Major League Soccer w środę wznowiła rozgrywki jako pierwsza zawodowa liga w Stanach Zjednoczonych, ale problemy z jakimi zmaga się od samego początku nie wróżą najlepiej NBA, MLB czy NFL.
Marcin Harasimowicz z USA
W środę późnym popołudniem w Orlando czasu lokalnego miejscowa drużyna rozpoczęła swój mecz z Interem Miami, a tym samym rozgrywki wznowiła kolejna z piętnastu najlepszych piłkarskich lig świata – MLS. Derby Florydy stały nawet, biorąc pod uwagę okoliczności, na całkiem niezłym poziomie, a bohaterem okazał się doskonale znany polskim kibicom Nani, który najpierw cudownie zacentrował z lewego skrzydła – jak za dawnych czasów, gdy obok Wayne’a Rooneya był największą gwiazdą Manchesteru United – a następnie w doliczonym czasie gry zdobył zwycięską bramkę. Dramatyczna końcówka inauguracyjnego spotkania spowodowała, że przynajmniej na chwilę uśmiech wrócił na twarz komisarza ligi Dona Garbera. Problemów ma bowiem co niemiara.
Pomysł organizacji turnieju letniego w ESPN Wide World of Sports Complex w Orlando na trzy tygodnie przed startem rozgrywek NBA z góry wydawał się mocno ryzykowny, zwłaszcza biorąc pod uwagę dynamicznie rosnącą liczbę zachorowań na koronawirusa, szczególnie w wiecznie słonecznym stanie Floryda. Tydzień rozpoczął się dla Garbera bardzo niefortunnie, już pierwszego dnia mógł zakląć pod nosem „nienawidzę poniedziałków”, gdyż właśnie tego dnia z udziału w imprezie oficjalnie wycofał się Carlos Vela – MVP ligi i bezsprzecznie najlepszy jej zawodnik. W obu sezonach w MLS meksykański pomocnik był facetem z innej bajki, a trener LAFC Bob Bradley (jak najbardziej zasłużenie) mówił, że ma na nią taki sam wpływ jak Leo Messi na LaLiga. Fakt, że najlepszy piłkarz nie chciał uczestniczyć w reaktywacji rozgrywek był potężnym ciosem.
Kolejny nadszedł już dzień później. Jeden z najlepszych snajperów w historii ligi, obecnie rezerwowy w LAFC, Bradley Wright Philips (kuzyn byłego reprezentanta Anglii Shauna Wright Philipsa) skomentował powrót następująco: „To trochę głupie, że MLS wznawia rozgrywki, gdy statystyki zachorowań na COVID-19 stale rosną”. Na potwierdzenie prawdziwości swoich słów nie musiał długo czekać. Jeszcze tego samego dnia do mediów przedostała się wiadomość, że dziesięciu zawodników FC Dallas oraz pracownik tego klubu mieli pozytywny wynik testu. Decyzja mogła być tylko jedna – cały zespół został automatycznie wycofany z rozgrywek.
„Chcieliśmy znów grać w piłkę bardziej niż ktokolwiek, ale w takiej sytuacji ryzyko jest zbyt duże, więc trzeba ocenić wszystko na spokojnie, pogodzić się z tym niepowodzeniem. Teraz najważniejszy jest powrót do zdrowia poszczególnych osób i bezpieczeństwo ich rodzin. Wiem, że przed nami dużo lepsze dni” – komentował szkoleniowiec klubu z Teksasu Luchi Gonzalez, dodając: – Obecnie staramy się rozwiązać kwestie logistyczne związane z tym jak i kiedy wrócimy do Dallas. Wszystko wskazuje na to, że będziemy musieli zostać tutaj trochę dłużej, aż zawodnicy wrócą do zdrowia.
No właśnie, zespół Dallas FC – jeden z najciekawszych w lidze, wymieniany w gronie wąskich faworytów do wygrania mistrzowskiego tytułu – znalazł się w beznadziejnym położeniu. Można powiedzieć, że utknęli niczym Tom Hanks w filmie „Terminal” – ani nie mogą grać w piłkę, ani wrócić do domu. Cała drużyna przejdzie kwarantannę w Orlando, ale czy w tej sytuacji nie pozarażają się wszyscy nawzajem? Na tym jednak nie koniec. Zaledwie dwa później okazało się, że podobny problem ma beniaminek z Nashville. W światowej stolicy muzyki country bynajmniej nie mają powodu do śpiewu i zabaw.
Informacje o tym, że kilku piłkarzy tego klubu miało pozytywne testy na obecność COVD-19 dotarły do Garbera tuż przed tym, gdy jako gość miał pojawić się w przerwie transmisji środowego spotkania Orlando - Miami pokazywanego przez telewizję ESPN. Wyraźnie zdenerwowany i chyba niewyspany komisarz ligi ważył słowa i enigmatycznie stwierdził, że „decyzja w tej sprawie zostanie podjęta w najbliższym czasie”. Nikt jednak nie był zaskoczony, gdy w czwartek z samego rana ekipa z Nashville została wycofana z turnieju, a mecz z Chicago Fire, drużyną Przemysława Frankowskiego, oficjalnie odwołany.
Okazało się, że pięciu zawodników miało pozytywne testy po przylocie do Orlando, a wkrótce dołączyło do nich czterech kolejnych. „Nie mieliśmy innego wyjścia, bezpieczeństwo uczestników turnieju ma znaczenie absolutnie priorytetowe” – komentował Garber. „To jest dla nas bardzo trudny rok. Najpierw nasze miasto zostało zniszczone przez tornado, następnie epidemia koronawirusa, a teraz przyszło wielkie rozczarowanie dla kibiców Nashville SC” – narzekał prezes klubu Ian Ayre, dodając: – Teraz jednak najważniejsze jest zdrowie zawodników i bezpieczny powrót do domu”. Kiedy jednak i po spełnieniu jakich wymagań? Tego nie wie nikt.
Od inauguracji rozgrywek Major League Soccer minęły zaledwie niespełna trzy dni, ale jeśli można wyciągnąć jakiekolwiek wnioski w kontekście zbliżającego się restartu NBA i pozostałych lig sportowych w USA, to raczej trudno o optymizm. W piątek kolejni gracze poszczególnych zespołów zostali wyeliminowani z udziału w turnieju ze względu na pozytywne testy. Liczba zachorowań rośnie codziennie i to pomimo zachowania wszelkich środków bezpieczeństwa. Poziom meczów jest jednak bardzo słaby, a cała sytuacja przypomina farsę. Z jednej strony czekamy na debiut Jarosława Niezgody w poniedziałkowym meczu na szczycie z Los Angeles Galaxy, a z drugiej – kto wie, czy w ogóle dojdzie on do skutku? Może jeszcze uda się uratować turniej w Orlando, ale falstart nie podlega dyskusji. Takich problemów nie miała żadna liga europejska. Niestety, ale do przerwy MLS - koronawirus 0:1.
