McLaren to najbardziej pozytywna historia ostatnich dwóch sezonów. Sytuacja w ekipie z Woking odwróciła się o 180 stopni i obecnie wygląda na to, że jest dla nich tylko jedna droga – w górę. Po fatalnej przygodzie z Hondą i zdecydowanie lepszej z Renault, przyszedł czas na ostatni element układanki. W tym roku pod poszyciem znajdzie się silnik Mercedesa, który może dać przewagę w środku stawki, a nawet spełnić jej wyższe aspiracje.
Era hybrydowa w F1 to dla McLarena prawdziwa sinusoida. Pierwszy wyścig w 2014 roku to w końcu podwójne podium ekipy, której auta nadal miały silnik Mercedesa. Później aż tak dobrze nie było, bo cały sezon zespół ukończył na piątym miejscu w klasyfikacji generalnej konstruktorów. Jak szybko się okazało, były to miłe złego początki. Chwilę wcześniej podpisano kontrakt, który zmienił całą dynamikę w Woking. Zespół został skuszony przez Hondę do przejścia na ich jednostki. Japończycy wracali do stawki po siedmiu latach nieobecności, kiedy to nagle pożegnali się z F1 przez kryzys gospodarczy. Spuścizna ich fabrycznego zespołu przerodziła się w Brawn GP, a ta historia jest znana fanom wyścigów doskonale. McLaren-Honda to oczywiście momentalne skojarzenia z Ayrtonnem Senną i legendarnymi konstrukcjami Gordona Murraya. To było pięć lat, które są jednymi z najlepszych w historii ekipy.
Z drugiej strony połączenie McLaren-Mercedes to równie legendarny zestaw. Dla ludzi urodzonych w latach 80. i na początku 90. może być nawet większa od wcześniej opisanej. Dwadzieścia lat współpracy przyniosło mistrzostwa świata Miki Häkkinena, którego rywalizacja z Michaelem Schumacherem rozpalała kibiców na przełomie wieków. Potem zespół z Woking trzymał się w ścisłym czubie stawki. Po drodze było jeszcze mistrzostwo Lewisa Hamiltona i praktycznie zawsze konkurencyjne auto zawsze walczące o kilka wygranych. To jednak było na tyle, a Japończycy mieli dać nową jakość, której tak bardzo potrzebował zespół tak naprawdę od 2013 roku. W tym pomóc miał duet kierowców z mistrzowskim doświadczeniem, czyli Jenson Button i Fernando Alonso.
GP2 ENGINE
Mocarstwowe plany i sen o powrocie do czasów wielkiego Senny zostały szybko i brutalnie zweryfikowane. Silnik Japończyków był daleki od ideału, a to i tak delikatne ujęcie sprawy. McLaren spadł na dół tabeli z absolutnie fatalnymi wynikami. Kolejne dwa sezony tej współpracy nie były wcale dużo lepsze, a jedyne, co z tego okresu wryło się w pamięć, to cytaty z Alonso rugającego jednostkę napędową Hondy. To zresztą utrudniło mu pogoń za potrójną koroną, bo Hiszpan to persona non grata dla tej firmy. Ciężko jednak się dziwić, kiedy przez trzy lata słyszało się jedynie wyzwiska i ciągłe poniżanie przez radio. Dodatkowo można było spojrzeć nieco dokładniej na problemy, z którymi borykał się McLaren w tej współpracy. Amazon przygotował krótki serial, który miał pokazać pracę za kulisami zespołu F1 i to tam dowiedzieliśmy się, że przed sezonem 2017 silnik w ogóle nie pasował do skrzyni biegów, którą przygotowała ekipa.
Te wyniszczające lata musiały zakończyć się rozwodem, bo nie było możliwości funkcjonować w tak toksycznych warunkach. McLaren przeszedł na silniki Renault i zaczął przechodzić rewolucję personalną. Zak Brown, CEO, postanowił poszukać lepszych ludzi na stanowiska zarządzające i techniczne. Ruch po Andreasa Seidla okazał się strzałem w dziesiątkę. To właśnie Niemiec, który wcześniej w Formule 1 pracował dla BMW miał być katalizatorem zmian. To w końcu on odpowiadał za rewelacyjny program Porsche w LMP1 i ich sukcesy.
NOWE OTWARCIE
Sezon 2019 był powiewem świeżości nie tylko na wysokich stanowiskach. Postawiono też na najmłodszy skład kierowców w historii McLarena, czyli Carlos Sainz oraz Lando Norris. Pierwszy to wyrzutek z programu Red Bulla, a później zwolniony z Renault, aby zrobić miejsce dla Daniela Ricciardo. Drugi to absolutny debiutant z bardzo utalentowanej klasy F2, w której byli między innymi George Russell czy Alex Albon. Odezwało się wiele sceptycznych głosów, a niektórzy wręcz szli w słynną piłkarską retorykę Alana Hansena, że z dzieciakami nic się nie wygra. Wytykano brak doświadczenia w wypadku obu, a Sainz miał rzekomo mieć miejsce w F1 tylko dzięki nazwisku swojego ojca.
