Czy rap jest ostatnim ważnym gatunkiem muzyki rozrywkowej?

Zobacz również:Steez wraca z Audiencją do newonce.radio! My wybieramy nasze ulubione sample w trackach PRO8L3Mu
Yung Lean Performs In Milan
fot. Francesco Prandoni/Getty Images

W XX wieku na dźwiękowej mapie świata pojawił się szereg wielkich gatunków – blues, jazz, soul, funk, rock, reggae, disco, rap, house i techno. Dwie pierwsze dekady kolejnego stulecia nie przyniosły nam niczego nowego.

Nieważne bowiem, czy weźmiemy na warsztat grime, vaporwave, trap, seapunk czy goqm – to wszystko jedynie hybrydy wcześniejszych estetyk, swoją siłę czerpiące z mieszanki dawnych stylów i współczesnych technik producenckich. Jeśli uznamy house i techno, czyli zrodzone w latach 80. wielkie nurty muzyki elektronicznej, za kolejne stadia ewolucji brzmień, które swój początek zawdzięczają wynalazkowi syntezatora, wychodzi na to, że rap jest ostatnią znaczącą woltą w historii muzyki rozrywkowej. I choć to dosyć odważna teza, to mamy szereg argumentów na jej poparcie.

Rap jak wielki odkurzacz

Hip-hop jest dla mnie jednym z niewielu gatunków, które mogą w siebie wchłonąć dowolne inne rodzaje muzyki, przede wszystkim nieelektronicznej. Nie wiem do końca, dlaczego tak się dzieje, być może jest to kwestia dość uśrednionego tempa, pustych przestrzeni między dźwiękami perkusyjnymi oraz użycia sampli jako budulca. Jeśli prześledzisz beaty Premiera, znajdziesz tam nie tylko dość oczywiste sample z soulu, funku, jazzu, czy disco, ale i odniesienia do country, muzyki poważnej, gier komputerowych, audycji radiowych, muzyki etnicznej albo chorałów gregoriańskich. Nie wyobrażam sobie gatunku muzycznego, którego nie dałoby się wsamplować w hip-hop, nie zaburzając jednocześnie jego wyrazistego flow, czego przykładem jest chociażby cykl „Rhythm Roulette”, gdzie beatmakerzy w ciemno wybierają kilka winyli w sklepie i zawartą na nich muzykę traktują jako źródło sampli – mówił w wywiadzie z serwisem nowamuzyka.pl Mateusz Wysocki, lepiej znany jako Fischerle. Ten pseudonim ani nazwisko mogą wam nie mówić zbyt wiele, bo większość jego produkcji wychodzi na niskonakładowych kasetach w obiegu niezależnym, ale powyższy cytat chyba najlepiej podsumowuje chłonność rapowej formuły. Po latach bazowania na wszelkiej maści próbkach, współczesny rap zaczął również asymilować muzykę elektroniczną.

Nie ma rapu bez muzyki klubowej?

O ile nowofalowy rap idealnie mieści się w szerokim pojęciu muzyki elektronicznej, o tyle inne syntetyczne subgatunki – choćby ambient, jungle czy breakcore – niekoniecznie da się wcisnąć w ramy rapu. I choć w dzisiejszym, ekstremalnie eklektycznym obiegu muzyki rozrywkowej wszystko się ze wszystkim miesza w jednym wielkim, buzującym kotle, to właściwie nie ma innego nurtu dźwiękowego, który z tak dużą dezynwolturą sięga po różnej maści klubowe trendy, jak właśnie robi to rap. Od pierwszych próbek z Kraftwerk wykorzystywanych przez Afrikę Bambaatę, przez przenikające się w latach 90. środowiska drum’n’bassowe i hip-hopowe, aż po współczesny krajobraz newschoolu, w którego spektrum pojawiają się odwołania do ambientu i synth-popu, przez dubstep i gabbery, aż po industrial i noise. Rap zasymilował już nie tylko gatunki go poprzedzające, ale również nieustannie zasysa wszelkie soniczne wpływy, które pojawiają się (i przemijają) od czasu jego powstania. Współcześni MC's naprawdę mogą nawinąć pod wszystko.

