Przyszedł znikąd i podbił serca kibiców NBA. Dziesięć lat „Linsanity”

Zobacz również:Bezdomny dzieciak znalazł swoje miejsce w NBA. Jak Jimmy Butler stał się liderem
Jeremy Lin
Fot. Chris Trotman/Getty Images

Nie miał ofert ze sportowych uczelni. Nie wybrano go w drafcie. Nie przebił się na stałe do NBA… do czasu. Trafił do Nowego Jorku i momentalnie zaczął grać jak doświadczony zawodnik. Jeremy Lin dziesięć lat temu przejął nagłówki sportowych mediów. Do dziś karierę amerykańskiego koszykarza tajwańskiego pochodzenia naznacza okres „Linsanity”.

Jeremy Lin to obecnie zawodnik Beijing Ducks. W klubie ze stolicy Chin rozgrywa drugi sezon. W porównaniu z pierwszym, jego liczby mocno spadły. Cały czas cieszy się jednak ogromną popularnością. To postać, której renoma i zainteresowanie nieraz wyprzedzały poziom sportowy, choć to umiejętności na parkiecie stanowiły sekret zaistnienia w NBA. Smukły zawodnik musiał przejść wiele, aby dostać szansę gry. Gdy w końcu to się udało, pokazał sporej grupie osób, że się mylili.

ZA SŁABY NA ELITĘ

W latach 2006-2010 amerykańscy zawodnicy azjatyckiego pochodzenia stanowili zaledwie pół procenta wszystkich koszykarzy grających w Dywizji I NCAA. Od czasu debiutu Wata Misaki w 1947 roku, NBA nie widziała zbyt wielu graczy z podobnymi korzeniami. Do tej pory tylko jednemu zawodnikowi z azjatyckimi korzeniami udało się zdobyć mistrzostwo najlepszej ligi świata. To Lin i sukces z Toronto Raptors sprzed niemal trzech lat. Zanim do tego doszło, sam przyznał, że jego pochodzenie przyczyniło się do tego, że o wiele trudniej było mu odnieść sukces.

U Lina korzenie azjatyckie są dosyć bliskie. Rodzice kilkanaście lat przed jego narodzinami wyemigrowali z Tajwanu do Stanów. Po latach wśród włodarzy tajwańskiej koszykówki narodzi się pomysł, by przekonać zawodnika do reprezentowania kraju. Kontuzje w paru momentach stanęły na drodze, by przywdziać koszulkę kadry, lecz dwa lata temu sportowiec otrzymał drugie obywatelstwo.

Wpływ rodziców na rozwój koszykarski Lina był wielki, bo oprócz nauki samej dyscypliny, mocno zaangażowali się w powstanie i rozwój juniorskiego zespołu w Palo Alto. Szybko zaczął przewodzić drużynie, która ogólnie nie należała do elitarnych. Wraz z wyjściem poza rodzinne strony, przykuwał uwagę wielu osób.

Już wtedy stawał się obiektem rasistowskich komentarzy. Pomimo tytułu Northern California Division II Player of the Year, żadna z uczelnianych ekip grająca w elicie NCAA (Pac-10) nie widziała go u siebie. W przeciwieństwie do znanych talentów, musiał sam wysyłać filmy z nagraniami do uczelni. Wybierał te z tzw. Ivy League, uchodzące za bardzo prestiżowe, ale w kontekście naukowym, nie sportowym.

Przyjął propozycję z Harvardu, choć jak się okazało, nie każdy w znakomitej uczelni witał go z otwartymi ramionami. Bill Holden, asystent trenera miał nazwać Lina „zawodnikiem Dywizji III” w rozmowie z licealnym trenerem koszykarza. Lin zmienił jego zdanie, ale dopiero po czasie. W pierwszym sezonie nazywano go najsłabszym fizycznie koszykarzem w składzie. Później wyrobił się na tyle, że jako jedyny przedstawiciel uczelni Ivy League meldował się w wąskim gronie kandydatów do indywidualnych nagród NCAA Division I. Opuszczał uczelnie po czterech latach, zostając przy okazji jedynym koszykarzem w historii Harvard Crimson, który zdobył przynajmniej 1450 punktów, 450 zbiórek i 400 asyst.

