Sytuacja, w jakiej aktualnie się znaleźliśmy do złudzenia przypomina długie zgrupowanie drużyny piłkarskiej. Na początku jest super. Coś jak na męskim wypadzie. Trochę sportu, wieczorem może piwko. Po dwóch tygodniach przychodzą jednak pierwsze kryzysy. Powtarzalność dni, znużenie, te same twarze – to wszystko sprawia, że wkrada się dyskomfort. Teraz takiemu testowi poddani są wszyscy. Z tym wyjątkiem, że powrotu do domu nie będzie, bo akcja dzieje się właśnie w jego wnętrzu.
Zastanawialiście się kiedyś, na ile naprawdę znacie swoich bliskich. – No, mega dobrze! – odpowiecie odruchowo, ale powtórzę pytanie: czy kiedyś serio o tym myśleliście? Nie chodzi mi o rozmiar buta czy biustonosza, ulubiony film, czy miejscowość, w której ona lub on byli na pierwszych wakacjach, ani imiona ciotek i wujków – choć o to trochę też – ale taki ludzki feeling tej drugiej osoby, takie całkowite przesiąknięcie nią, przebywanie z nią, 24 na dobę, nie w trakcie wakacji, kiedy jest fajnie, bo jest plaża i wino, i inne przyjemne rzeczy. Myśleliście?
Jestem ciekaw ile osób wyjdzie zwycięsko z próby ognia, długiego zgrupowania tylko dla wytrwałych, zarówno pod względem fizycznym, w defensywie i ofensywie, w kreowaniu gry na małej przestrzeni. Kto i jak szybko zorientuje się, że wcześniej na co dzień nie był z kimś, lecz mijał się z nim w przelocie. Rano w łazience, chwila przy stole, kęs śniadania, łyk kawy, a po wielkiej, całodziennej gonitwie, wieczorem przysypialiście wspólnie przed ulubionym serialem. Widzicie siebie? Nie trzeba się od razu potępiać. Wszyscy weszliśmy w pewien schemat.
Pomijam fakt, iż już sama monogamia stała się dla ludzi nudna. Po co, skoro pojawiły się aplikacje ułatwiające procedury? Śmiem przypuszczać, że w najbliższym czasie nie będą one święcić triumfów, chyba że wśród ludzi lubiących robić takie rzeczy, jak na przykład lizanie poręczy w przejściu podziemnym albo deski klozetowej (przepraszam, mignęły mi gdzieś takie fotki). I to bycie passe monogamii chyba się nieco zmieni, odwróci, monogamia i wzajemne zaufanie staną się może nawet modą, ale jedną z tych mądrych, coś jak weganizm, czy wegetarianizm, bo przecież bywają też mody głupie, jak wspomniane lizanie poręczy.
Chodzenie do pracy to wygodna forma ucieczki od każdego problemu domowego i niech nikt mi nie wmawia, że jest inaczej. Kiedy nie ma cię w jakimś miejscu, to po prostu nie ma też problemów, które tego miejsca dotyczą. Wciśnięcie tej samej pracy w tryb domowy, gdzie – jak się nagle okazuje – jest tak dużo prozaicznych, lecz czasochłonnych obowiązków, nie jest już takie łatwe. Może się także okazać, że nagle nie da się czegoś zrobić do pracy, bo należy najpierw wykonać czynności domowe.
Jako dziennikarz byłem na wielu zgrupowaniach, całkowicie różnych. Klubowych – wszak jeździłem za Legią jako reporter „Przeglądu Sportowego” niemal wszędzie. Reprezentacji, choćby na dłużących się zgrupowaniach przed mundialem w Niemczech, EURO 2008, 2012, 2016. Miały one jeden wspólny mianownik. Z obozu piłkarzy dochodziły z każdym dniem głosy, że ktoś się pokłócił. Dziennikarze nie byli w tyle, też często skakali sobie do oczu. Człowiek zaczynał patrzeć wilkiem na kogoś, kogo wcześniej bardzo lubił. Z każdym dniem wkurzało cię coraz więcej rzeczy. Piłkarze mieli już dość mediów (apogeum konflikt osiągnął chyba podczas MŚ w 2002 roku, gdzie zrobiło się naprawdę niesmacznie). W tym zamkniętym obiegu brakowało tlenu.
To ciekawe szczególnie w przypadku kadry. Weźmy takie EURO 2016. Piłkarze są ze sobą ponad 40 dni, to naprawdę szaleństwo, wiem, bo sam byłem wtedy poza domem około sześciu tygodni, aż do finału w Paryżu. Oni, z jednej strony, uradowani kolejnymi sukcesami i awansem do ćwierćfinału. Z drugiej – już sobą zmęczeni, tęskniący, co normalne, za domem. Piszę tutaj nie o obrazie, jaki widzi każdy w telewizji. O tym, że zawodnik marzy, by dotrzeć do finału i go wygrać. To w sumie oczywiste. Ale z tyłu głowy ma tę myśl, że jutro znów śniadanie z tymi samymi gośćmi. Piękny hotel nad oceanem, który po wielu dniach zaczyna być złotą klatką. Pobudka, posiłek, trening, drzemka, obiad, trening, drzemka, kolacja, spać. Monotonia.
