do domu. Orały mi głowę takie wydarzenia, ale robiłem to, żeby zarobić pieniądze. Typowa sztuka dla sztuki.
Mówiłeś wcześniej, że jest w tobie pewien dysonans – z jednej strony szczęśliwa rodzina, z drugiej dążenie do smutku. Twoja nowa płyta jest tego idealnym symbolem. Pytanie, które nasunęło mi się od razu po jej przesłuchaniu, brzmi: czy dziś jesteś częściej szczęśliwy niż kiedyś? Bo na Brudnopisie nie znalazłem na nie odpowiedzi.
Wiem, że moje teksty pomagają wielu ludziom i że potrafią się w nich odnaleźć. Ja sam umiem zagłębić się w moje drugie, smutno-wkurwione ja i w takim stanie pisać, ale dziś jestem szczęśliwszy niż kiedyś. Duża w tym zasługa tego, że przestałem się ścigać i patrzeć na rankingi najlepszych płyt – robię muzykę głównie dla siebie i dzięki temu poczułem się lepiej. Wziąłem się za siebie: chodzę na siłownię i robię więcej rzeczy dla własnego dobra. Oczywiście wciąż zdarzają się tygodnie, gdy jestem totalnie zmiażdżony, ale taki mam łeb i już. Dziś jest okej.
Jesteś jeszcze osobą, która przejmuje się opiniami innych?
Kiedyś bardzo orałem się komentarzami. Bardzo, bardzo. Udawałem, że nie, ale gdy wychodził mój nowy teledysk, od razu czytałem, co ludzie piszą. Chciałem być lubiany, akceptowany i na pierwszym miejscu. Dążyłem do tego i to mnie zgubiło. Moja żona pytała: Po co to czytasz?, a ja i tak czytałem jak głupi. Potrafiłem wyciągnąć jeden komentarz, który nic nie wnosił i przejąć się nim bardziej niż setką pozytywnych. Nie interesowało mnie sto dobrych opinii – tylko ta jedna negatywna. Teraz już tak nie mam. Zdaję sobie sprawę, że wyglądam inaczej, że ludzie na mnie patrzą, ale się tym nie przejmuję. Przestałem przejmować się tym, co ludzie o mnie myślą.
Starałeś się tłumaczyć, dlaczego ludzie tak o tobie myślą?
Próbowałem sobie tłumaczyć te hejterskie komentarze, ale dziś mam to gdzieś, bo widzę, że większość tych ludzi to po prostu głupki. Nawet przy okazji tej płyty zdarzały się sytuacje, które tylko to potwierdzają – nazwałem płytę Brudnopis, a ludzie piszą mi, że wyglądam jak... brudnopis. No kurwa, brak słów.
Widzisz - ego, pewność siebie, a gdy przychodziło co do czego, to potrafiłeś się przejmować takimi błahostkami. Chyba ci jednak tej pewności siebie brakowało. To zdecydowanie był problem z poczuciem własnej wartości. Miałem maskę gościa hura bura, wchodzę i walę każdego w ryj - proszę do mnie nie podchodzić, a tak naprawdę ryłem się wieloma rzeczami.
Powiedziałeś kiedyś, że nie czułeś się najlepiej w codziennych sytuacjach - na przykład jadąc tramwajem, gdy trzy rzędy przed tobą ktoś puszczał z telefonu twój bardzo emocjonalno-intymny utwór. Nadal tak masz?
Chodziło mi o to, że otworzyłem się przed słuchaczami, a oni zrobili z moich tekstów viral. Pisali fragmenty Pana śmiecia na murach i tak dalej. Czułem się bardzo urażony – w mojej głowie byłem cierpiącym dwudziestolatkiem, a oni robili z tego show, cieszyli się, jarali. Myślałem: jak oni tak mogą? Dziś widzę to inaczej. Dostaję sporo wiadomości – niektóre są naprawdę mocne – że moje słowa sprawiły, że ściągnąłem kogoś z parapetu. Na tych aspektach moich tekstów wolę się dziś skupiać. Bo wiesz, mogę nie zrobić iluś tam milionów wyświetleń, ale co z tego, skoro jest garstka ludzi, która naprawdę mnie słucha i czasem ktoś powie: Dzięki, ten wers był mi potrzebny.
Jak się czujesz z takimi wyznaniami?
Dojrzałem do pewnych rzeczy i dziś mam z tym luz. Jeżeli ktoś ma potrzebę pisania mi takich wiadomości, to proszę bardzo. Nie jestem w stanie pomóc tym ludziom ani naprawić ich życia, bo nie jestem psychologiem, ale mogę dać im słowa wsparcia. Mogę napisać wersy, które – jak się okazuje – sprawiają, że ktoś nie czuje się sam ze swoimi problemami.
Na Brudnopisie masz wers, że nie gryziesz się w język i dlatego przy tobie jest tylko garstka ludzi. Czujesz, że coś straciłeś takim zachowaniem?
Po czasie zrozumiałem, że niczego nie straciłem. To prawda, że nie gryzę się w język — kiedy wszyscy milczeli, ja się odzywałem — i to sprawiło, że odwróciło się ode mnie kilka osób. Ale to nie były wartościowe znajomości. Jeżeli dziś kogoś nie ma w moim życiu, to okej. Nie mam z tym problemu i naprawdę nic nie straciłem. Czuję się lżejszy. Wiem, że kilka osób było przy mnie tylko dlatego, że mogło coś na tej znajomości ugrać.
Powiedziałeś wcześniej, że przez wiele lat prowadziłeś życie rapera, który się nudził. Wpadłeś wtedy na pomysł, żeby wyprowadzić się z kraju?
Ja nawet nigdy nie myślałem o tym, by wyprowadzić się ze Szczecina (śmiech). Pamiętam, że kiedy podpisaliśmy umowę z Asfaltem na BonSoul, to Tytus zaproponował, że może przeprowadzilibyśmy się do Warszawy. Przeszło mi to przez myśl, ale szybko odsunąłem temat. Chyba nigdy nie wyprowadzę się ze Szczecina.
Nie lubisz wyjeżdżać z miasta?
Ciężko jest mnie wyciągnąć nawet na wakacje. Żona musiała mnie spakować do samochodu i zarezerwować hotel bez mojej wiedzy. Spakowała mnie do auta i wywiozła do innego kraju (śmiech). Okazało się, że było fajnie i dziś jeździmy częściej. Wychodzi na to, że nie jestem ciekawy świata. Myślałem sobie: Po co? Po chuj gdzieś jechać? Niewiadomo, co się tam będzie działo. Znowu trzeba będzie gadać z tymi ludźmi – tu jest dobrze. Pamiętam, jak kiedyś wymyślili, by kręcić teledysk w Berlinie. Ja pierdole, jak ja klnąłem, że nie chcę tam jechać. I miałem rację, bo na miejscu goniły nas Araby z nożem. Poszło o to, że byliśmy w miejscu, gdzie chyba zachodziły transakcje, a my z kamerami – nie spodobało się im to i zaczęli nas ganiać. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Podobnych sytuacji w życiu miałem więcej: jakieś bójki, afery. Wielu raperów poznałem tak, że najpierw się biliśmy, a później stawaliśmy się dobrymi ziomkami. Z Sokołem kiedyś brałem udział w zadymie – opisał nawet gdzieś, jak wsadzili mi głowę przez szybę do samochodu. Takie tam pierdoły.