GWIAZDA BEZ GRY

– Nie wiem, czy dyskryminowano go, ponieważ był na Harvardzie, czy dlatego, że jest Azjatą – mówił w 2013 roku ówczesny komisarz NBA David Stern. Zmarły przed dwoma laty były włodarz ligi nawiązywał do pominięcia Lina w drafcie 2010. Skauci opisywali go jako koszykarza z „wadliwym rzutem z wyskoku i szczupłą sylwetką, który może nie mieć siły i atletyki, by obronić się, stworzyć sobie sytuację czy skończyć ją na obręczy w NBA”. Nikt nie odważył się na niego postawić, choć później nie brakowało głosów, że gdyby do ceremonii przystępował jako zawodnik bardziej renomowanej sportowo uczelni, to sytuacja wyglądałaby inaczej. Jedyną pomocną dłoń podał Donnie Nelson i Mavericks zapraszając na Ligę Letnią. Spisał się solidnie (blisko dziesięć punktów na mecz), więc otrzymał kilka propozycji dołączenia na obóz przedsezonowy.

Wybrał – można określić – domową opcję. Przystał na dwuletnią, częściowo gwarantowaną ofertę Golden State Warriors. Pomimo faktu, że był niewybranym w drafcie „pierwszoroczniakiem”, wzbudził ogromne zainteresowanie. Po pierwsze, pochodził z Bay Area. Po drugie, NBA nie widziała jeszcze w rozgrywkach Amerykanina z chińskimi lub tajwańskimi korzeniami. Wspomniany wcześniej Misaka z pochodzenia był Japończykiem. Lokalne media mówiły o wielkiej popularności Lina przypominającej pewnego rodzaju kult. Chłopak niebędący gwiazdą na uczelni, otrzymujący niegwarantowany kontrakt został zaprezentowany w salce konferencyjnej wypełnionej dziennikarzami. Wyglądało to nienormalnie. Co więcej, szybko podpisał kontrakt sponsorski z Nike.

Mania na Lina zwiększała się wraz z początkiem sezonu. Warriors doskonale wiedzieli, jakim wabikiem jest koszykarz. Debiut w NBA przypadł na Asian Heritage Night, odpowiednika "Polskiego Meczu" organizowanego wielokrotnie przez Marcina Gortata i jego kluby. Ani wtedy, ani w kolejnych miesiącach nie grał zbyt wiele. Dostawał przeważnie „ogony” kwart, podczas których nie miał zbyt wielu szans do pokazania talentu. Parokrotnie lądował w Reno Bighorns – filii GSW w D-League – by znów znaleźć się w głównym składzie. Co ciekawe, organizacja otrzymała kilka propozycji transferowych za Lina, ale zdaniem Joe Lacoba, właściciela Golden State, rozgrywający był „minimalnym, niedrogim aktywem”.

W przerwie między sezonami Lin wziął do serca słowa krytyki dotyczące fizyczności. Zamknął się w siłowni, pracując nad ciałem. Ponadto kompletnie zmienił technikę oddawania rzutów. To też w przeszłości był element krytyki trenerów. Szansę na sprawdzenie się w drugim sezonie w Warriors zepsuł jednak lockout. Sezon 2011/12 wystartował z dużym opóźnieniem. Pierwszego dnia po powrocie do treningów, zespół z Oakland zwolnił rozgrywającego, bo potrzebował pieniędzy na zakontraktowanie DeAndre Jordana. Nie miał problemu z pozbyciem się gracza, bo umowa uzyskiwała gwarancję dopiero w lutym następnego roku. Ten szybko zakotwiczył w Rockets, ale przygoda w Houston zakończyła się na dwunastu dniach. Link pograł w paru przedsezonowych meczach, po czym ponownie musiał zwolnić miejsce dla innego koszykarza.

