
Umowy sportowców potrafią być nieraz zawiłe i skomplikowane, a wypłaty zależne od spełnienia konkretnych warunków. Czasami potrafią się w nich jednak znaleźć naprawdę zaskakujące zapisy.
Niektóre klauzule są zrozumiałe. Drużyny gwarantują zawodnikom bonusy i premie za konkretną liczbę występów lub osiągnięcia - gole, trofea czy wyróżnienia indywidualne. Szczególnie w amerykańskich ligach zawodowych tzw. "incentives", czyli najprościej mówiąc zachęty, są wpisywane w kontrakty. Podstawowe wynagrodzenie sportowca jest niższe, ale po spełnieniu różnych punktów, dostaje on dodatkowe pieniądze. Szczególnie stosuje się to w ligach z salary cap i takich, gdzie gracze mają wpisywane sumy gwarantowane w umowy.
Ta lista jednak "zwyczajnych" zapisów nie dotyczy.
Czasami zdarza się bowiem, że to klub chce się chronić i wpisuje specyficznie skonstruowaną klauzulę. Inne przypadki dotyczą sportowców, którzy żądają spełnienia swoich rożnych zachcianek i zawarcia ich w kontrakcie. Niektóre z nich bywają naprawdę bardzo dziwne.
Bądź grzeczny, Mario
Mario Balotelli to oryginał, jakich mało. O jego bogatym życiu pozaboiskowym i niemądrych pomysłach wiadomo nie od dziś, dlatego kiedy Milan go kupował, chciał się przed wyskokami Super Mario zabezpieczyć. W jego umowie wpisano klauzulę, która nazywana była "klauzulą dobrego zachowania" albo "anti-scandal". W jej ramach Balotelli miał zakaz na wychodzenie do nocnych klubów, palenie papierosów, kontrowersyjne posty w mediach społecznościowych i... dziwne fryzury oraz ekstrawagancki ubiór. Milan obawiał się, że napastnik takich zapisów nie przyjmie, ale ten się o dziwo zgodził. - Przyszedłem tu pracować, a nie gadać - zakomunikował po przybyciu z Liverpoolu. Powrót nie był jednak tak udany, jak czas w Milanie przed transferem do Anglii. W sezonie 2015/16 strzelił dla rossoneri tylko trzy gole. Może jednak lepiej, gdyby szefowie klubu dali mu się wyszaleć?
Czego się nie robi dla kumpli
Kontrakt Neymara z Barceloną do dziś jest pod lupą prawników i wychodzą tam różne kwiatki, jak płatności dla ojca, ukryte koszty i fałszerstwa podatkowe. Transfer z Santosu w 2013 roku był dość zawiły, ale mimo tego piłkarz zadbał o to, żeby jego ludzie - nie tylko rodzice - mieli z nim dobrze.
Wśród zachcianek Brazylijczyka w kontrakcie z Barceloną znalazła się taka, która gwarantowała mu, że klub raz na dwa miesiące będzie opłacał lot kilku jego znajomym z Brazylii do Hiszpanii, by piłkarz mógł pozostać w otoczeniu bliskich. Poza pokryciem kosztów podróży, Neymar zażyczył sobie również, by klub finansował ich zakwaterowanie oraz wyżywienie. Dobrze mieć takiego kolegę.
Kosmos? A komu to potrzebne?
Stefan Schwarz to piłkarsko postać mniej znana niż Neymar czy Balotelli. W karierze rozegrał w reprezentacji Szwecji ponad 60 meczów, a na arenie klubowej występował w Arsenalu, Valencii, Benfice czy Fiorentinie. Dziwny zapis w jego umowie znalazł się jednak dopiero w 1999 roku, gdy przechodził do Sunderlandu.
Czarne Koty były wtedy beniaminkiem Premier League i montowały całkiem ciekawą ekipę, która - jak miało się okazać - zajęła na koniec sezonu siódme miejsce i wystawiała króla strzelców ligi Kevina Phillipsa. Schwarz kosztował 4 miliony funtów, co na tamte czasy dla Sunderlandu było sporą kwotą i w jego kontrakcie znalazł się jeden z najdziwniejszych zapisów w historii Premier League. Władze klubu zabroniły Schwarzowi... latania w kosmos.
