Po siedmiu latach duet Jetlagz wraca z nowym longplayem. Uznaliśmy więc, że to idealny moment na rozmowę z Łajzolem, który zabrał nas za kulisy powstawania płyty „Ostatni gasi światło”, opowiedział, czym karmił swój mózg podczas prac, a przy okazji dorzucił garść anegdot z szalonych podróży — od Detroit po Barcelonę.
W intrze waszej nowej płyty Kosi używa frazy „to nie comeback, to nie początek”. Czym dla ciebie jest nowy album Jetlagz?
Jest trochę domknięciem, bo cały czas z tyłu głowy pozostawała nam otwarta klamra na jeszcze jedno dzieło z Kosim. Nie chcę kategorycznie mówić, że to nasza ostatnia wspólna płyta, ale…
Tak właśnie zabrzmiało.
Nigdy nie mów nigdy. Ja też już złapałem się na tym, że nieraz coś obiecywałem, a wychodziło na odwrót. Nie wiem, czy tak się przyjęło, ale mam taki schemat w głowie, że w duetach tryptyk to coś kompletnego. Gdy siadaliśmy do pracy nad płytą, nie padło hasło, że po tej trzeciej dajemy sobie spokój. Bardziej chodziło o to, że musimy zrobić trzecią część, bo wtedy poczujemy, że ten projekt jest dla nas kompletny. Rozmawiałem ostatnio z Kosim i zapytałem go wprost: czy zamykamy już ten rozdział? Ale na nic takiego się nie przyklepaliśmy. Na pewno na ten moment jest to dla nas jakieś domknięcie.
W jakim okresie twojego życia powstawał nowy album?
W ostatnich latach nastąpiło w moim życiu, szczególnie prywatnym, dużo zmian — zmieniłem miejsce zamieszkania, zmieniła mi się sytuacja rodzinna — co też miało wpływ na to, jak powstawała płyta. Spotkaliśmy się po raz pierwszy około trzech lat temu. Kosi przyjechał do mnie do Bielska na weekend i zarejestrowaliśmy pierwsze numery. Poza tym nagrywaliśmy ją głównie w Katowicach. Prace nad płytą przypadają tak naprawdę na czas po tych zmianach, kiedy już zakorzeniłem się w nowym miejscu. W moich tekstach jest jednak sporo historii opowiedzianych z perspektywy nowego etapu życia, ale też wspomnień. Mówię dużo o emocjach, o wydarzeniach, które działy się dawniej — wracały do mnie, wychodziły ze mnie.
Co słychać na przykład w utworze „Enemy”?
Wymyśliliśmy go na Dolnym Śląsku. Wieczorem przed koncertem siedzieliśmy w hotelu i oglądaliśmy wywiad z Agnieszką Osiecką, w którym mówiła o tym, że sama jest swoim największym wrogiem. Kilkanaście dni przed premierą naszego kawałka W.E.N.A. wypuścił numer „Największy wróg” z KęKę i VBS-em. Puścił go tuż po tym, jak zgłosiliśmy nasz numer na streamingi, więc mieliśmy delikatny dylemat, czy nie zmienić pierwszego singla. Naszym największym strachem było to, czy on też nie użył tego cytatu z Osieckiej (śmiech). To niezły zbieg okoliczności, bo widziałem też jakiś post Onara, w którym również ma w kawałku tekst o tym, że jego największy przeciwnik odbija się w lustrze.
W ogóle Osiecka nie jest mi obca. Czytałem jej poezję, a ciekawostka jest taka, że kiedyś, gdy jeszcze mieszkałem na warszawskiej Ochocie, moją sąsiadką była Magda Umer, przyjaciółka Agnieszki Osieckiej. Twórczość Osieckiej poznałem właściwie dzięki rodzicom, bo mieli w domowej biblioteczce jej książki. W moim rodzinnym domu było w ogóle dużo książek, w tym tomików wierszy, więc nieraz po nie sięgałem. Pamiętam, że mieli też na przykład książki Marka Grechuty. Osiecka miała fajne wiersze o miłości — „Tam, gdzie kochają nas”, „Nowa miłość”.
Pamiętasz, czym karmiłeś swój mózg, gdy pisałeś teksty na album?
Od Sasa do lasa. Trochę pod wpływem Osieckiej, ale niemałe znaczenie dla tekstów miały też moje mroczne, narkotyczne wspomnienia z przeszłości, które słychać w „Enemy” czy tytułowym „Ostatni gasi światło”. Kawałek „Kra Kra”, utrzymany w klimacie przyprawiającym o dreszcze, jest z kolei mocno inspirowany Alfredem Hitchcockiem i jego filmem „Ptaki”.