NARODZINY FENOMENU

New York Knicks mieli za sobą pierwszy od siedmiu lat sezon, który zakończyli w play-offach. Co prawda na dzień dobry przegrali cztery mecze z Celtics, ale sam fakt wejścia do najlepszej ósemki konferencji oraz to, że zakończyli rundę zasadniczą z pozytywnym bilansem, dawało nadzieję na lepsze jutro. Mieli też w składzie wielką gwiazdę, Carmelo Anthony’ego, który kilka miesięcy wcześniej trafił z Denver Nuggets.

W trakcie kolejnego, dotkniętego lockoutem sezonu ekipie Mike’a D’Antoniego towarzyszyło wiele kontuzji. W grudniu pożegnali się z Chauncey’em Billupsem, by zatrudnić Tysona Chandlera. Chwilę później urazu doznał świeżo wybrany w drafcie Iman Shumpert, przez co Nowy Jork został z dwoma rozgrywającymi – Toneyem Douglasem i Mikiem Bibbym. Zespół próbował łatać dziurę na pozycji „1” Baronem Davisem, ale okazało się, że on już meldując się w „Wielkim Jabłku” miał poważne kłopoty zdrowotne, przez co zadebiutował dopiero po dwóch miesiącach od podpisania umowy.

D’Antoni potrzebował „zapasowego” rozgrywającego i choć mało kto miał okazję zobaczyć Lina po przemianie, to Knicks postanowili włączyć go na niegwarantowanej umowie do szerokiego składu. On sam dobrze wiedział, że jest na samym końcu łańcucha pokarmowego w organizacji. Był tak nieznany, że ochroniarz MSG nie chciał wpuścić go wejściem dla graczy, bo myślał, że jest jednym z trenerów. Amerykanin nie miał jeszcze ani mieszkania, ani pokoju w hotelu. Do wystrzału formy pomieszkiwał u brata i szwagierki.

Przygoda z Knicks to początkowo masa rozczarowań. Z jednej strony zadebiutował w dobrze znanej hali Warriors, z drugiej po chwili wylądował w D-League. Na korzyść działał opóźniający się powrót Davisa oraz… słaba forma zespołu. Według doniesień mediów, D’Antoni dał szansę ponownej gry Linowi w desperacji. „Miał szczęście, bo graliśmy źle” – miał mówić szkoleniowiec. Przed 4 lutego bilans młodego rozgrywającego w Nowym Jorku wynosił zaledwie 55 minut. Klub przegrał jedenaście z ostatnich trzynastu spotkań. Posada trenera wisiała na włosku, więc w myśl powiedzenia „tonący brzytwy się chwyta” znów zaryzykował.

– „To najprawdopodobniej twój ostatni mecz w NBA. Jeśli dostaniesz szansę występu, musisz pokazać prawdziwą koszykówkę Jeremy’ego Lina”. Te słowa mocno utkwiły mi w głowie – wspominał rozmowę z agentem zawodnik w rozmowie z „Bleacher Report”.

Przed meczem z New Jersey Nets Lin nie mógł spać nawet u brata. Do jego mieszkania przyjechali goście, więc gracza NYK, tuż po meczu z Celtics, na malutkiej kanapie przenocował Landry Fields, kolega z zespołu. Zespół z Nowego Jorku czekał mecz dzień po dniu. Jeremy, przekonany o tym, że być może gra po raz ostatni w najlepszej lidze świata, dostał szansę w pierwszej połowie starcia. Zdobył sześć punktów, rzucając 3/5 z gry. W przerwie Anthony zaproponował, by trener dał mu więcej minut w drugiej połowie. Ten przystał na sugestię, a Lin odpłacił się niesamowitą formą. Zakończył wygrane starcie z rezultatem 25 punktów, 5 zbiórek i 7 asyst. Komentatorzy telewizyjni krzyczeli o magicznej nocy dla 22-latka.

