Kryzys telewizyjny we Francji nie wywróci świata piłki - ten przestawi zwrotnicę, a potem wróci w stare koleiny. Pewne są natomiast dwie rzeczy: futbol jeszcze nigdy nie był tak mocno uzależniony od wielkich platform. Dzisiaj lepiej trzymać się sprawdzonych statków niż wierzyć spekulantom z pięknym jachtem.
Jeśli ktoś się jeszcze nie zorientował, to pora otworzyć oczy. Idzie kryzys. Będą bankructwa, dziwne przejęcia i modlitwa o kredyt. Będzie wyprzedaż piłkarzy - to pewne. I spuszczanie powietrza z kół wszędzie, gdzie się da. Francuzi już to przerabiają. Lille zmieniło właściciela i od piątku należy do luksemburskiego funduszu. Montpellier na każdym meczu traci pół miliona euro, a prezydent Laurent Nicollin mówi: „Jeśli zaraz ktoś nie znajdzie rozwiązania, zaczniemy liczyć martwych”. Ligue 1 nie ma dziś kibiców na stadionach i nie ma transzy z telewizji. Spółka Mediapro okazała się wydmuszką.
To wszystko nie dzieje się w Mołdawii albo Kambodży. Dzieje się we Francji - kraju obecnych mistrzów świata, założycieli Euro, mundialu i klubowych pucharów. Ojcami pierwszej telewizji na europejską modłę też byli Francuzi - ironią jest to, że dziś nie mają żadnej, która w przyszłym roku na sto procent pokaże ich rozgrywki. Francja pierwsza odwołała w marcu sezon i anulowała „Złotą Piłkę". Namawiała kluby do niskoprocentowych pożyczek. I jeszcze klepała po plecach, mówiąc: „Macie, drugi największy kontrakt telewizyjny w Europie, będzie dobrze”. Kluby wydawały na zaś, a teraz zdziwienie. Jak w filmie „Czeski Sen” - za atrapą marketu, było puste pole.
KRADZIEŻ STULECIA
Dzisiaj łatwo pisze się o katastrofie, ale kto mógł wiedzieć. Był 29 maja 2018 roku, gdy pierwszy raz w historii zdarzyło się, że ktoś za prawa telewizyjne zapłacił 60 procent więcej niż poprzednik. Ligue 1 naprawdę wierzyła, że rusza w pościg za Premier League. I naprawdę miała na papierze trzy miliardy za lata 2020 - 2024. Nagle gwiazdy konkurencyjnych stacji, m.in. Anne-Laure Bonnet z BeIN pouciekały za pieniądzem. Powstał kanał Telefoot, a całość rzucono na rynek za 25 euro miesięcznie. Hiszpańscy właściciele mówili: „Zaczniemy zarabiać od 3 milionów abonentów”. Spekulowali i dzisiaj nie zarabiają. Mają ich tylko 600 tysięcy. A i tutaj kłamią, bo rocznych subskrypcji jest trzy razy mniej. W sierpniu zapłacili pierwszą ratę w wysokości 172 mln euro. Gdy w październiku przyszedł termin kolejnej, ktoś wyciągnął wtyczkę.
Teraz wszystko toczy się już w sądach. Mediapro początkowo próbował negocjować obniżenie kontraktu o 25 procent, ale skończy się tym, że zapłaci odszkodowanie 100 mln euro i zniknie. Francuzi mówią: daliśmy Hiszpanom klucze do naszego mieszkania, narobili bałaganu, a teraz uciekają. „L’Equipe” wydrukował nawet okładkę z czerwonymi kapturami „Casa de Papel” i nagłówkiem „Kradzież stulecia”. Nie dość, że ktoś ich oszukał, to jeszcze zrobił to w środku pandemii, pół roku po tym jak liga zaciągnęła 224 mln euro pożyczki, by załatać dziurę po marcowym zatorze poprzednich nadawców Canal+ i BeIN.
To jest cud, że ta liga jeszcze działa. W ten weekend miało dojść do strajku ludzi z Mediapro. Mówiono, że jeśli francuscy pracownicy nie będą chcieli pracować przy produkcji sygnału, to gotowe są zespoły z Hiszpanii. Ostatecznie kolejka trwa. Dziś hit Lille - PSG. Ale to i tak ciągle jest podróż bez mapy. Cierpi choćby futbol amatorski. Nowa umowa obiecywała przepływ pieniądza na dół piramidy i rozwój szkolenia. Zator na górze automatycznie zaorał wszystko.
DIABELSKIE PAKTY
Mediapro to spółka z Hiszpanii, założona w Barcelonie i mająca bogatą historię. Ale dzisiaj bardziej powinniśmy nazywać ją chińską, ponieważ 54 procent udziałów koncentruje się w Azji. Włosi już dwa temu powiedzieli: "Chcecie kupić u nas Serie A, to pokażcie gwarancje bankowe". Chińczycy nie pokazali, więc nie kupili. A we Francji nikt o to nie pytał. Otworzono szeroko drzwi i krzyknięto: chodźcie! Didier Quillot, były dyrektor LFP dostał pół miliona euro premii w dwóch ratach za podpisanie historycznej umowy. Ostatnio obiecał zwrot, ale to i tak niczego nie zmienia. Francja płaci za naiwność i chciwość. Za to, że chciała się kłaniać w pas Chińczykom tak jak od lat kłania się Katarowi.