Utwór, który roboczo nazywa się „Morze łychy” (na albumie chyba będzie nosił tytuł „Method Man”), wziął się z tego, że oglądałem na YouTube film dokumentalny o Wu-Tangu, wcześniej mi nieznany — ten, w którym siedzą na Staten Island i opowiadają o swoich początkach. Z kolei „Wwa Tears” to osobiste wspomnienia z czasów, kiedy zacząłem spotykać się z moją obecną żoną. Mieszkaliśmy daleko od siebie, więc przez długi czas byliśmy praktycznie w relacji na odległość. Zazwyczaj więc nie siadam do tekstów pod wpływem konkretnego dzieła. To raczej te dzieła znajdują mnie same, a dopiero z nich wynika konkretny utwór.
Mroczny klimat albumu dobrze współgra z listopadową aurą. Czy data premiery była celowym wyborem?
Rzadko stosujemy celowe zabiegi marketingowe czy podobne działania. Myślę, że to przypadek, ale z drugiej strony przez te ostatnie lata trochę przestałem w nie wierzyć i nie wiem, czy to po prostu nie jest przeznaczenie, że płyta wychodzi w takim zaduszkowym okresie. A to, że jest taka mroczna i ciemna, wynika z tego, że dorosłem i więcej rzeczy analizuję na zimno. Widzę je już nie tylko przez pryzmat zabawy i zajawki, ale też jako analizę emocji.
Chciałbym jeszcze nawiązać do „Morza łychy”. Wybacz bezpośrednie pytanie, ale temat alkoholu dość często pojawia się w twoich wersach. Z perspektywy czasu myślisz, że był taki moment, kiedy ten alkohol cię zdominował?
Pewnie, że tak. Myślę, że okres od 15. do 30. roku życia był non stop związany z alkoholem i melanżem. Nie do tego stopnia, że stoczyłem się do bezdomności, ale moje życie było podlane alkoholem. Teraz piję mało albo wręcz wcale i może stąd wychodzą mi te stare rzeczy w kawałkach. Myślę o nich i analizuję je na smutno.
Nie chcę jednak, żeby zabrzmiało to tak, jakbym bardzo żałował melanżu, bo nie żałuję. Przeżyłem wiele ciekawych sytuacji — fajnych i niefajnych — które mnie ukształtowały, nauczyły i sprawiły, że ustabilizowałem swoje życie. Dziś jestem bardziej świadomy, ale nigdy nie powiem, że byłem gorszym człowiekiem.

Myślisz, że to świadoma lub nieświadoma forma autoterapii?
Tak, tak. Myślę, że to ma dla mnie jakąś funkcję autoterapeutyczną.
Czytając stare wywiady z Jetlagz, zauważyłem, że towarzyszy wam chęć rozwoju na różnych płaszczyznach — od masteringu, przez klipy, aż po sposób pisania kawałków. Tym razem też szukaliście nowych patentów?
Tak, ale trochę mniej… Trudne pytanie, tak naprawdę. Nadal szukamy nowych patentów. Chociażby na płycie dołączonej do albumu zrobiliśmy materiał z remiksami utrzymanymi w klubowym klimacie. Postanowiliśmy oddać je znajomym, żeby znalazły też życie w innym gatunku muzycznym. Przy tej płycie mieliśmy jednak do czynienia z większym wyrzutem emocji niż poszukiwaniem nowych patentów.
Osobny rozdział należy poświęcić waszym teledyskom, które stoją na zupełnie innym poziomie niż — nazwijmy je tak — tradycyjne klipy.
To wynika z naszego nastawienia i przekonania, że powinno się robić rzeczy dopracowane, które przetrwają próbę czasu i zostaną z odbiorcą na dłużej. Chcemy robić coś większego niż kolejny taki sam obrazek. Bardzo ufamy naszym przyjaciołom, którzy są świetnymi artystami. Mam na myśli chociażby Bartka Kalinowskiego, który zrobił nam kilka teledysków. Nie pojawił się na naszej drodze nagle, bo wcześniej realizował „Tworzymy historię” i „Tłoki” JWP/BC. On po prostu lubi robić rzeczy na wysokim poziomie.
Możesz zdradzić, jak od kuchni wyglądała praca nad teledyskiem do „Enemy”?
Znowu muszę przywołać Bartka Kalinowskiego, który — można powiedzieć — jest współtwórcą nowego albumu, a już na pewno w kwestii wizualnej. Spotkaliśmy się z nim w zeszłym roku, w lipcu, w studiu motion capture i nagraliśmy z nim klipy do dwóch utworów. Technicznie wyglądało to tak, że założyliśmy kombinezony ze znacznikami na całym ciele, w kluczowych miejscach — na głowie, zgięciach i stawach. W takiej wielkiej hali nagrywało nas 36 kamer.