– Mój telefon oszalał, dostałem setki wiadomości. Wróciłem do domu brata, żeby położyć się spać u nich. Patrzyli się na mnie zszokowani pytając: „Człowieku, co się wydarzyło!?”. „Sam nie wiem” – odpowiedziałem, bo również niedowierzałem – mówił obrońca.

W następnym spotkaniu Lin wykorzystał absencję „Melo” i Stoudemire’a, występując jako starter. Zdobył 28 punktów i 8 asyst, doprowadzając Nowy Jork do kolejnego triumfu. D’Antoni już bez desperacji postanowił na dłużej umieścić młodego rozgrywającego w podstawowej piątce. Ten odpłacał się kolejnymi fenomenalnymi spotkaniami. Niecały tydzień po przełomowym starciu, Lin przykrył liczbami samego Kobego Bryanta, rzucając przeciwko niemu rekordowe 38 „oczek”. Mania trwała cały czas. Gdy w Walentynki trafił trójkę decydującą o zwycięstwie, Metta World Peace, ówczesny koszykarz Lakers oglądający z zespołem to spotkanie złapał się za głowę, krzycząc „Linsanity, Linsanity!”.

Lin pojawiał się wszędzie. Dostał okładki „Sports Illustrated” (jedna za drugą) czy „Time”, co nie zawodnikom NBA nie zdarzało się zbyt często. Jego furora sprawiła, że kapitalizacja rynkowa właściciela klubu wzrosła w ciągu kilku miesięcy o 600 milionów dolarów. Klub wyczuł okazję do sprzedaży ciuchów i gadżetów. Koszulka Lina przez dwa miesiące sprzedawała się najlepiej w całej lidze, a liczba wejść na stronę sklepiku internetowego Knicks zwiększyła się o trzy tysiące procent. „Linmania” dotarła również do Chin, gdzie w porównaniu z poprzednim sezonem, oglądalność amerykańskich rozgrywek zwiększyła się o blisko czterdzieści procent.

PRZEJŚĆIE DO RZECZYWISTOŚCI

Dzięki serii 22 punktów i 8 asyst w dwunastu meczach Lin otrzymał zaproszenie na Rising Stars Challenge podczas NBA All-Star Weekend. Dalsze eskapady zawodnika powstrzymała kontuzja kolana w drugiej połowie marca. Wówczas już bez niego, jak również bez D’Antoniego (zastąpił go Mike Woodson) zespół znów załapał się do play-offów, by ponownie w pierwszej rundzie zostać szybko wyeliminowanym.

Potem pojawiła się zagwozdka – co zrobić z Linem? Kończył się kontrakt i wiadome było, że wiele ekip widziało go w składzie. Niewiadomą stanowiła długoterminowa przydatność zawodnika. Cały koszykarski świat żył kilkutygodniowym „efektem wow”, choć co ciekawe, w samych Knicks bohater tekstu miał w tym okresie wielu przeciwników, którym nie podobał się trend „Linsanity”.

Nowy Jork chętnie widział Lina dalej w zespole, ale nie za wszelką cenę. Po cichu namawiano go do przeglądania ofert innych klubów, choć wokół społeczności klubu panowało przekonanie, że Knicks wyrównają każdą propozycję. Tak się jednak działo do pewnego pułapu. Gdy Houston Rockets zaoferowali trzyletni kontrakt o wartości 25 milionów, organizacja Jamesa Dolana była bezsilna. Koszykarz podpisał umowę, tym samym przyciągając gniew innych kibiców.

– Zawsze byłem underdogiem zaskakującym wszystkich. Ludzie nie mieli wobec mnie oczekiwań. Raptem prawie stałem się wrogiem publicznym numer jeden dla kibiców Knicks. To, co było najbardziej przygnębiające, to informacje o mnie niemające związku z prawdą. Chciałem nawet, żeby Rockets zaproponowali mniejszą ofertę, by Nowy Jork mógł ją wyrównać. Robiłem wszystko co możliwe poza kulisami, aby zostać w tym mieście – zwierzał się na początku lutego Lin.

