Widziałem w życiu takich, którzy wchodzili na szczyt i pozostawali – na miarę okoliczności – sobą. Widziałem też głupców, lecących jak ćmy do światła, bogów ułamka sekundy, królów życia, zanim cokolwiek zdążyli osiągnąć. Sukces dużo waży i nie wszystkie barki mogą go udźwignąć. Iga Świątek wygląda na kogoś, kto sobie z tym poradzi.
Dzisiejszy felieton powinien zmienić w zasadzie nagłówek na „Tenisowa Gorączka”, bo to co dzieje się od weekendu nad Wisłą, może delikatnie przerażać. Wiemy już, co triumfatorka French Open lubi jeść, pić, jaką kocha muzykę, czy w jej życiu jest miejsce na miłość, wiemy może nawet więcej, niż byśmy chcieli.
W niedzielne popołudnie, tuż po wygranej Polki na kortach im. Rolanda Garrosa, dostałem dwa powiadomienia, w odstępie jakichś 15 minut. Oba pochodziły z aplikacji New York Timesa, który „pushem” informował świat o triumfie nastoletniej Polki. Zaczęło się, pomyślałem, bo to przecież naprawdę gruby, globalny news.
No i istotnie się zaczęło. Wielki przyrost obserwujących na Instagramie, Facebooku, gratulacje od gwiazd światowego sportu na Twitterze, w zasadzie gratulacje od każdego, kto się na tenisie zna i kto się nie zna, kto tenis ogląda regularnie i nie ogląda wcale. To „red alert”, gdy do gry wchodzą prezydent, premier, ale też całe tabuny rodaków, dumnych z sukcesu. Sukces Igi Świątek jest czymś tak wielkim, tak trudnym do ogarnięcia, że najlepszym dowodem na to jest fakt, iż ona sama do końca go nie rozumie.
Nie chce mi się wierzyć, by ta przesympatyczna, rezolutna dziewczyna i znakomita sportsmenka okazała się za dwa, trzy lata przebrzmiała melodią. To jedna z tych nowoczesnych karier – konsekwentne postawienie na sukces, odpalona nawigacja, ciężka praca w bańce, odrzucenie wszystkiego wokół: randek, dyskotek, domówek. Słyszę głos Jana Bednarka, który w audycji „Futbol i Cała Reszta” opowiadał, że wcale nie sprawiało mu aż tak wielkiego problemu, jak mogłoby się komuś wydawać.
Zastanawiam się, co robiłem jako 19-latek. Nadchodziła matura, a myśmy sobie jakoś radzili – winko po szkole, papieros za szkołą, dyskoteki w weekendy, porzucenie nigdy nie rozpoczętej kariery piłkarskiej. Wszystkie blaski i cienie dorastania. Buzujące hormony, listy miłosne, imprezy domowe ze zbyt dużą ilością alkoholu. Nikt z nas nie miał nawet zamiaru dokonywać w życiu wielkich rzeczy, bo i nikt nam nie powiedział, że można.
Ukłucie zazdrości może towarzyszyć każdemu, kto patrzy na obecne pokolenie nastolatków, mające gigantyczne możliwości, a przy wsparciu rodziców mogące wcielić w życie każdy plan, o jakim sobie zamarzy. Jak Iga Świątek. Z zaciekawieniem przeczytałem słowa jej mamy – że to w zasadzie formalność, to normalne, bo jak pracujesz, jak odrzucasz świat zewnętrzny i poświęcasz wszystko w imię jednego celu, to potem odcinasz kupony. Nawet kiedy masz tylko 19 lat. Proste, prawda? Ale niestety tylko, kiedy się o tym czyta.
