Ciemna strona rozwoju. Janusz Malicki — człowiek, któremu zabrano Wieczystą

Zobacz również:Pucharowa rozgrzewka. Debiut Boruca, klęska Wisły, problemy obrońcy tytułu
Spiker Wieczystej Kraków
Fot. Blanka Bochenek

W czasach, gdy Wieczysta Kraków nie miała jeszcze bogatego sponsora, obozów w Dubaju, Sławomira Peszki i ekstraklasowych ambicji, od setek innych klubów w Polsce odróżniało ją tylko jedno. Niepowtarzalny klimat. Było jasne, że wraz z marszem w górę będzie musiał gdzieś się zatracić. Nie wiadomo było jednak, że stanie się to tak szybko. I to na własne życzenie klubu.

Wieczysta na razie jest tylko w IV lidze, więc emocje wzbudza jedynie od święta. Jednak jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem i krakowski klub będzie częściej pokazywał się szerszej publiczności, nieuchronnie pojawią się niewygodne pytania. Po co właściwie Wieczysta pcha się do wyższych lig w mieście, w którym już są dwa ekstraklasowe kluby i kolejne dwa na szczeblu centralnym? Dla kogo to wszystko robi, skoro kibice Cracovii i Wisły nie odwrócą się nagle masowo od swoich klubów, by chodzić na mecze Wieczystej, a ludzi, których polska piłka nie interesuje, Wieczysta i tak nie przyciągnie? Czy jej obecność w wyższych ligach będzie uzasadniona jedynie urażoną ambicją bogatego człowieka, który nie przejął Wisły Kraków, choć jej kibicuje i teraz chce pokazać jej władzom, na co go stać? Czy to po prostu kolejny sztuczny twór w historii polskiej piłki, od poprzednich różniący się tylko tym, że działa w dużym mieście, ale w gruncie rzeczy podobny do Groclinu, Amiki, Heko Czermno czy Bytovii, gdzie wielka piłka kończyła się w momencie, gdy kaprys bogatego właściciela mijał? W takich dyskusjach jednym z dowodów na to, że Wieczysta istniała także, gdy nie była nazywana "szejkami", są ludzie tacy, jak Janusz Malicki, który serce temu klubowi oddał, zanim to było modne.

NIEPOWTARZALNY KLIMAT

Kiedy Wieczysta nie miała jeszcze Wojciecha Kwietnia, Franciszka Smudy, Sławomira Peszki, obozów w Dubaju i wybujałych ambicji, miała tylko jedno, co wyróżniało ją spośród dziesiątek krakowskich klubów regionalnych. Niepowtarzalny klimat. Na stadioniku wyrastającym znienacka w środku osiedla czuć było charakterystyczną dla niższych lig atmosferę against modern football. Niezwykłą otoczkę meczów Wieczystej zapewniał przede wszystkim spiker, który wspinał się na dach budynku klubowego i a’capella wykonywał klubowy hymn własnego autorstwa. Nawet gdy ktoś na trybunach był tylko przypadkiem i tak naprawdę na stadionie w Prądniku Czerwonym tylko zabłądził, po usłyszeniu utworu wiedział już, że Wieczysta Kraków jest ważna. Inaczej nikt nie śpiewałby o niej w tak podniosłych tonach.

PARASOL NA WIECZYSTEJ

Tak naprawdę to nie Wieczysta miała być piłkarską miłością Janusza Malickiego. Dzieciństwo spędził na stadionie Odry Opole, na której meczu pierwszy raz był jeszcze jako brzdąc. I regularnie pojawiał się do osiemnastego roku życia. W latach 60. przyjechał jednak do Krakowa na studia. Ukończył geodezję na AGH i został w mieście na resztę życia. W 1973 roku dostał mieszkanie w bloku niedaleko stadionu Wieczystej. - Wziąłem córkę za rękę i poszliśmy na spacer. Był kwiecień. Zaczął padać deszcz. Przy pobliskim boisku na krzesełku siedział jakiś mężczyzna. Powiedział, żebym podszedł do niego z dziewczynką i wziął nas pod parasol. To był Ryszard Małkowski, prezes Wieczystej – wspomina 76-letni dziś Malicki. Od słowa do słowa dogadali się, że po sąsiedzku zaangażuje się w życie klubu. - Zagrałem w nim tylko dwa mecze. Ale przez trzynaście lat byłem kierownikiem pierwszej drużyny. Od 1973 roku wklejałem do zeszytów składy ze wszystkich meczów oraz wycinki z gazet. Do dziś to robię — przyznaje.