Houston początkowo mocno eksploatował wizerunek świeżej gwiazdy, opierając na niej kampanię reklamową promującą nowy sezon. Szybko to zmieniono, gdy z Oklahomy przywędrował James Harden. Trener Kevin McHale patrzył sceptycznie na umiejętności obrońcy, podkreślając, że nie rozegrał jeszcze ani jednego pełnego sezonu. – Opinia publiczna wierzy, że będzie zdobywał średnio 28 punktów i 11 asyst – mówił.

Dwusezonowa przygoda w Teksasie rozpoczęła się w pierwszym składzie, a zakończyła grą z ławki. Szybko rozbłysnął talent Hardena, a jak pokazywały statystyki, jemu i Linowi lepiej się grało bez tego drugiego na parkiecie. Więcej argumentów miał nowy zawodnik 76ers. W drugim roku pobytu do Teksasu zawitał Patrick Beverly, a to w połączeniu z kontuzjami sprawiło, że Lin tylko 33 razy wystąpił jako starter.

Rockets wytransferowali Lina do Lakers, gdzie sprawiała miała się podobnie. Poprzez dobrą grę w presezonie, koszykarz dostał miejsce w pierwszym składzie. Słabe rezultaty klubu sprawiły, że z czasem ją stracił najpierw na rzecz Ronniego Price’a, a później pierwszoroczniaka Jordana Clarksona. W Los Angeles po raz pierwszy od lutego 2012 roku znalazł się w sytuacji, w której nie dostał szansy gry, choć był w pełni zdrowy.

W następnych klubach Linowi chcąc nie chcąc przypisano łatkę szóstego zawodnika. W Hornets pełnił funkcję asekuracyjną dla Kemby Walkera. Trzeba przyznać, że wywiązywał się z niej dosyć solidnie, po raz kolejny w karierze kończąc sezon ze średnią ponad jedenastu punktów na mecz. Po dwóch epizodach w Houston, ponownie zameldował się na moment w play-offach (porażka w pierwszej rundzie z Heat).

Nie skorzystał z opcji pozostania w zespole, bo od Brooklyn Nets otrzymał trzyletnią ofertę kontraktu o wartości 36 milionów dolarów. Trafił pod skrzydła Kenny’ego Atkinsona, z którym współpracował wcześniej w Knicks. Gdy wydawało się, że Lin znów będzie grał tak dobrze i tak wiele jak dawniej, to nie omijały go problemy zdrowotne. W pierwszym sezonie wystąpił tylko 36-krotnie, w kolejnym zaledwie raz. W meczu otwierającym rozgrywki doznał zerwania rzepki po wykonaniu layupa.

SPORTOWY ŻAL

Kontuzja z 2017 roku na zawsze naznaczyła karierę Lina w NBA. Nets wytransferowali go do Atlanty, gdzie pełnił funkcję mentora dla młodego Trae Younga. Nie dograł sezonu, gdyż Hawks też się go pozbyli, tym razem do Raptors. W Toronto mógł poczuć, co to znaczy znajdować się w mocnej ekipe. Choć jego rola była marginalna, to właśnie przywdziewając koszulkę kanadyjskiego zespołu osiągnął największy sukces w karierze – mistrzostwo NBA. Wkład Lina ograniczył się jednak do zaledwie 27 minut, ale to wystarczyło, by otrzymać pierścień. Stał się pierwszym Amerykaninem azjatyckiego pochodzenia i zarazem pierwszym absolwentem Harvardu, który wygrał rozgrywki najlepszej ligi świata.

