Nie można z 32-latka czynić całego zła Realu Madryt, ale połączenie jest jednoznaczne. Odkąd Zinedine Zidane rozpoczął drugi etap trenerski w stolicy Hiszpanii, przegrywa jeden na trzy mecze rozgrywane z Marcelo. Niewiele zostało z przebojowych wyjść i zachwytów nad ofensywnym dynamitem Brazylijczyka, została natomiast nieodpowiedzialność taktyczna oraz luźne podejście do boiskowych obowiązków. Zizou jest więźniem swoich sentymentów.
W niedzielny wieczór obejrzeliśmy jeden z największych absurdów ligi hiszpańskiej. Najgorsza Valencia od wielu sezonów, po wyprzedaży największych gwiazd i będąc w gigantycznym kryzysie, ograła 4:1 Real Madryt po hat tricku z rzutów karnych Carlosa Solera. Cała defensywa podzieliła się błędami niemal po równo – jedenastki sprokurowali Lucas Vazquez, Sergio Ramos i Marcelo, a Raphaël Varane dołożył swojej paczce samobója.
Jeden z wymienionych nie jest obrońcą i występuje tam z potrzeby sytuacji, Varane od dawna już nie przypomina mistrza świata i przeżywa naprawdę trudne tygodnie, zaś Marcelo kiedy tylko dostaje okazję, rozczarowuje wszystkich fanów, którzy latami rozpływali się nad jego grą. To ewidentnie inny piłkarz – bez dawnego głodu, bez tej samej mocy, z dużą nieodpowiedzialnością, jakby nie pamiętał, że trzeba dać mnóstwo od siebie, aby rezultat na koniec był satysfakcjonujący.
Skupiliśmy się na Marcelo jako na składowej wielu ostatnich wstydliwych porażek Królewskich, bo okazuje się, że w drugim etapie Zidane'a to on stoi za wszystkimi klęskami. Z nim w składzie madrytczycy rozegrali 28 meczów, z czego przegrali aż 9 (32%), czyli mniej więcej co trzecie spotkanie. Dość wymowne jest, że kiedy grali bez niego, nie przegrali ani jednego z 29 meczów. Przeskok na Ferlanda Mendy'ego oznacza zupełnie inną jakość i wyraźnie mniej pomyłek na lewej flance. W przypadku Brazylijczyka chodzi głównie o nieodpowiedzialność taktyczną – truchtanie po stratach, nietrzymanie linii defensywnej i brak właściwego zaangażowania.
Nieprzypadkowo kibice zadają sobie pytania, jakim cudem Zidane zrezygnował z Sergio Reguilóna czy Achrafa Hakimiego, a zostawił gwardię lubianych i trzydziestoletnich. Odpuścił dwa duże talenty, bo jest człowiekiem honorowym i nie rezygnuje ze swoich ludzi. Przede wszystkim w takim klubie jak Real, nie do pomyślenia byłoby pożegnanie tak kochanej postaci jak Marcelo. On gwarantuje wszechobecną sympatię i latami fenomenalnej gry doprowadził do momentu, kiedy to sam wybierze czas zejścia ze sceny. Nie ulega jednak wątpliwości, że kiedy poziom obniżyli także Isco, Varane czy Marco Asensio, efekt jest właśnie taki. Szokujący.
Można powiedzieć, że Królewscy są ofiarami własnych sentymentów. Są postaci, bez których nadal nie można sobie wyobrazić tej drużyny jak Sergio Ramos, Karim Benzema czy Toni Kroos, ale nie we wszystkich formacjach wymiana pokoleniowa przebiega tak jak powinna. Kolejnym problemem Realu stała się wyraźna różnica jakości między jedenastką a ławką rezerwowych – dawniej moc zmienników była jednym z największych atutów ekipy Zizou, teraz rotacje wiążą się zwykle z rozczarowaniem i szalonymi próbami ratowania wyniku.
Marcelo stał się swego rodzaju symbolem upływającego czasu. To już nie jest ten moment, kiedy cmokamy nad Brazylijczykiem i widzimy go nawet w roli 10 jak selekcjoner Tite. Teraz jego odważne wyjście do przodu wiąże się zwykle z tym, że na lewej stronie obrony powstanie autostrada dla kontrataków rywali. Postawienie na Mendy'ego oznacza lata świetlne różnicy w bezpieczeństwie oraz pewności w obronie. Marcelo momentami wygląda jak piłkarz, który nie znalazłby miejsca w pozostałych klubach LaLiga. Broni go jedynie nazwisko, CV, moc sentymentów i osiągnięć. Forma sportowa absolutnie nie uprawnia go do grania w takim klubie. To pewna pułapka, w jaką dał się złapać Zinedine Zidane.
Trudno sobie wyobrazić, że nagle Brazylijczyk odmieni formę jak za dotknięciem czarodziejskiem różdżki. Taki mecz z Valencią to w jego wykonaniu 20 straconych piłek, a raczej niewiele pozytywnych momentów – po jednej celnej wrzutce czy jednym odbiorze, co jest mizernym bilansem, biorąc pod uwagę, że grał na 17-letniego Yunusa Musaha. Dzieciak z Nowego Jorku wychowywał się na genialnej grze Marcelo, a teraz nie miał większych problemów, by odjeżdżać mu szybkościowo podczas kolejnych rajdów. I to jest znak czasów. Sentymenty siedzą w głowie, ale prawdy boiska nie oszuka się tak łatwo. Nie każdy oszukuje czas jak Zlatan Ibrahimović czy Cristiano Ronaldo.