Oprócz teledysków nagrywaliśmy też dużo różnych ruchów. Od początku założenie było takie, że na bazie renderów, które powstaną z tego materiału, zbudujemy świat wizualny tego albumu. I tak też się stało.
Produkcja takiego teledysku w porównaniu z innymi to drogie przedsięwzięcie?
Raczej droga. Mamy to szczęście, że Bartek współpracuje z tym studiem, dzięki czemu zaproponowało nam niższą cenę, a Bartek jest naszym ziomalem i prawdopodobnie komuś innemu policzyłby to inaczej. Mówimy o sumach rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych.
Jesteś w stanie podać mi jakąś anegdotkę z prac nad teledyskami Jetlagz?
Mogę ci opowiedzieć o klipie „Jetlag”, który powstawał w Los Angeles. Szukając miejsca do klipu, pojechaliśmy na pustynię Mojave. Kalifornijskie otoczenie jest na tyle ciekawe, że tak naprawdę, gdzie byś nie postawił kamery, wyjdzie ładny obrazek, bo wszędzie jest dobre światło, ciekawi ludzie, ładne obiekty i fury.
Byliśmy na domówce w willi w Beverly Hills, gdzie w ogrodzie rapował nieznany jeszcze wtedy Denzel Curry. To ciekawe doświadczenie, biorąc pod uwagę, jaką pozycję dziś zajmuje. Zrobiliśmy sobie tam taki polski corner, gdzie piliśmy polską wódkę, a obok rapował Denzel Curry. Pamiętam, że ktoś z nas powiedział nawet coś w stylu: „O, nawet nieźle rapuje” (śmiech).
Nagrywaliśmy też ujęcia w betonowym kanale przeciwpowodziowym. Wyszliśmy z kanału, a obok nas swój teledysk kręcili jacyś Latynosi. Podbiliśmy do nich, zbiliśmy piątki, oni też zaczęli nas nagrywać i ostatecznie wystąpiliśmy w ich klipie.
Podobną sytuację mieliście w Marsylii, gdzie kręciliście obrazek z członkami IAM.
Obok nas teledysk, na takich starych basenach, kręcili mocno newschoolowi goście. Kiedy zobaczyli Akhenatona, to prawie klęczeli przed nim. On jest tam taką legendą i ma szacunek u wszystkich. Cała ta francuska ekipa była dla nas bardzo życzliwa. Mega skromni, uśmiechnięci ludzie, zero przewózki. Każdy z nich super gada po angielsku, co nie jest powszechne wśród Francuzów. Chętnie bym tam wrócił. Oni w ogóle zapraszali nas, żebyśmy przylecieli do nich w wakacje na jacht i imprezę.
Kawałek „Art de rue” to follow-up do utworu Fonky Family?
Poniekąd, ale stylistyka tego kawałka to zupełnie inny muzyczny świat. Ich numer miał na nas mocny wpływ i też w jakiś sposób nas ukształtował, ale raczej tyczy się to samego pojęcia sztuki ulicy — tego, jak na nas wpływa, jak dzięki niej zarabiamy i kim dzięki niej jesteśmy.

Spojrzałem sobie ostatnio na wyświetlenia, jakie robią teledyski Jetlagz, i nie są to zawrotne liczby. Towarzyszy ci czasem frustracja, że tych wyświetleń mogłoby być więcej?
Nie, zupełnie nie. My przede wszystkim robimy sztukę, której jesteśmy pewni, i to, czy będzie miała milion odsłon, czy pięćdziesiąt tysięcy, nie ma wpływu na naszą motywację, serio. Myślę, że kalkulując, moglibyśmy zrobić większe liczby, ale to byłoby wbrew nam. Poza tym po siedmioletniej przerwie nie spodziewaliśmy się, że nowy klip wygeneruje trzysta tysięcy wyświetleń w dwa dni. Rynek się rozrósł, konto Jetlagz na YouTubie ma trzydzieści tysięcy subskrybentów, a takich kont jest w sieci tysiące, więc nie ma co mieć wygórowanych oczekiwań co do liczby wyświetleń. Inna sprawa jest taka, że teledysk do „Roppongi Boys” został nominowany do prestiżowych Berlin Music Video Awards w kategorii Best VFX. Staramy się podchodzić do tego bardziej artystycznie niż komercyjnie. Wiadomo, że trzeba zarabiać pieniądze, ale na to też są sposoby.
Pozostając jeszcze w temacie wideoklipów: pamiętasz, jak powstawał ten do numeru „Tłoki”?