– Oddawałem Bogu więcej siebie. Z każdym rokiem jest coraz trudniej. W języku angielskim jest powiedzenie, że kiedy osiągniesz dno, jedyna droga prowadzi w górę. U mnie dno wydaje się być coraz większe. Free agency było trudne. Czuję, że pod pewnymi względami NBA zrezygnowała ze mnie. Zawsze wiedziałem, że jeśli dam komuś powód do wątpliwości, to go wykorzystają – mówił koszykarz z trudem powstrzymując łzy podczas kazania w tajwańskim kościele w 2019 roku.

Lin trafił do wspomnianych na początku tekstu Ducks, podpisując trzymilionowy kontrakt. Na początku zeszłego roku spróbował tylnymi drzwiami wrócić do NBA. Do zawodnika zgłosili się Santa Cruz Warriors. Ten zgodził się, trenował z nimi, otarł się o skład treningowy Golden State, ale cała przygoda skończyła się na kilku spotkaniach w G-League. W połowie roku wrócił więc do Pekinu.

ŻYJĄCA SPUŚCIZNA

– W mojej koszykarskiej karierze od Linsanity często czułem, że ścigam chwile. Próbując przełamać kolejne bariery, które się pojawiły, próbując ponownie udowodnić ludziom, że się mylą, wierząc w zadatki na kolejną dramatyczną historię underdoga, nauczyłem się, że nie zawsze udaje nam się złapać szansę dwa razy – napisał we wspominkowym poście na Instagramie Lin na początku miesiąca.

Karierę koszykarza możemy rozpatrywać w aspektach sportowych i pozasportowych. W tych pierwszych trudno mówić o jakimś nadzwyczaj wybitnym poziomie. Krytycy mówią, że zrobił karierę na kilku tygodniach w Knicks. To trochę mylne myślenie, biorąc pod uwagę fakt, że w pełni formy w innych klubach był gwarantem przynajmniej kilkunastu punktów na mecz. Być może gdyby nie problemy zdrowotne osiągnąłby więcej.

Znacznie większy wpływ zawodnik wywarł poza boiskiem. W lutym 2012 roku stał się fenomenem socjologicznym, który opanował niemal cały świat koszykówki i amerykańskiego sportu. Kilka miesięcy później otrzymał prestiżową ESPY Award dla najbardziej przełomowego atlety roku. Kompletnie zmienił postrzeganie mniejszości azjatyckiej w Stanach. Przez kilkanaście lat kariery wielokrotnie był obiektem niesmacznych żartów, często z widocznym motywem rasistowskim. Jego postać pokazała społeczeństwu jak szkodliwe potrafią być stereotypy. W 2016 roku sam przyznał:

– Linsanity nie byłoby Linsanity, gdybym miał inny kolor skóry. Najprawdopodobniej nie byłoby to tak wielką sprawą. To działało na moją korzyść, ale jeśli spojrzysz głębiej, to dostrzeżesz wiele przeszkód. Aby dojść do tego punktu, musiałem walczyć po drodze z wieloma stereotypowymi przeszkodami. Zawsze rozumiałem, że jest dobro i zło. Trzeba je zbierać razem i po prostu być wdzięcznym – opowiadał Lin w 2016 roku.

Koszykarz z tajwańskimi koszykarzami jest dziś mocno zaangażowany w działalność charytatywną. Przy okazji dziesiątej rocznicy wybuchu Linsanity zorganizował zbiórkę dla swojej fundacji, wspierającą azjatycką mniejszość w Stanach. Lin, który nieco ponad dekadę temu był dla NBA małym, nieznaczącym pionkiem, pod względem promocyjnym wykorzystał swoje pięć minut znakomicie, stając się głównym bohaterem jednej z najbardziej romantycznych historii w baskecie.

Co najlepsze w całej historii? To, że poza parkietem rozgrywający cały czas może czerpać korzyści z momentu sławy pomagając innym.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Podróżuje między F1, koszykarską Euroligą, a siatkówką w wielu wydaniach. Na newonce.sport często serwuje wywiady, gdzie bardziej niż sukcesy i trofea liczy się sam człowiek. Miłośnik ciekawych sportowych historii.
Komentarze 0