Niby kibic wiedział, a jednak się łudził. Tylko zwycięstwo ze Spartakiem Moskwa zapewniłoby Legii Warszawa grę w Europie na wiosnę, ale już w trakcie meczu jej piłkarze sprawiali wrażenie, jakby przypomnieli sobie o tym na 20 minut przed końcem przy stanie 0:1. Honoru nie uratował nawet Tomaš Pekhart, który w końcówce zmarnował rzut karny. Przygoda z pucharami zakończyła się w mroźny wieczór przy Łazienkowskiej i Legia może się skupić na ratowaniu honoru w Ekstraklasie oraz na Pucharze Polski, który dziś stanowi najprostszą drogę do europejskich pucharów.
Z perspektywy tuż po losowaniu czwarte miejsce z dorobkiem sześciu punktów nikogo nie powinno dziwić. A może i smucić, bo przecież byli tacy, dla których dwa zwycięstwa w rywalizacji ze Spartakiem, Napoli i Leicester City to były marzenia ściętej głowy. Ostatnie miejsce w tej stawce nie powinno też dziwić, skoro na naszych oczach rozgrywa się kolejny kryzys Legii, tym razem najbardziej spektakularny ze wszystkich w ostatnich latach.
Ale gdyby po dwóch meczach, kiedy warszawianie przewodzili w grupie C z kompletem punktów ktoś powiedział, że jesień w Lidze Europy zakończą z zupełnie pustymi rękami, zawód byłby ogromny.
Dziś taka jest jednak rzeczywistość Legii i w zasadzie od pewnego czasu dało się odczuć, że puchary nie są tu już nikomu potrzebne. Trzeba gasić pożar w gabinetach i ratować sytuację w Ekstraklasie, a jedyną ścieżką do uratowania sezonu jest Puchar Polski. Ktoś mógłby pomyśleć, że przygotowywanie się do gry w Europie na wiosnę to w tym wszystkim zbędne rozproszenie.
Ten „problem” Legia ma jednak z głowy. I jak na mecz o być albo nie być w europejskich pucharach, wcale nie wyglądała jak drużyna, która chce pójść po trzy punkty za wszelką cenę. Dość późno zaczęła tworzyć sobie szanse, wcześniej wymieniając podania bez skutku.
Liczby nie oddają całkowicie obrazu tego meczu. Bo co z tego, że w statystykach po stronie piłkarzy Marka Gołębiewskiego jest 15 strzałów (najlepszy wynik w tym sezonie LE), skoro prawie połowę z nich oddali w ostatnich 20 minutach, z czego pięć prób od 82. minuty? Nawet rzut karny Pekharta niczego by tu nie zmienił, bo dałby wyrównującego gola. Remis nic Legii nie dawał, no chyba że zaliczamy za punkt honoru fakt, że gdyby Czech trafił, wyrzuciłby Spartaka do Ligi Konferencji.
Legia całkiem nieźle zaczęła to spotkanie, ale później było już gorzej, aż do zrywu w końcówce. Aktywni byli Lirim Kastrati i Yuri Ribeiro, a duet Andre Martins i Josue szybko przejął kontrolę nad środkiem pola. Po raz pierwszy w tegorocznej fazie grupowej Ligi Europy to Legia musiała prowadzić grę. W żadnym meczu nie wymieniła tylu podań (474) i znajdowała się przy piłce przez 66% czasu, gdy wcześniej tylko raz przekroczyła w LE wartość 42%. Brakowało jednak konkretów i – jak się później okazało – to był motyw przewodni całego meczu.
Wysiłki kolegów z początkowych minut zniweczył Maik Nawrocki. Kibice Legii mogli z nadzieją patrzeć na obecność 20-latka w wyjściowym składzie, do którego w LE wrócił po sześciu tygodniach przerwy – w końcu świetnie wypadał ze Spartakiem i Leicester City na początku rywalizacji. Tymczasem to Nawrocki popełnił błąd, stracił równowagę i źle podał do Artura Boruca, a do piłki dopadł Zielimchan Bakajew i pewnie zdobył bramkę.
To taki błąd, który na tym poziomie i w meczu o takiej stawce po prostu nie może się przytrafić. Momentalnie dało się odczuć, że z legionistów uszło powietrze i pojawiły się nerwowość oraz pośpiech. Najmocniej świadczą o tym dwie z rzędu żółte kartki dla Martinsa i Josue, którzy faulami naprawiali błędy kolegów.