Ja pod wszystko tu nawinę teraz

Nieważne, czy szukalibyśmy bitów, które brzmią jak country, dub, metal czy hardbass – w przepastnej rapowej dyskografii znajdziemy przynajmniej kilka przykładów podobnych gatunkowych hybryd. I choć przez długie lata rapujący pod nie MC’s już po jednym wersie mogli zostać rozpoznani jako hip-hopowcy, to dziś ów proces identyfikacji jest nieporównywalnie trudniejszy. Od dekad już cyzelujące swoje skillsy i wypracowujące nowe techniki nawijania kolejne pokolenia mistrzów ceremonii zaczęły sięgać po szereg patentów rodem z reggae i dancehallu, rocka, ale i popu. Childisha Gambino ciężko byłoby czasami odróżnić od soulowego śpiewaka, Ty Dolla $ign brzmiał po wielokroć jak jakiś jamajski toaster, a nieżyjący już Lil Peep przypominał chwilami… Kurta Cobaina. Jednocześnie każdy z nich jest nadal postrzegany jako raper, ich muzyka ląduje na rapowych playlistach, a płyty na półkach opatrzonych tymi trzema literkami, które znajdują się – i rozrastają się z roku na rok – w okolicznych sklepach muzycznych. Ich okładki natomiast dawno już przestały mieć jednolity estetyczny sznyt.

Wyglądam jak chcę, nie chcę być jak wy

I choć już w latach 90. członkowie Native Tongues wykorzystywali hipisowskie emblematy czy insygnia, Cypress Hill pełnymi garściami czerpali z metalowej estetyki graficznej, a Ghostface Killah i Ol’ Dirty Bastarda w niektórych stylówach nie było sposób odróżnić od funkowych gwiazd lat 70., to nigdy wcześniej rapowe środowisko nie było tak wizualnie zdywersyfikowane jak obecnie. Dziś bowiem mamy MC’s wyglądających jak skejci, goci czy… bohaterowie cyberpunkowych filmów, raperów przypominających androgyniczne gwiazdy glam-rocka i modeli przechadzających się po wybiegach niedawnego Fashion Weeka, nawijaczy utożsamiających się z wizerunkiem emo, country czy… dandysów. W kwestii identyfikacji graficznej, okładek, klipów i wszelkich innych modeli promocyjnych, rap już przemielił wszystko: od starożytnych kanonów Egiptu, Grecji czy Rzymu, przez XX wiek i abstrakcję, socrealizm czy pop-art, po współczesne post-internetowe stylistyki. Każdy nurt sztuk wizualnych, każda designerska moda i każdy subkulturowy szyk został już wykorzystany przez artystów identyfikujących się z rapem. Oraz ich fanów.

Czy dotarliśmy do krańców muzyki?

Wychodzi więc na to, że tak, rap jest gatunkiem w starym, XX-wiecznym rozumieniu tego słowa. Czyli pewną technologiczno-stylistyczną woltą, która znalazła nowy sposób na śpiewanie, produkcję i to, czym piosenka w ogóle może być. A jednocześnie jest na wskroś współczesnym nurtem hybrydowym, który wchłania wszystko, co stanie na jego drodze. Od lat jest wciąż niesamowicie popularny i odświeża się z każdym kolejnym pokoleniem, które się za niego bierze; przez minione cztery dekady nie wyrosła mu na dźwiękowym horyzoncie żadna konkurencja do tytułu hegemona dzisiejszego rynku muzycznego.

I choć rock został zdetronizowany dopiero po pół wieku swojej niepodzielnego panowania na tym poletku, to rap już też dobił do tego szacownego wieku, a nigdzie wokół nie widać żadnych poważnych rywali, którzy mogliby stawać z nim w szranki. Czy podobnie jak w sztukach wizualnych dotarliśmy do momentu, w którym forma została uproszczona do granic? Czarny kwadrat na białym tle Malewicza i człowieka gadającego do rytmu łączy nieporównywalnie więcej, niż z pozoru mogłoby się wydawać – wszystko zostało już wymyślone i czeka nas tylko kreatywne przetwórstwo tego, co już było.

Ale artystom w sukurs w wyznaczaniu nowych obszarów zainteresowań przychodziła zawsze technologia. Tak jak wideo, grafika komputerowa i drukarki 3D tchnęły nowe życie w obieg galeryjny, tak być może jakieś nowe narzędzia okołomuzyczne przewietrzą rynek fonograficzny. Czy to jednak będzie kreatywnie wykorzystywany gramofon, sampler, czy auto-tune - wszystkie te nowe urządzenia bardzo prędko zdominował i zaanektował dla siebie właśnie rap. Ostatni z wielkich, pierwszy z nowych, nieustannie mutujący dźwiękowy paradygmat przełomu mileniów.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz muzyczny, kompendium wiedzy na tematy wszelakie. Poza tym muzyk, słuchacz i pasjonat, który swoimi fascynacjami muzycznymi dzieli się na antenie newonce.radio w audycji „Za daleki odlot”.