Wszystko dlatego, że szefowie Sunderlandu dowiedzieli się, że doradca Szweda i jego bardzo bogaty przyjaciel już w 1999 roku zarezerwował miejsce na potencjalny komercyjny lot w kosmos. Kontrakt głosił, że umowa Schwarza zostanie zerwana, jeśli wsiądzie do rakiety przed 2002 rokiem. To oczywiście się nigdy nie wydarzyło, ale niecodzienny zapis sprawił, że Szwed zyskał wśród fanów Sunderlandu ksywkę "Spaceman".
I love this game!
Michael Jordan, co mogliśmy zobaczyć chociażby w "The Last Dance", miał w Chicago Bulls wszystkich na jedno kiwnięcie palcem. Podobnie było z szefostwem klubu. Nawet kiedy poszedł grać w MLB, Jerry Reinsdorf płacił mu "koszykarską" stawkę i przez to Jordan zarabiał bardzo dużo jak na zawodnika niższych lig baseballowych. Ale ciekawy zapis znalazł się też w umowie w NBA i dotyczył miłości MJ-a do koszykówki.
W umowie z Bulls Jordan zażyczył sobie klauzuli, która później nazywana była przez innych "love of the game clause". Chodziło o to, że klub na jej mocy nie miał prawa zabronić mu grania w koszykówkę gdzie chce, z kim chce i kiedy tylko chce. Jerry Krause obawiał się, że poza sezonem może to prowadzić do jakiejś kontuzji, kluby zresztą często zabezpieczają się w ten sposób, jednak generalny menedżer Bulls ugiął się i pozwolił swojej największej gwieździe grać, kiedy jej się to podoba. W końcu nikt nie może zatrzymać Michaela Jordana.
Byle Wielki Dzieciak nie był zbyt wielki
Często jest tak, że kluby wpisują w kontrakty graczy pewne klauzule, które wymagają od nich pozostania w formie. W NFL słynne były przypadki Eddiego Lacy'ego i Alberta Hayneswortha, którzy mieli stawiać się na treningi poniżej określonej wagi. W przeciwnym wypadku nie dostawali części wypłaty. W NBA na taki zapis zgodził się Glen Davis.
"Big Baby", nazywany tak ponieważ już jako dziewięciolatek mierzył 168 centymetrów, ważył ponad 70 kilogramów i musiał grać z seniorami, podpisał w 2009 roku dwuletni kontrakt wart 6 milionów dolarów z Boston Celtics. Władze klubu obawiały się jednak, że Davis za bardzo lubi pojeść i nie dba o sylwetkę, szczególnie poza sezonem. W umowie znalazł się więc zapis, który gwarantował mu aż pół miliona dolarów premii, jeśli będzie utrzymywał odpowiednią wagę.
- Sam nawet nie wiem, ile dokładnie ważę. Na pewno trochę schudłem, bo widzę to po sobie - tłumaczył. Stwierdził również, że "klauzula wagi" była jednym z powodów, dla których zdecydował się na podpis. - Bonus jest bardzo duży i atrakcyjny. Ale nie zgodził się na umieszczenie go, gdybym wiedział, że nie jestem w stanie utrzymać formy - stwierdził.
Niestety nie wiadomo, czy Davis dostał te pieniądze, bo klub nigdy nie podał publicznie, ile kilogramów wynosił wymagany limit. Sam koszykarz też niczego nie zdradzał.
Zapomnij o dobrej zabawie
Dez Bryant przez kilka sezonów był gwiazdą Dallas Cowboys, ale klub wiedział, że nie można pozwalać mu poza boiskiem na zbyt wiele. Futbolista wychował się w bardzo trudnych warunkach. Jego matka urodziła go, gdy miała 15 lat i aresztowano ją za handel narkotykami, kiedy Dez był ośmiolatkiem. W czasie szkoły średniej mieszkał aż w ośmiu rodzinach zastępczych. W tym czasie sprawiał problemy wychowawcze, jednak przyświecał mu cel, by trafić do NFL. To się udało, ale Cowboys wiedzieli, że trzeba się Bryantowi przyglądać.
