Według popkulturowej legendy – przed samobójczą śmiercią Ian Curtis spędził godziny przy „Stroszku” i „The Idiot”, ale dalece istotniejsze wydaje się jednak, że wcześniej zdążył zarejestrować materiał na płytę „Closer”, która – wraz z debiutanckim „Unknown Pleasures” – składa się na kultowy dyptyk Joy Division.
Marek Fall: Joy Division to nie marka, Joy Division to arka. W tandetnych filmach ze złotej ery VHS-ów dalekowschodni mistrzowie mówili, że karate to nie sztuka walki, tylko styl życia – i właśnie w takich kategoriach postrzegam dorobek zespołu z miasta „brzydkiego jak tył lodówki”. Ian Curtis, Bernard Sumner, Peter Hook i Stephen Morris do spółki z natchnionym producentem Martinem Hannettem w ciągu zaledwie czterech lat sprawili, że punk rock w przyspieszonym tempie pokonał kilka etapów ewolucyjnych – nie tylko na płaszczyźnie brzmieniowej, ale także intelektualnej. Mogli stać się tylko prekursorami drugiej czy trzeciej fali macierzystego gatunku, ale udało im się stworzyć odrębną kategorię estetyczną, cały movement i nagrania, które w sposób niezwykły znoszą próbę czasu. Joy Division byli w stanie wyjść z garażu i rozpocząć budowę gotyckich monumentów, ponieważ za konsoletą mieli człowieka, który – wbrew obowiązującym tendencjom – nie próbował odtworzyć w studio ich koncertowego brzemienia, a na froncie – charyzmatycznego antyidola z młodej klasy robotniczej, zasłuchanego w Bowiem, Iggym Popie czy Sex Pistols, pochłaniającego egzystencjalistów, poezję Eliota i powieści Ballarda.
Wraz z upływem lat coraz mniej cenię sobie kategorię real talku, ale równocześnie w postaci Curtisa dostrzegam pewną ostateczną prawdę i tę rzadką sytuację, gdy kultura popularna nie jest akurat kłamliwa czy komiksowa. Kiedy rozpracowuje się biografie kolejnych artystów, rzuca się w oczy, że większość z nich, z czasem, zupełnie odklejała się od rzeczywistości. Tak było z Dylanem, Lennonem czy Cobainem. Tymczasem – jakby na przekór kompulsywnemu hagiografizowaniu – życiorys wokalisty Joy Division jest właśnie do bólu przyziemny. Powszedni był jego urzędniczy etat, problemy ze zdrowiem, syf w życiu osobistym i nawet ten nieszczęsny koniec – szarobury, ceglany dom w Macclesfield, sznur do bielizny. Niezależnie od skromnej, acz potężnej dyskografii, ta historia z krwi i kości, i robotniczego sterania jest czymś wyjątkowym w kontekście tego, że jako konsumenci popu przyzwyczailiśmy się raczej do ciągłej podróży po amplitudzie – między przesadnym melodramatyzowaniem, a fleksem. Curtis to ikona na czasy kryzysu.
Jacek Sobczyński: Marek podkreślił zwyczajność Joy Division, którzy faktycznie byli typem gwiazd z sąsiedztwa, bo... byli z sąsiedztwa. Nie można nie oddać im też tego, jak bardzo byli innowacyjni i jak wielki wpływ wywarli na to, czego dzisiaj słuchamy.
Trzeba pamiętać, że wywodzili się z surowego punk rocka, a jednak na przestrzeni jego, bądź co bądź, ograniczonej formy potrafili dokonać stylistycznej rewolty; ich znakiem rozpoznawczym stały się chłodne klawisze. Nie oni wymyślili new wave, ale stali się jego twarzami, chociaż punkowcy też po latach uważali ich za swoich. Czerpały z nich dziesiątki, setki nowych twórców: praktycznie cała scena emo (zarówno niszowa, jak i mainstreamowa fala), goci, twórcy muzyki elektronicznej, emo-raperzy... Posłuchajcie dzisiaj sztandarowych zespołów new rock revolution, tam co drugi wokalista mniej lub bardziej udanie robi się na Iana Curtisa.
Do obskurnego punka dodali poezję. Zamiast opisywać otaczający świat – opisywali siebie. Byli autorami prawdopodobnie najpiękniejszej piosenki o rozstaniu w dziejach muzyki, a ich album „Unknown Pleasures” zdobiła grafika, która na stałe weszła do kanonu popkultury. Wszystko to dzięki niewymuszonej prostocie i oparciu się na podstawowych emocjach: smutku, lęku, uczuciu odrzucenia. Wystarczyło, żeby załapać się na nieśmiertelność.
