Oto nieśmiała próba dotknięcia tematu wpływu, jaki piłka nożna może mieć na życie imigrantów, inspirowana wierszem George'a Szirtesa „Preston North End”. Tekst Czytelnika newonce.sport Dawida Kaczmarskiego naprawdę porusza. Warto go przeczytać.
Wystawa miała miejsce w Southbank Centre i dotyczyła powojennych migracji do Zjednoczonego Królestwa. Kuratorzy nazwali ją „Adopting Britain”. „Przyjmując, przybierając Wielką Brytanię”. The Windrush generation, Azjaci wypędzeni z Ugandy Amina, migranci zza Żelaznej Kurtyny, z porewolucyjnych Węgier. Wśród tych ostatnich Szirtes, w 1956 roku ośmioletni, i jego wiersz .
They were thrashed five-one, it’s true, and Finney was crocked by Mackay
Tottenham rozbił Preston North End w meczu, który odbył się 19 września 1959. Niecałe trzy lata po tym, jak zakończyło się poprzednie życie Szirtesa. Pierwszy strach musiał już minąć. Najpewniej zdążył poznać język, chociaż trochę. Jednak mimo to w pierwszych wersach przyznaje nam otwarcie; fakt, że wraz z ojcem potrafią, tak po prostu, stać się częścią tłumu, zaskakuje go. Jakże miłe to zaskoczenie. Nie jedyne tamtego dnia. Po ostatnim gwizdku widownia rozchodzi się formując pomniejsze grupy, które zalewają okoliczne uliczki. Dwaj panowie Szirtes są w jednej z nich. Prowadzeni jasnym światłem latarń zmierzają wraz z innymi do miasta.
I’m being bedded in – to what kind of soil remains a mystery
Oglądam na telefonie kilkusekundowy filmik. Chłopiec w niebieskiej koszulce zdaje się mówić coś do kamery. Potem widzę, jak biegnie z piłką przy prawej nodze i, iście cruyffowym zwodem, gubi obrońcę. Pod filmikiem wiadomość od Omrana – „nieźle, jak na pięciolatka, co?”.
Omran Haydary ubiegłego lata został zawodnikiem Olimpii Grudziądz. W pierwszym meczu ligowym strzelił trzy bramki. Przez resztę rundy uzbierał ich w sumie dwanaście, co u progu wiosennej serii gier przełożyło się na transfer do Lechii Gdańsk. Regularnie powoływany jest do reprezentacji Afganistanu. Na początku pytam o miejsce urodzenia – w niektórych źródłach znajduję holenderskie Heerlen. Kręci głową. Nie, urodził się tam, w Mazar-i Szarif, w północnej części kraju, około 100 kilometrów od granicy z Uzbekistanem. W erze informacji łatwo o błędną informację, jednak w tym wypadku internetowe zamieszanie z miejscem urodzenia jest w pewnym stopniu znaczące.
Do Holandii przeniósł się w wieku dwóch lat. Wcześniej, gdy miał siedem miesięcy, rejon wokół Mazar-i Szarif został zajęty przez Talibów. Najpierw on, mama i trzech starszych braci. Gdy wyruszali, w Bamianie wciąż stały posągi Buddy. Tato, kardiolog, musiał jeszcze poczekać. Każda wojna potrzebuje specjalistów. Gdy w końcu udało mu się wyjechać, posągów Buddy już nie było.
Omranowi było łatwiej, od razu trafił do holenderskiego żłobka. Najstarszy brat miał już jednak 12 lat. Opuścił kraj wykrwawiony dwoma dekadami walk. Innego nie znał. Po niderlandzku też nie umiał.
Omran uśmiecha się, gdy pytam go o język polski. „Mam szczęście, że robię to, co robię. Na boisku język jest ten sam. Prawa, lewa. Zostaw, moja. W Polsce tak samo jak gdziekolwiek indziej”. Bracia doszli do podobnego wniosku. W Holandii wszyscy grali. „To u nas po części rodzinne. Tato i wujek, choć nie grali profesjonalnie, zawsze uwielbiali piłkę”. W Afganistanie reżim, mimo iż formalnie nie zakazał futbolu, robił dużo, by po prostu nie chciało się w niego grać. Reprezentacja przestała funkcjonować jeszcze wcześniej, w czasie wojny sowieckiej.