WENA O DRUGIEJ W NOCY

Przez te wszystkie 48 lat Malicki pełnił w klubie przeróżne funkcje. Po tym, jak w 1986 roku przestał być kierownikiem, wszedł do zarządu. Wieczysta tułała się przez cały ten czas między klasami A i B, nigdy nie wyściubiając nosa nawet ponad lokalną przeciętność. Ale na początku XXI wieku zaczęła się wyróżniać. - Pomyślałem, że wszystkie duże kluby mają jakiś hymn czy charakterystyczną piosenkę. A że lubię śpiewać, zacząłem o tym myśleć. O drugiej w nocy napadła mnie wena. Ułożyłem dwie zwrotki i refren na melodię “Czarnej Madonny”. Poszedłem do księdza i zaśpiewałem mu. Powiedział, że może tak być, więc zaproponowałem w klubie, że będę śpiewał ten hymn także przed meczami. Wszyscy to zaakceptowali i tak się zaczęło — mówi. Przez trzynaście lat przed każdym meczem u siebie wykonywał hymn. Na wyjazdy też jeździł, więc miał dobre rozenanie w tym, co się dzieje w regionie. - Żaden klub w tych ligach nie miał wtedy hymnu. Teraz coś się ruszyło. Próbują na Bronowiance, w Słomnikach. Wtedy byliśmy tylko my – zaznacza.

UNIKATOWY HYMN

Hymn wywoływał wyłącznie pozytywne reakcje. - Wszyscy poprzedni trenerzy i zawodnicy zawsze bili mi brawo po tym, jak zaśpiewałem — mówi z dumą. Później zawodnicy zabierali się do gry, a Malicki nie rozstawał się z mikrofonem, tylko jako spiker objaśniał kibicom zawiłości niższych lig. Gdy czasem przypałętał się na stadion ktoś z kamerą, nagrywał niezwykłego spikera, wrzucając filmiki ze śpiewanym przez niego hymnem do internetu. Także lokalne media podchwytywały temat. Malicki stał się jedną z twarzy klubu, zanim został nią Sławomir Peszko. Nie działał już tak aktywnie, jak w przeszłości, bo w ostatnich latach mocno zaangażował się w prężnie rozwijającą się działalność w Centrum Aktywności Seniora, ale jak mógł, starał się pomagać. Na to, że Kwiecień zainwestował w Wieczystą, też miał jakiś wpływ. - Jego syn gra w naszych rezerwach, mieszka na naszym osiedlu. Zabiegaliśmy, żeby ojciec zainteresował się klubem i przyszedł do nas. Rok go naciskaliśmy — opowiada Malicki. Udało się. Ale jeszcze nie wiedział, że to będzie dla niego oznaczało, iż po blisko pół wieku straci Wieczystą.

NIESPODZIEWANY SZLABAN

Początkowo wszystko układało się dobrze. Wprawdzie w miejsce budki, z której dachu Malicki wyśpiewywał hymn, pojawiła się nowa loża VIP, ale dla zasłużonego spikera znalazła się inna przestrzeń. Nawet już przy Sławomirze Peszcze i Radosławie Majewskim, Malicki wciąż wykonywał swój utwór. Próbowano zaangażować młodszego spikera, proponując panu Januszowi, by tylko śpiewał. Nie miał z tym problemu i nawet przekazywał następcy drobne wskazówki, ale po kilku meczach ponownie zadzwoniono, by jednak poratował. Wszystko zmieniło się na pierwszym spotkaniu tego sezonu, już po awansie do IV ligi. - Chciałem wejść do klubu, ale postawiono przede mną szlaban. Stanęli ochroniarze i powiedzieli, że nie mam wstępu ani do budynku, ani na teren klubu i wyprosili mnie na widownię. Stało się to zupełnie z zaskoczenia. Niczego nie przeczuwałem. Mogliby mi powiedzieć, że mają kogoś innego, a nie zamykać mi drzwi przed nosem. Tydzień byłem załamany, ale przeżyłem. Teraz jest już tylko mały żal — opowiada. Przed meczami Wieczystej nie ma już żadnego hymnu.