Symptomatyczny był też obrazek z końcówki pierwszej połowy. Legia miała okazję do kontry po odbiorze blisko swojego pola karnego, ale nikomu nie spieszyło się do wyjścia do podania. Piłka trafiła ostatecznie do otoczonego trzema rywalami Luquinhasa, ten ją stracił i Spartak ruszył w drugą stronę, przez co faulować musiał Slisz. To sprawiło, że jeszcze przed przerwą tercet środkowych pomocników Legii miał żółte kartki i widać było pretensje jednych piłkarzy do drugich.
Grę Legii przez długi czas można było określić jako przewagę, z której nic nie wynika. Wskaźnik expected goals do przerwy wskazywał tylko 0.25, co świadczy o tym, że mistrzowie Polski nie tworzyli sobie jakościowych okazji. Pierwsze strzały oddali zresztą dopiero po stracie bramki.
Spartak tymczasem po objęciu prowadzenia jeszcze bardziej się cofnął i skupił na tym, by odciąć od gry Mahira Emrelego. Reprezentant Azerbejdżanu prawie nie dostawał podań i ataki pozycyjne Legii były powolne, przewidywalne. Wymowny jest fakt, że przed zejściem z boiska Emreli nie oddał nawet strzału i gdy schodził, miał tyle samo kontaktów z piłką, co Boruc – najmniej w drużynie.
Lepsza końcówka to efekt zrywu, ale i zmian. Gołębiewski zdjął Emrelego i wstawił Pekharta, a wcześniej przeszedł na system z dwoma napastnikami po wejściu Rafy Lopesa. Legionistom zaczęło się spieszyć, było więcej dośrodkowań w pole karne i Pekhart doskonałą szansę miał już w 83. minucie, gdy trafił w poprzeczkę. Później mógł jeszcze nieco zatrzeć złe wrażenie z rzutu karnego, ale uderzył słabo i Aleksandr Selichow odbił piłkę.
To był ostatni akord Legii w tegorocznej edycji europejskich pucharów i trudno nie czuć zawodu. Zaczęło się obiecująco i nawet modele matematyczne po wygranej z Leicester City dawały warszawianom 97% szans na zajęcie miejsca w pierwszej trójce grupy. Ziściły się jednak scenariusze zawarte w pozostałych 3%. Widać też było wyraźną zmianę po zwolnieniu Czesława Michniewicza. Z nim na ławce Legia miała plan. Może nie grała pięknie, ale była skuteczna, dobrze zorganizowana i punktowała. Nawet wysoka porażka z Napoli (0:3) to był bardziej efekt zmęczenia w końcówce i błysku indywidualnej jakości rywala.
Mecze pod wodzą Gołębiewskiego wyglądały dużo gorzej i to sprawia, że jego przyszłość powinna być pod znakiem zapytania. Wnikliwie pisał o tym w poniedziałek Michał Trela w swoim ligowym felietonie, ale warto powtórzyć – Legia potrzebuje trenera na już. Opcja tymczasowa, mająca wstrząsnąć szatnią, nie działa. Na dziesięć spotkań Gołębiewski przegrał siedem, pokonując jedynie Świt Skolwin, Jagiellonię Białystok i Motor Lublin. W Ekstraklasie nie poprawił pozycji (a nawet zsunął z 15. na 16.), a w pucharach roztrwonił prowadzenie w grupie, by ostatecznie skończyć na czwartym miejscu.
Mimo szalejącego kryzysu i złej sytuacji wokół klubu, szkoda tej straconej szansy. Przed meczem ze Spartakiem nic wprawdzie nie wskazywało na to, że Legia może wygrać i grać dalej w Europie, jednak piłka bywa niezwykle przekorna. Zabrakło jednak lepszego wykonania założeń na to spotkanie. Było widać, co chcą osiągnąć mistrzowie Polski, ale nie za bardzo było widać, jak zamierzają to zrobić.
Owszem, Liga Europy to nie są dziś dla Legii rozgrywki priorytetowe, jednak po dobrym starcie po ludzku szkoda, że nie udało się wyjść z naprawdę silnej grupy. Szkoda też pieniędzy, które przepadną z tytułu gry w pucharach i braku poprawy pozycji polskiej ligi w rankingu UEFA. Ale nawet mimo tego, że Dariusz Mioduski ma dziś bardziej przyziemne problemy i trzeba poważnie potraktować niską pozycję w Ekstraklasie, Liga Europy byłaby przynajmniej osłodą tego okropnego dla Legii sezonu. Po porażce ze Spartakiem nie będzie nawet tego.