„Jesteś dobry na boisku – lubią cię w klasie. Ja od drugiego roku życia byłem już stąd. To bracia musieli się wkomponować”. Omran twierdzi, że to nie on był największym talentem w rodzinie. Wyróżniał się inny z braci. Przyjeżdżali nawet skauci z Anglii, z Aston Villi. Niestety, kontuzja. Dziś profesjonalnie kopie tylko Omran.
***
Kupuję bilet przed wejściem na Manak Stadium w Gravesend, godzinę drogi pociągiem z Londynu. Chłopak w kasie pyta skąd jestem. Odpowiadam, dalej rozmawiamy już po polsku. Mówi, że Jindi powinien się kręcić koło ławki gospodarzy. Nie do końca jest to prawdą. Jindi Banwait zdaje się być wszędzie, chyba że jest tam już Jugjit „Chipie” Sian. Formalnie sekretarz i prezes, w rzeczywistości dwie osoby, bez których ten klub by nie istniał. W przerwie są w szatniach. Po spotkaniu też tam schodzą. Podbiegam, wyłapuję Jindiego. „O, to ty”. Wita mnie szerokim uśmiechem. „Daj mi chwilę, zaraz będziemy w budynku klubowym”.
Płytę boiska spowija już mrok, a obie drużyny chronią się przed coraz bardziej rzęsistym deszczem w klubowej kafeterii. Jindi i Chipie wciąż składają sprzęt, zagadują zawodników, sami są zagadywani. Pilnują też, żeby każdy otrzymał swoją porcję pomeczowych frytek i kiełbasek. Cudem udaje się ich w końcu usadzić przy jednym stoliku. Nastroje dopisują, Punjab United pokonał K Sports 3:0, odnosząc tym samym pierwsze zwycięstwo w sezonie.
Zaczęło się niewinnie. Liga niedzielna to seria rozgrywek, które na koniec każdego tygodnia wyciągają z angielskich, walijskich, szkockich i irlandzkich domów tysiące amatorów futbolu. Zwana jest też czasem, nie bez przyczyny, ligą pubową. Jest dziewiąta rano. Murawa przypomina grzęzawisko, zapadasz się po kostki. Zimny wiatr niesie kropelki deszczu – nie sposób zapomnieć, że jest się na Wyspach. Głowa szumi. Wczoraj miało być jedno szybkie piwo. Jak zawsze. Gdy Chipie i Jindi zakładali zespół w 2003 mieli na celu właśnie takie niedzielne granie.
„Coraz częściej słyszeliśmy w sobotnie wieczory: „O, ja was znam, gracie dla Punjab!”. Nieco ponad dekadę później zdecydowali się na kolejny krok. W Anglii nazywa się to czasem przejściem z niedzieli na sobotę – włączenie w oficjalny krajowy system rozgrywek, zazwyczaj kilkanaście ligowych szczebelków pod milionerami z Premier League. Dziś klub ma za sobą dwa awanse i rywalizuje na poziomie dziewiątej ligi. W przypadku Punjab United sukces na boisku to jednak tylko jeden element klubowej misji.
„Football is all about respect”. Chipie zaczyna z wysokiego „C”. Takiej maksymy nie powstydziliby się spece od public relations w piłkarskich centralach w Zurychu i Nyon. Kątem oka patrzę na salę. Kiełbaski się już skończyły. Jest gwarno, w przeszklone drzwi uderza deszcz. Dobrze, że nie jesteśmy w centralach w Zurychu czy w Nyonie.
Na Twitterze wciąż określają się jako „najbardziej utytułowany azjatycki klub piłkarski hrabstwa Kent”. W programach meczowych niezmiennie: „Pride. Passion. Punjab”. Dziś to jednak bardziej ukłon w stronę historii. Punjab United tworzą ludzie z różnych środowisk, wśród zawodników przedstawiciele diaspory z subkontynentu już od dawna stanowią zdecydowaną mniejszość. „Jesteśmy otwarci na wszystkich”. Mówią nieco przez siebie, ale nie przekrzykują się. Ma się raczej wrażenie, że jeden kończy zdanie drugiego. Dobrze się ich słucha. Treści jakże inne od tych słyszanych ostatnio w wiadomościach i podcastach informacyjnych. Dziś, na przykład, na kontynencie politycy deliberują o wychodzeniu. Ale kontynent wydaje się daleko stąd. Do białych klifów w Dover jest godzina jazdy. Do Calais jeszcze 50 kilometrów. „Chcemy budować mosty”. Londyńska Central Line ma 74 kilometry.
And my dad with me. How surprisingly well we blend with these others.