Chemia, która wytworzyła się pomiędzy kierowcami, była wręcz niesamowita. Bromance kwitł, a panowie zdali się wzajemnie nakręcać do coraz lepszych wyników. Sainz w końcu znalazł miejsce gdzie dano mu czas i trochę spokoju. Zdjęto z niego presję i pozwolono na rozwój. To zaowocowało świetnymi wynikami i rozkwitem talentu Hiszpana. Nikt nie tęsknił za Alonso, bo uśmiechnięty i pozytywny chłopak dowoził świetne wyniki, a zamiast ciągle narzekać wołał śpiewać przez team radio przebój Sade. Norris od początku pokazywał, że dysponuje wielkim talentem i McLaren powinien mieć z niego dużo radości przez najbliższe lata.
NOWY, LEPSZY (?) DUET
Chłopak o aparycji 14-letniego rozrabiaki w aucie był opanowany i pewny. Miał przy okazji dużo pecha, bo na papierze Sainz był od niego zdecydowanie lepszy, a na torze różnica nie było aż tak znacząca. Rozwój samochodu zaczął iść w odpowiednim kierunku, a kolejny sezon był jeszcze lepszy. Dwa razy podium, kolejne świetne występy kierowców i dużo wysoko punktowanych miejsc. Zwieńczeniem tego wszystkiego była trzecia pozycja w klasyfikacji generalnej konstruktorów, a perspektywa wydaje się tylko lepsza.
Sielanka w pewien sposób została zaburzona, bo Sainz został wyciągnięty z Woking. Przyszło wielkie Ferrari i porwało im kierowcę, w którego prawie nikt nie wierzył dwa sezony temu. Teoretycznie wyglądało na to, że trudno będzie znaleźć zawodnika o takim profilu. Strzelanie w juniorów mogło się nie opłacić, a praktycznie wszyscy lepsi zawodnicy byli zajęci. Praktycznie. McLaren znowu zaskoczył i sięgnął po Ricciardo. Australijczyk najwidoczniej stracił wiarę w projekt Renault. Sam zresztą przed sezonem 2019 miał na stole dwie oferty: od Francuzów i właśnie z Woking. Brytyjska ekipa bardzo go chciała u siebie i sfinalizowała swój plan z dwuletnim objazdem przez sąsiadów zza kanału La Manche.
Ricciardo-Norris to chyba jeszcze większa skala talentu niż poprzedni duet. Dodatkowo w jednym zespole spotyka się dwóch największych żartownisiów w całej stawce F1. Pod względem chemii – tu nie ma się o co bać.
MISTRZOSTWO JEST REALNE?
COVID-19 zepsuł plany F1 doszczętnie. Do tego stopnia, że rewolucja technologiczna musiała zostać przeniesiona o rok. Pierwotnie to właśnie ten sezon miał być tym, który niesie nadzieje na zdecydowane wyrównanie się stawki. Niestety czeka nas sezon przejściowy, co bardzo pokrzyżowało plany McLarenowi. Brown z Seidlem postawili na powrót do jednostek napędowych Mercedesa i wydawało się, że to właśnie w nowej konstrukcji zadebiutuje jednostka napędowa producenta ze Stuttgartu. Jednak pandemiczny sezon rozbił te plany, a przed zespołem z Woking postawił bardzo trudne zadanie – wsadzenie do obecnej konstrukcji nowego silnika, kiedy możliwości przerabiania auta zostały mocno ograniczone przez FIA.
Wygląda jednak na to, że nic nie jest w stanie zatrzymać McLarena. Tuż przed nami sezon na pokazywanie nowych konstrukcji. Kiedy jasne okazało się, że wyścig w Australii nie dojdzie do skutku w planowanym terminie, a testy przedsezonowe zostaną przeniesione do Bahrajnu, to właśnie ekipa z Woking naciskała, aby przesunąć wszystkie terminy możliwie jak najdalej. W teorii dawało to jasny sygnał – mamy dużo roboty i przydałoby się nieco więcej czasu. Jednak zupełnie nie mieliśmy racji. Kiedy Alfa Romeo zapowiedziała swoją prezentację w Warszawie na 22 lutego, wydawało się, że będą jednymi z pierwszych. W końcu sezon ruszy w połowie marca, więc czasu będzie sporo. Nic bardziej mylnego. To właśnie McLaren wystrzelił z datą 15 lutego i na ten moment jest zdecydowanie pierwszy. Wygląda na to, że zespół poradził sobie ze swoim zadaniem wyśmienicie, a dodatkowo jest bardzo pewny swego.
To wszystko sprawia, że można zacząć wierzyć w ten projekt. Kiedy odszedł Sainz, na jego miejsce pojawił się Ricciardo. Kiedy trzeba zmienić jednostkę napędową w ograniczonych możliwościach przerabiania konstrukcji, to radzą z tym sobie świetnie. Krzywa wznosząca McLarena zdaje się nie zatrzymywać. To wszystko wygląda tak dobrze, że powrót na sam szczyt wydaje się bardzo możliwy. Jeżeli ktoś ze środka stawki ma przypuścić atak na mistrzostwo świata, jest to właśnie McLaren. Ten sezon powinien być kolejnym przybliżającym ich do tego. Jakiś czas temu pewnie byłby wątpliwości, ale nie teraz. Pozostaje jedynie czekać na ich kolejne świetne występy.
