Kiedy Chicago Bulls zdobyli mistrzostwo NBA w 1992 roku, Jerry Krause powiedział, że to zasługa całej organizacji. Od góry po sam dół – i tutaj padło nazwisko człowieka, który już wtedy zajmował się sprawami szatni od 25 lat: Joe Lee. Kiedy oglądałem „The Last Dance”, to zdanie przykuło moją uwagę. Uwielbiam ludzi z cienia. Uważam, że to na nich – w takiej samej mierze jak na wielkich gwiazdach – zbudowane są kluby.
W domu miał ołtarzyk złożony z przedmiotów poświęconych Chicago Bulls. Od Michaela Jordana regularnie dostawał buty. Joe Lee po godzinach dorabiał na pół etatu jako DJ, miał nawet własny pseudonim – „Złoty Lew”. Kochał muzykę tak samo jak koszykówkę i naprawdę się na niej znał, więc nagrywał kasety z bluesem i wokalem Whitney Houston dla Jordana, Scottie Pippen także dostawał od niego rapowe składanki, które miały go naładować przed meczami.
KREW, POT i ŁZY
To nieprawdopodobne, ale kiedy zakładano Bulls w 1966 roku, Lee był pierwszym zatrudnionym tam człowiekiem! Pisał o tym na swojej stronie internetowej Dave Hoekstra, który dość szczegółowo nakreślił portret zmarłego w 2014 roku długoletniego pracownika Byków. Hoekstra miał okazję osobiście poznać Joego, kiedy pracował w „Chicago Sun-Times” i opisywał dla nich mecze koszykówki. Lee zajmował się sprzętem, ogarniał szatnię i – jak ładnie ujął to Hoekstra – „podawał ręczniki i przesiąkał krwią, potem i łzami”. Innymi słowy: był świadkiem wzlotów i upadków nie tylko zawodników, ale i całego klubu. Przeżył z nim całą paletę emocji. W latach 90. Lee sprzątał miasto – ulice, parki, a potem szedł do hali Byków, gdzie pomagał zawodnikom. Jego kuzyn opisał to dość obrazowo: – Za dnia zbierał śmieci, wieczorami dbał o dobre samopoczucie Michaela Jordana.
Dziennikarz Sam Smith napisał na stronie NBA.com zdanie, które idealnie odzwierciedla sposób myślenia Krausego: „Organizacje może nie zdobywają mistrzostw. Ale bez dobrej organizacji ich nie zdobędziesz”. Wiele klubów na świecie, bez względu na dyscyplinę, pełnych jest ludzi o takiej pasji jak Joe: w Anglii to może być pani, która od trzech dekad parzy herbatę w Newcastle United. Masażyści, magazynierzy, pracownicy ochrony, stróż, który otwiera bramę do ośrodka treningowego. Alex Ferguson uważał, że na takich właśnie ludziach opiera się cała siła organizacji, jako że sam wyrósł z klasy robotniczej, doskonale rozumiał ten mechanizm, w końcu w bardzo młodym wieku w roli związkowca wywalczył podwyżki dla innych pracowników. Dlatego zawsze się z nimi witał, kupował kwiaty na urodziny i wieńce na pogrzeby, odwiedzał w szpitalach. Miał świadomość, że piłkarze przychodzą i odchodzą, a ci ludzie zostaną do końca.
TRZEJ MUSZKIETEROWIE
Joe taki był. Jego przyjaciele – a miał ich wielu – twierdzili, że oddałby drugiemu człowiekowi ostatnią koszulę. Jego losy przeplatały się zresztą z drogą życiową innego człowieka, który całego siebie oddał Bulls – John Capps pracował w klubie z Chicago przez 52 lata, w roli ochroniarza. Zmarł dwa lata temu. Zaczynał robotę w tym samym roku co Lee. Ten były oficer policji twierdził, że on, Joe i Rosy, czyli Bobby Rosenberg, byli jak trzej muszkieterowie – wierni tym samym ideałom, zawsze na posterunku, wszyscy od 1966 roku w barwach Byków. Rosenberg miał odpowiedzialne zadanie – obsługę tablicy wyników (tzw. „official scoring”). Joe Lee często pojawiał się w oku kamer, kiedy siedział z ręcznikiem przewieszonym przez ramię na ławce Bulls, wśród wielkich gwiazd podziwianych przez cały świat. Ale był jak cień, nikt oczywiście nie zwracał uwagi na anonimowego mężczyznę, ale zawodnicy bardzo go lubili. Wiedzieli, że mogą na niego liczyć, kiedy piłka ma być wytarta i gotowa, by wylądować zaraz w koszu rywala. Nie pojawia się na fotografiach, jakby nie chciał ogrzewać się w blasku sławy sportowców. Fotografia, którą widzicie powyżej pochodzi z bloga Hoekstry, z archiwum prywatnego Lee, pozuje na niej z komisarzem, NBA Davidem Sternem.
W dawnych czasach Joe dbał o to, by piłki, które wylatują na widownię, zostały szybko zebrane i trafiły z powrotem na swoje miejsce, był po prostu gościem do zbierania i podawani piłek (a właściwie od zabierania). Fani mieli oczywiście chrapkę na zabranie ich ze sobą do domu, jako pamiątkę i nie byli chętni, by oddać je temu chłopakowi, ale jego spokój i dyplomacja zawsze stały na najwyższym poziomie. Przez dekady opuszczał halę jako ostatni. Zawsze chętny do pomocy. Traktował Chicago Bulls jak rodzinę, a ten wielki budynek jako drugi dom.

ZIOMEK PIPPEN Hoekstra pisze, że ten prawdziwy, w którym Lee mieszkał, napakowany był sprzętem stereo, płytami z jazzem, bluesem – to na parterze, na piętrze zaś świątynia Bulls – mistrzowskie pierścienie, buty od MJ-a, plakaty. Kiedy Byki wygrały swój 1000. mecz w lidze, Pippen podarował mu swoje buty. Miał wtedy powiedzieć: „Są twoje, ziomku”. Pippen sam pochodził z Arkansas, a właśnie tam, w mieście Clarendon, Joe przyszedł na świat. Lee zwykł mawiać o wykonywanej pracy: – Nie umiem nawet wyrazić wdzięczności. Kochał obcować z wielkimi gwiazdami i patrzeć na ich słabości, na ich normalną stronę, jakiej nie było widać, gdy gasły jupitery. Sam nie miał łatwego życia, był adoptowany jako noworodek, a przybrany tata zmarł, gdy Joe miał cztery lata. Mimo to zawsze się uśmiechał i traktował życie, muzykę, koszykówkę, jako wielkie dary, dzięki którym mógł być szczęśliwy.
Widział, jak Bulls z miernej organizacji zmieniali się w światową markę, osiągali globalny sukces i cieszył się każdą chwilą. Zaczynał pracę w absurdalnych warunkach – brakowało ciepłej wody, był tylko jeden prysznic i kto wszedł pod niego pierwszy, ten mógł się wykąpać. Na resztę czekała lodowata struga. Biegał po piętrach i wypełniał grzejniki wodą, by hala była odpowiednio dogrzana. Jego syn, Darnell, wpisał się pod artykułem Hoekstry: „Mój tata nigdy nie szukał chwały. Jego odejście zostawi lukę, której nie da się wypełnić. Jestem wdzięczny całej organizacji Bulls za to troskę, kiedy był chory i po jego śmierci”. Szkoda tylko, że na pogrzebie nie pojawił się żaden zawodnik Chicago Bulls.