Pamiętam, że podczas zgrupowań Legii, na których byłem, piłkarze, z którymi miałem wtedy naprawdę dobre relacje, mówili mi o potwornym zmęczeniu psychicznym. Żalili się, że fiksują. Siedzisz w jakimś hotelu w Alpach, piękne widoki, góry, jezioro, a ty po prostu masz dość. I wiecie, co? Rozumiałem ich. Sam chciałem już wracać do domu. Do kumpli, do dziewczyny, na Nowy Świat.
Zdarzyło się, bodaj w 2005 roku, że spędziłem dwa tygodnie w Cetniewie, to była końcówka stycznia. Siarczysty mróz, śnieg, okropny wiatr. Obserwowanie treningów Legii w takich warunkach zazwyczaj kończyło się przeziębieniem. W przeciwieństwie do piłkarzy, ty się nie ruszasz. Masz też odporność na nieco innym poziomie. Potem pisanie, ciągle to samo. Prosto stamtąd poleciałem do Turcji, by przez dwa tygodnie jeździć pomiędzy turystycznymi miejscowościami, w lutym przypominającymi opustoszałe wsie, oglądać sparingi na pastwiskach, pijanych sędziów, bójki piłkarzy i kiczowate hotele. Wtedy patrzyłem na to, jak na wielki świat, wierzyłem głęboko, że robię coś super hiper ekstra i w ogóle jest to najważniejsza rzecz na planecie. Wróciłem do Polski, wyrzucony z tego kołowrotka, w którym pisywałem czasem po cztery teksty dziennie. Wywiady, reportaże, relacje ze sparingów. Bogu dzięki nie było jeszcze mediów społecznościowych i prężnie działającej strony internetowej, bo i tak czułem, że jestem podłączony 24 na dobę do jakiejś maszyny.
Albo w Austrii w 2008 roku. Mieszkaliśmy w jakimś domu w górach, codziennie to samo śniadanie, te same twarze, ten sam grill wieczorem, te same anegdoty. Tamto EURO było jakieś przygnębiające – stadion w Klagenfurcie w polu kukurydzy. Pamiętam, że kiedy wsiedliśmy do samochodu w drogę powrotną do Polski, jeden z kumpli powiedział: – Ale zajebiście, że nie wyszliśmy z grupy. Chcieliśmy go potępić. Że jak to?! Że co? Ale każdy tylko przytaknął. Z każdym kilometrem czuliśmy, że odzyskujemy wreszcie dobry humor.
Teraz takie zgrupowania czekają na wszystkich. Ale są znacznie gorsze, bo podszyte strachem przed jutrem. Jak ktoś powiedział, są dziś tylko trzy dni w tygodniu – wczoraj, jutro i dzisiaj. Żyjemy z dnia na dzień. Niczego nie planujemy. Wakacji, świąt, wizyt u znajomych. Ja nawet nie wiem, czy czekamy na dobre wieści, raczej na jak najmniej złych.
Myślę, że najgorsze dopiero przed nami. Paraliżuje nas świadomość tego, że sytuacja, w której się znaleźliśmy, dotyczy wszystkich. Nie ma tak, że ktoś sobie może wyjechać do innego miejsca i przeczekać. Nikt nie wie co się wydarzy, nie pamiętam, bym dostał kiedykolwiek w życiu tak dużo sprzecznych komunikatów, wykresów, z dziedziny zdrowia, ekonomii, polityki. A im więcej oglądasz, tym mniej wiesz. Za dużo zobaczysz? Będziesz się bał. Nie oglądasz niczego? Moim zdaniem to nieodpowiedzialne. Wszyscy tkwią w potrzasku.
Dużo ludzi w różnych krajach nie przestrzega akcji „zostań w domu”, bo wierzą, że ich to nie dotyczy, że ich to nie dotknie. To coś jak z wojną na Bałkanach. Toczyła się blisko nas, ale jednak daleko. W pewien sposób nie dotyczyła naszego życia. Myślę, że w przypadku koronawirusa jest tak, że dopóki choroba czy śmierć nie dotkną nikogo z naszego otoczenia – rodziny, przyjaciół – będzie on trochę potworem z filmu, newsowym monstrum. To może brzmi brutalnie, ale tak jesteśmy skonstruowani.
Długie zgrupowanie w wyniku lockdownu, kwarantanny, czy po prostu wynikające z naszej ostrożności i inteligencji, instynktu samozachowawczego, to nie tylko poznawanie żon, mężów i własnych dzieci. Nie tylko nauka cierpliwości dla każdego z nas. Nabywanie umiejętności prowadzenia dialogów. Small talk. Radość z najprostszych czynności. Tęsknota za wolnością. To także bycie ze sobą samym. Oby się nie okazało, że ten element jest najtrudniejszy.