ZERO WYCZUCIA MARKETINGU

Trudno uwierzyć, że w czasach, w których kluby wręcz na siłę wyszukują tego typu oryginałów, by ocieplić wizerunek, Wieczysta wykazała się aż do tego stopnia brakiem marketingowego wyczucia. Człowiek, który po dotarciu do wyższych lig, byłby hitem, pokazywanym przez media sportowe z całej Polski, został odsunięty do cienia. Janusz Malicki mówi, że trochę stracił Wieczystą, lecz w przyszłości sytuacja może wyglądać odwrotnie i to Wieczysta straciła Janusza Malickiego. Zwykłych spikerów mają wszystkie kluby w Polsce. Niezwykłego mieli tylko oni. I to stanowiącego łącznik z czasami, gdy byli nędznym dzielnicowym klubem. Czyli dającego poczucie, że klub nie został zrzucony z kosmosu, lecz jednak jest zakorzeniony w lokalnej społeczności. Bez rozdzierających powietrze wersów “jest w Krakowie przy Meissnera mały klubik, każdy wie”, klimat meczów Wieczystej nie jest już taki sam. Garbarni, z którą zmierzy się we wtorek w derbach w Pucharze Polski, trochę to zajęło, ale tam już zrozumieli, że ich klimat w stylu retro jest atutem, nie wadą. Wieczysta chce się jednak kojarzyć z przepychem, a nie swojskością.

NIE DO POZNANIA

Wyproszony przez ochroniarzy, Malicki usiadł więc na widowni. Zeszyty ze składami przekazał do klubu, ale podejrzewa, że wyrzucono je jako makulaturę. Prowadzi je nadal, już dla siebie. - Majewski i Peszko czasem podchodzą i pytają: “czego nie śpiewasz?”, ale nic się nie odzywam. Są nowe rządy. Zawodnicy, nawet ci znani, mi się kłaniają. Powiedzą dzień dobry, podadzą rękę. To jest miłe. Ale “góra” odwraca się plecami — mówi. Mimo że jego życie już jest gdzie indziej, weekendy spędza nadal z Wieczystą. - Chciałbym, żeby wiodło się jej jak najlepiej. Sponsor kiedyś odejdzie, ale infrastruktura zostanie. A to, co zrobił, jest nie do poznania. Pokoiki, sala masażu, siłownie. Ładnie to jest zrobione. Może kiedyś awansują do III, II ligi. Sparingi z III ligą przecież wygrywają. Są pieniądze, więc jest skład. Tylko z wyjazdami będzie problem, bo teraz są do stu kilometrów. Wsiadamy we czterech do samochodu i jedziemy. Gdy będzie dwieście kilometrów i więcej, trzeba się będzie zastanawiać, czy jechać. Ale na niektóre pojedziemy – zaznacza.

MARZENIE O ODRZE

Znając klub lepiej niż ktokolwiek inny, Malicki kompletnie nie martwi się, że nie będzie dla kogo robić wielkiej piłki na Wieczystej. - Gdy byliśmy w okręgówce, na mecz z Hutnikiem przyszło 1500 osób. W IV lidze jest po 500-800 osób. To więcej niż na wielu meczach I i II ligi. Nie boję się, że nie będzie dla kogo grać. Chcą budować stadion. Niech się dzieje. Chciałbym tylko, żeby kiedyś spotkali się z Odrą Opole. Chyba bym kibicował Wieczystej. Przez 48 lat i siedem miesięcy człowiek trochę zdążył nasiąknąć klubem. Pasja została — opowiada. W najbliższym czasie jego marzenie się nie spełni. Odra już odpadła z Pucharu Polski. Wieczysta marzy dalej. Ale kto był na jej meczu, zanim całe szaleństwo się zaczęło, ten wie, że bez pana Janusza to już nie ten sam klub.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Prawdopodobnie jedyny człowiek na świecie, który o Bayernie Monachium pisze tak samo często, jak o Podbeskidziu Bielsko-Biała. Szuka w Ekstraklasie śladów normalności. Czyli Bundesligi.