Naszą rozmowę przerywa na chwilę trener K Sports. Na zewnątrz dalej wieje, ale przynajmniej już nie pada. Będą uciekać. Nie wyjdzie jednak jeszcze przez kwadrans – lista tematów jest długa. Jak sezon dotychczas? Są kontuzje? Jak boisko w Aylesford? Kiedy tam gramy? Początek stycznia? To do zobaczenia. Bezpiecznej drogi. I good luck. Możemy kontynuować.
Jindi. „Dziś jest sobota. W indyjskich domach to ciągle dzień dla rodziny”. Mecz obserwowało około stu osób. Miasto w skali mikro. „Następnym razem przyjedź w tygodniu to zobaczysz na trybunie dużo więcej ludzi z Indii”. Futbol jako obcy element? „Wszystko wymaga czasu. Teraz – na pewno nie. Ale wiesz, pamiętam, kiedy sam grałem za dzieciaka. Moi rodzice nigdy nie przychodzili mnie oglądać”. Klub prowadzi kilka grup dziecięcych. Podobnie jak w przypadku seniorów pełen przekrój, choć z mocną reprezentacją najmłodszego pokolenia diaspory. „Teraz jest ich pełno. Przywożą dzieci na treningi, na mecze, zostają popatrzeć. Zresztą, nie tylko rodzice. Dziadkowie też. Ci sami, którzy dwadzieścia lat temu nie przychodzili z nami”. Chipie kiwa głową. „Tak, na wszystko trzeba czasu”.
***
Ojciec Omrana dołączył w końcu do rodziny. „Pamiętam, jak oglądał moje mecze w trampkarzach. Był bardzo dumny”. Przed rozmową wpadł mi w ręce wywiad z prezesem Olimpii . W 1981 roku pan Haydary, obywatel Demokratycznej Republiki Afganistanu, przyjechał do Polski na studia. Na Okęciu urzędnik spojrzał w papiery i wysłał przybysza z powrotem. W Afganistanie byli już wtedy Sowieci, w Polsce za chwilę miał skończyć się karnawał solidarności. Może to jednak bez znaczenia. Powody mogły być dużo bardziej prozaiczne. Pytam Omrana o tę historię. Słyszał, ale nie zna szczegółów. Urodził się siedemnaście lat później. Po kolejnych dwóch dekadach tacie udało się w końcu postawić nogę w Polsce. Latem 2019 przyjechał z synem do Grudziądza na podpisanie kontraktu. „Rodzina śledzi wyniki Olimpii w Internecie. Niedawno byli większą grupą w Polsce, zobaczyli na żywo”. Tata, brat no i oczywiście mama.
„Graliśmy z dziećmi z naszego podwórka, nosiliśmy te same koszulki i getry. Ona przychodziła nas oglądać”. Omran zaczyna się śmiać. Nagrywali te jego początki na DVD. Mama do dzisiaj je trzyma. „Ostatnio wysłała mi film sprzed piętnastu lat. Mam go gdzieś na telefonie. Jak znajdę, to ci prześlę.”
But something got through about Finney the plumber, Lancashire, the Crown, and those new days a-coming.
7 czerwca 2019, na stadionie w Duszanbe Tadżykistan podejmuje w towarzyskim spotkaniu reprezentację Afganistanu. Spotkanie obserwuje 13,500 widzów. Długo muszą czekać na bramki. W 72 minucie Faysal Shayesteh, grający w klubie z Bangkoku, wrzuca piłkę z lewego skrzydła. Nieco za wysoko, ale w polu karnym dochodzi do niej Jabar Sharza, który za kilka tygodni dołączy do Helsinki IFK, i zgrywa ją na dalszy słupek. Omran w tym momencie ląduje na plecach po starciu z tadżyckim obrońcą, lecz gdy piłka odbija się od obramowania, dopada do niej pierwszy i piętą dobija do bramki. Instynkt napastnika.
Wspominam słowa Chipiego. Piłka to szacunek. Omran przytakuje. „Ale też radość. Chcemy dawać ludziom radość”. Sharza uczył się grać w duńskim Lyngby. Shayesteh, zanim trafił do Tajlandii przeszedł przez szkółkę Twente. Kiedy mama Omrana filmowała pierwsze mecze syna, on był już powoływany do holenderskiej młodzieżówki. Do Holandii jako dziecko wyjechał też Anoush Dastgir – trzydziestoletni selekcjoner Afganistanu. Trenerki uczył się od najlepszych, poznał Johanna Cruyffa . W kraju pierwsza profesjonalna liga powstała w 2012 roku. I choć reprezentacja nadal w znacznej mierze polega na graczach występujących zagranicą, to już trzech powołanych ostatnio zawodników występuje w lokalnym potentacie – Toofan Harirod. Rodzi się także piłka kobieca, choć w bólach . Najbliższe cele? „Chcemy awansować do Pucharu Azji”.