To jest w tej chwili bagienko. Nasser Al-Khelaifi, prezes PSG straszy sądem i krzyczy: „Chcę poznać głównych winowajców”. Już teraz zapowiada, że mistrz Francji do końca roku będzie 200 mln do tyłu. Jean-Michel Aulas, właściciel Lyonu pali się ze wstydu, gdy przypomina mu się jak dwa lata temu wieścił, iż niedługo to Anglicy będą sprzedawać piłkarzy Francuzom, a nie odwrotnie. Dzisiaj, gdy Ligue 1 znowu chce pożyczek, ludzie w rządzie mówią: „Nie może być tak, że ktoś podejmuje idiotyczne decyzje, a my potem mamy to sprzątać”. Jeśli w nowym roku ktoś nie wydrukuje trochę papieru, to już w lutym wiele klubów nie będzie w stanie wypłacić pensji piłkarzom i pracownikom.

Nadchodzi dziwny czas. Pewne jest tylko to, że niepewne jest wszystko. Scenariusz bazowy zakłada, że piłkarze będą sprzedawani jeszcze szybciej i jeszcze taniej, w założeniu, że niepewny rynek będzie chciał to wszystko wchłonąć. Niektóre kluby zamiast graczy wystawią na sprzedaż siebie. I to już się dzieje - przykładem Lille i ich konszachty z funduszem z Luksemburga. Rewelacja Ligue 1 zbudowała za duży stadion i przeholowała z kontraktami. Narobiła 200 mln euro długu, a teraz ratuje się 50 mln dziwnego pochodzenia. Zapowiada zatrzymanie gwiazd i sprzedaż latem. Ale dziś nikt nie wie, co się stanie z rynkiem i jakie będą ceny za pół roku. Francuzi na razie nie mają ani nowych pożyczek, ani nowego nadawcy. Uśmiechy kierowane są do Canal+. Ale ten nie musi się spieszyć. I na pewno nie zapłaci gór złota, które naobiecywali Chińczycy z Hiszpanami. Jako spółka notowana na giełdzie trzyma karty przy sobie i nie robi nerwowych ruchów.
PARADOKS INDYKA
Maxime Saada, prezes Canal+ już dwa lata temu mówił, że Mediapro przepłacił. Jego platforma nie straciła na obecności nowego gracza - paradoksalnie liczba abonentów zaczęła wzrastać. Dzisiaj mówi się, że C+ jest w stanie od zaraz zacząć sprzątać, ale nie da więcej niż 590 mln za sezon. A i to może pójść w dół, bo konkurencji nie ma. To jest ostra gra. Ojciec nowoczesnej telewizji i żywiciel francuskiej piłki od 1984 roku, chce wywrzeć presję na politykach. Chodzi o reformę audiowizualną, z mniejszym podatkiem VAT i zaostrzoną walką z piractwem. Canal+ konkuruje dziś z Netflixem. Jeśli ma ratować piłkę, to nie za darmo. To nie on jest w potrzebie. Niedawno zabezpieczył Ligę Mistrzów, a ostatnie pół roku pokazało, że bez pakietu całościowego Ligue 1 też da się żyć.
W tej chwili francuskim klubom brakuje dwóch transz z telewizji, czyli prawie 300 mln euro. Trzecia zapowiadana jest na początek lutego i już wiadomo, że jej nie będzie. W przykładowym Nimes aż 70 procent budżetu stanowi telewizja. Strasburg i Lens niedawno pobiły swoje rekordy transferowe, kupując kolejno Habiba Diallo i Seko Fofanę, a zaraz czeka ich tryb „włączamy niskie ceny” i wyprzedaż czego się da. Tyle się mówi, że Leo Messi mógłby w przyszłym sezonie dołączyć do PSG - pytanie tylko czy chciałoby mu się przyjeżdzać do ligi, gdzie połowa klubów walczy o przetrwanie, pensje radykalnie idą w dół, a przepaść między PSG a małymi jeszcze bardziej się powiększa.
Francja już bez pandemii i krachu telewizyjnego była w lesie. Gdy półtora temu zrobiła tour po Stanach Zjednoczonych, na mecz Montpellier - Saint-Etienne w Waszyngtonie przyszło 200 osób. Chciała być ligą talentów, ale w świecie dostała łatkę ligi farmerów. Angielscy agenci mówią z ironią, że to taka Premier League do lat 23 plus PSG. I nawet świetne występy w Lidze Mistrzów niczego nie zmieniają, bo kurtyna opadła w sierpniu.
Wtedy mówiono, że to najlepszy miesiąc Ligue 1 od lat. Mediapro przelało pierwszą transzę. A potem było już jak w paradoksie indyka. Karmiony od setek dni przez hodowcę ptak ma poczucie bezpieczeństwa. Wydaje mu się, że jest coraz piękniej. A wtedy nadchodzi Dzień Dziękczynienia. I nagle ucina mu się łeb.