W 2012 roku w umowie skrzydłowego znalazł się więc zapis, który zabraniał mu przebywania poza domem po północy, chyba że uprzedzi o tym klub, spożywania alkoholu oraz stawiania się na sesje u terapeuty dwa razy w tygodniu. Dodatkowo nie wolno było Bryantowi chodzić do klubów ze striptizem, a do tych "zwykłych" tylko z obstawą trzyosobowej ochrony, wybranej przez Cowboys. W tej grupce wymieniało się w ciągu tygodnia kilku ludzi, którzy mieli nad Bryantem niemal 24-godzinny nadzór i przywozili go na każdy trening oraz mecz, a później odwozili do domu.
Do końca świata i jeden dzień dłużej
Rick Mirer w historii NFL zapisał się jako jeden z największych niewypałów wysoko wybranych w drafcie. W 1993 roku Seattle Seahawks sięgnęli po niego z dwójką całego naboru i byli przekonani, że trafił im się drugi Joe Montanta. W końcu Mirer, podobnie jak legenda San Francisco 49ers, kończył uczelnię Notre Dame, miał podobny styl gry i nawet nosił podobną fryzurę, ale cechy wspólne kończyły się tylko na tym.
Mirer został w Seattle zapamiętany ze względu na kiepską grę oraz dziwny zapis, jaki znalazł się w jego debiutanckiej umowie. Agent Don Yee (później współpracujący m.in. z Tomem Bradym) upewnił się, że w kontrakcie wpisana zostanie gwarancja, że młody rozgrywający otrzyma wszystkie należne mu pieniądze niezależnie od okoliczności, nawet jeśli... nastąpi koniec świata. Mirerowi więc apokalipsa miała być niestraszna, bo Seahawks zgodzili się na niecodzienny zapis.
Później był on przedmiotem żartów kolegów z drużyny. Pewnego razu, kiedy Mirer rozmawiał z dziennikarzami, Jeff Graham, jeden z futbolistów Seahawks, postanowił udawać reportera i zapytał Mirera: - A co jeśli będziesz leciał statkiem kosmicznym i zobaczysz przez okno, że ziemia eksplodowała? Nadal dostaniesz te pieniądze?
- Zatrzymałbym sobie ten statek - odpowiedział Mirer.
W Seattle kariery nie zrobił i został oddany do Chicago Bears już po czterech sezonach. W NFL spędził 12 lat i niczym się nie wyróżniał, ale głowę do interesów zachował. Po zakończeniu kariery Mirer otworzył winiarnię, na której nieźle zarabia.
Ile sushi jesteś w stanie zjeść?
Manny Ramirez to jeden z najbardziej znanych baseballistów ostatnich 30 lat. W lidze MLB dwa razy zdobywał mistrzostwo i aż dwunastokrotnie występował w Meczu Gwiazd, więc gdy na zakończenie kariery w 2013 roku przenosił się do Japonii pograć jeszcze w tamtejszej lidze, był witany jak król. Zadbał też o to, by królewskie warunki wpisano w jego umowę.
Ramirez chciał, by nowy klub - Kochi Island Fighting Dogs - spełniał praktycznie wszystkie jego zachcianki. Zażądał samochodu, apartamentu i zakwaterowania, kiedy Fighting Dogs będą grać na wyjeździe. Ponadto stwierdził, że chce mieć wybór, kiedy i czy w ogóle przychodzi na treningi. Najdziwniejszy zapis dotyczył jednak... jedzenia. Ramirez zażądał, że drużyna ma mu zapewniać sushi na zawołanie. Za każdym razem, kiedy miał ochotę na to słynne japońskie danie, miał je otrzymywać i to tak dużo, jak sobie zażyczy. Dosłownie w kontrakcie padało określenie "unlimited sushi". Facet chyba naprawdę musiał je kochać.