Od kilkunastu lat obracałem się w środowisku piłkarskim i uwierzcie mi, że nie chcecie nawet wiedzieć, jak zachowywałoby się 99 procent poznanych przeze mnie piłkarzy po odniesieniu sukcesu takiego jak Iga. Choć i to się na szczęście zmienia. Jest coraz więcej świadomych chłopaków, nie tylko w kwestii prowadzenia się, przedłużania sobie kariery, ale również umiejętnego doboru ludzi, którymi się otaczają. Choć świat pędzi do przodu, oni potrafią budować relacje interpersonalne. Znają języki, czytają książki i niekoniecznie mają stu speców od wizerunku. Starają się być sobą, choć znam „sodziarzy” także z ostatnich lat, którzy gotowi na sukces absolutnie nie byli. I czasem są to naprawdę przykre historie, ich przytaczanie nikomu tutaj nie posłuży, zresztą dowolny „sodziarz” i tak nic z tego nie zrozumie.
Sportowiec jest samotny po porażce, ale i po sukcesie ma wokół siebie coraz mniejsze grono ludzi. No bo przecież nie zacznie nagle szukać nowych znajomych, nie wie, czy oni się pojawiają ze względu na korzyści (głównie), czy z sympatii (rzadko). Taka selekcja sama w sobie jest męcząca, lepiej więc skupić się na treningach i trzymać planu, który przyniósł efekty.
Ktoś, kto odnosi sukces tak wielki jak Świątek, zaczyna ocierać się o trudne granice, bo przecież ludzie uważają go trochę za swoją „własność”. Przerabiał to w Polsce i Adam Małysz, i potem Robert Kubica, i wreszcie Robert Lewandowski. Kraj oszalał na punkcie Marka Citki, bo strzelił gola w przegranym meczu z Anglią. Ludzie śledzą każdy twój gest, analizują każde słowo, wygrywaj, „rób im dzień”, a będziesz błogosławiony, ale spróbuj tylko zacząć się potykać, a ci „folołersi” twojego życia natychmiast dadzą znać, co o tobie myślą. Wyjątek stanowi chyba Andrzej Gołota, który zazwyczaj dostawał oklep, a i tak wszyscy, jakby na przekór logice, go kochali.
Kibice to oczywiście tylko jedna strona medalu. Pojawiają się również całe chmary innych grup – doradców, którzy chcą pomnożyć kapitał, ekspertów, którzy żyją dzięki funkcjonowaniu takiej wybitnej jednostki, psychofani, ludzie, którzy wymagają przekazania środków na każdą możliwą zbiórkę. Może się mylę, ale tę świetną dziewczynę sukces w Paryżu tak samo cieszy, jak niepokoi.
Nie można jednak tej radości mącić, to nie ma sensu. Trzeba po prostu wywiesić na klamce od drzwi do swojego świata karteczkę z napisem „nie przeszkadzać” i robić swoje. Pozostać w otoczeniu tego wąskiego grona osób, które weszły na ścieżkę, gdy nie było tam pucharu, blichtru i gratulacji. I nie bać się tego, po takim sukcesie można i wcale nie oznacza to, że ktoś nie pozostał sobą. Mama polskiej tenisistki powiedziała w „Super Expressie” jeszcze jedną fajną rzecz: „Największa satysfakcja jest taka, że córka robi to, co daje jej frajdę. Sprawą wtórną jest to, że daje także radość innym”. Nie sądzę, by ktokolwiek był w stanie lepiej to ująć.
To zresztą główny powód, dla którego ludzie żyją sukcesami innych: sami odnoszą ich niewiele. Brutalna prawda jest taka, że czyjś sukces może zupełnie obcego człowieka dowartościować tak samo, jak porażka „ułatwić” mu znoszenie trudów świata. Dlatego ludzie kochają czytać bulwarówki, tam gwiazdy spadają jak w deszczu meteorytów, każdego dnia, ktoś się potyka, zbliżając tym samym do przeciętnego obywatela. Zdecydowanie wolę jednak ten euforyczny stan, w którym wszyscy bywamy skoczkami, tenisistami i kierowcami bolidu.