***
„Jako dzieci oglądaliśmy Puchar Anglii, teraz w nim zagramy”, mówi Chipie. Nie mnie, reporterowi BBC, który odwiedził Punjab United przed ich debiutem w najstarszych rozgrywkach na świecie . Nie pierwszy raz. Wcześniej nakręcili tu odcinek „Our Lives”, programu dokumentującego różnorodność współczesnej Wielkiej Brytanii. „Fajna sprawa”. Jindi znów ma powód do uśmiechu. „Ale nie odpływamy. To trudna liga. Chcemy robić swoje i powoli się rozwijać”.
***
Kiedy szło dobrze, czytałem o sobie w gazetach „Romelu Lukaku, belgijski napastnik”. Kiedy było gorzej, te same gazet pisały „Romelu Lukaku, belgijski napastnik pochodzenia kongijskiego” (wypowiedź dla „The Players’ Tribune”).
***
„Nie, nigdy nie miałem problemów. Zresztą, w Heerlen, nikogo nie dziwi widok człowieka z Afganistanu”. Pytam o Polskę. „Też nie. Ludzie pomocni. Kibice – świetni. Z resztą, czemu miałoby być inaczej, przecież strzelam”.
***
„To się zdarza cały czas. Od seniorów po młodzików. Nawet na meczach dziesięciolatków”. Co można zrobić? „Być ponad to. Niektórzy mówią, żeby schodzić z boiska. Tylko czyje jest wtedy na wierzchu? Ja nigdy nie zszedłem”.
„Wiesz co ostatnio jeden z naszych chłopaków usłyszał na meczu?”. Jindi ścisza głos. Szepcze. Usłyszałem. I nie chcę podawać dalej.
***
Wczesnym latem 2018 Anglia otrzymała, nie do końca spodziewanie, kilka tygodni karnawału, w czasie których futbol (prawie) wrócił tam, skąd wyszedł na świat. Hektolitry piwa wypito lub wyrzucono w powietrze w plastikowych kubkach, celebrując drogę drużyny Garetha Southgate’a do ostatniej czwórki. Niemal połowa zawodników ze składu, którego marsz zatrzymała dopiero Chorwacja w półfinale, pochodzi z rodzin imigranckich. Raheem Sterling, urodzony w Kingston, jako dziecko opuścił Jamajkę . Można by, idąc za „Guardianem”, zestawić to z faktem, że ogółem w społeczeństwie angielskim migranci stanowią nieco ponad 9%. Można byłoby przywołać jedną z licznych historii pokazującą, że dla migrantów pierwszego i drugiego pokolenia sport to często jedyna forma samorealizacji. Czy chwytają się jej silniej, niż „tutejsi”? Możliwe, że tak właśnie jest. Jednak marznąc w jesienne popołudnie na trybunie Manak Stadium, myśli się raczej lokalnie. Patrzy się na lokalny tłumek i wraz z nim fetuje się zagrania Oli Akinwandy, Diljita Boory i Ryana Jarretta. Czy to nieuleczalny futbolowy romantyzm każe myśleć, że to też karnawał, tylko w innej skali? Czy słowa, których nie chce się powtarzać, to produkty chwili, czy demony, które tkwią w nas wszystkich? Czy pani Haydary filmująca Omrana czuła się jak Szirtes na meczu Preston North End?
Możliwe, że futbol nie daje żadnych odpowiedzi. Na szczęście pozwala zadawać pytania. Więc pytamy, oczekując na kolejny mecz reprezentacji dalekiego kraju. Pytamy, śledząc facebookowy profil swojego ulubionego klubu z hrabstwa Kent, który między świętowaniem narodzin Guru Nanak Gurpuraba i Jezusa wygrał trzy spotkania, przegrywając dwa. Pytamy, czytając o Afro Napoli United i sztokholmskim Assyriska Fotbollsföreningen. I raz po raz pytamy, wtapiając się w stadionowy tłum wraz z węgierskim chłopcem i jego tatą.
Znaliśmy króla Priama, żyliśmy w Troi.