Tyczy się to prawie wszystkich naszych tripów, bo wjeżdżamy na wariata w niebezpieczne miejsca w różnych krajach. Trochę nieświadomka, trochę nasza naiwność. Tak też było w Detroit. Jeździliśmy po dzielnicy, która była przykładem upadku tego miasta — same pustostany, szemrane typy i tego typu klimat.
Jechaliśmy vanem, a za nami druga fura, z której Bartek nas nagrywał. Zatrzymywaliśmy się przy tych wszystkich domach i wchodziliśmy do środka, gdzie kręciliśmy ujęcia. To był niesamowity obraz, bo wyglądały tak, jakby ktoś w pewnym momencie po prostu z nich wyszedł i już nigdy nie wrócił. W szafach wisiały ubrania, w kuchni były naczynia. Wiadomo, że było też pełno syfu i jakichś narkomańskich akcesoriów. Można było normalnie chodzić po tych domach, a przynajmniej tak nam się wydawało — do momentu, kiedy zatrzymał się przy nas jakiś gość i powiedział, że musimy stąd wypierdalać, bo nie możemy tak jeździć i wchodzić, gdzie chcemy. Dodał, że zaraz ktoś może nas dorwać, zabrać nam kamerę i nas zastrzelić. Potraktowaliśmy te słowa poważnie i pojechaliśmy w bezpieczniejsze miejsca. Trochę się wystraszyliśmy, bo później pomyśleliśmy sobie, że rzeczywiście mógł ktoś nadjechać i otworzyć do nas ogień z jakiegoś Uzi. Takie sytuacje były tam nagminne, a to było kilka lat po totalnym upadku miasta, więc ludzi, którym było wszystko jedno, nie brakowało.
Detroit zrobiło na mnie duże wrażenie. To miasto postapokaliptyczne: ogromne opuszczone hale, dużo urbexu. Nigdy wcześniej nie widziałem tylu porzuconych obiektów. Zajebista sceneria do klipów i filmów. Hardcore.
Hardcorowo, choć inaczej, było podobno też podczas prac nad „Tworzymy historię”.
Na tym tripie byliśmy kamperem, który wypożyczyłem w firmie mojego ojca. Wjeżdżaliśmy akurat na prom w Rzymie, bo płynęliśmy do Barcelony. Kapnęliśmy się, że tak naprawdę przekraczamy granicę. Niby strefa Schengen, ale celnicy sprawdzali bagaże. Mieliśmy sporo grzybów, więc musieliśmy je szybko zjeść…
No, na promie to już się działy pojebane rzeczy — widziałem na przykład metro jeżdżące po pokładzie. Przez sześć godzin chodziliśmy po promie i dopiero potem zorientowaliśmy się, że można zejść na dół, gdzie były kasyno, salon gier i bary. Później oczywiście się pogubiliśmy. Ja obudziłem się rano na pokładzie, sam. Zebrałem się i zacząłem szukać ekipy, więc wbiłem na jakąś klatkę, bo oczywiście nie mieliśmy kajut, a do kampera nie można było zejść. Wszedłem i zobaczyłem, że leżą jak sardynki, jeden obok drugiego (śmiech). Była ładna pogoda, weszliśmy do takiego baseniku, zaczęliśmy pić łychę i… zapomnieliśmy, że musimy wyjechać tym kamperem z promu. Dopłynęliśmy do Barcelony i uznaliśmy, że najlepszym pomysłem będzie, jeśli wyjedzie nasz kolega Kuba, który nie ma prawa jazdy, bo i tak nie ma nic do stracenia (śmiech). Wyjechał i od razu gdzieś przypierdolił.
Następnie wjechaliśmy na parking. Ten kamper był dość spory, więc jechanie nim nie było taką prostą sprawą. Kuba zaczął manewrować i tak mu to wyszło, że uderzył w kampera jakiegoś Włocha, który wyleciał z budy jeszcze ujebany jakimś sosem pomidorowym. Zaczął drzeć mordę po włosku, robił nam zdjęcia i w końcu zadzwonił po hiszpańską policję, która spisała protokół z tego zdarzenia. Kuba podpisał protokół słowami: „Chuj ci w dupę”. Dwa miesiące później — pracowałem wtedy u ojca — zadzwoniła do mnie księgowa z jego firmy, żebym wpadł do jej biura. Wpadłem, a ona pokazała mi pismo od ubezpieczyciela, a na dole protokołu widniał ten podpis (śmiech). „OK, OK, zajmę się tym” — powiedziałem. Wrzuciłem dokument do szuflady i temat nigdy już do mnie nie wrócił. Musieli uznać, że taka międzynarodowa stłuczka to dla nich za wiele (śmiech).
