Messi zobaczył z bliska, ile znaczy poważny projekt. Mbappe skradł show, a PSG zatrzymuje Neymara

Zobacz również:O trzech takich, co spełnili marzenia. Polacy w zawodowych sekcjach Barcelony
FC Barcelona v Paris Saint-Germain  - UEFA Champions League Round Of 16 Leg One
Fot. David Ramos/Getty Images

Na przedmeczowym treningu Kylian Mbappe dopytywał Mauricio Pochettino, ile razy zwyciężył na Camp Nou. Miał z Espanyolem jeden sukces na stadionie, na którym swego czasu wykluczył pracę, wyżej stawiając nawet harówkę na argentyńskiej farmie. 22-latek obiecał mu drugą wygraną, a następnego wieczoru skompletował hat-tricka i przywołał Barcelonie (4:1) bolesne wspomnienia z poprzednich edycji Ligi Mistrzów. Leo Messi mógł zrozumieć, dlaczego Neymar wydzwania do niego tak namiętnie z pochwałami na temat stolicy Francji. Paryżanie chełpiąc się wielkim zwycięstwem, nie mogli się powstrzymać – jeszcze tego samego wieczoru ogłosili przedłużenie umowy z Brazylijczykiem do 2026 roku. Odtrąbili sukces najgłośniej, jak się dało.

Obie wyjściowe jedenastki na Camp Nou miały identyczną średnią wieku – 27,5 lat – natomiast zobaczyliśmy różnicę między drużyną będącą w okresie przejściowym a prężącą muskuły na lewo i prawo. Nawet brak Angela Di Marii oraz Neymara nie przeszkodził paryżanom, aby regularnie obnażać słabości Katalończyków: pokazać ból upływającego czasu na przypadku Sergio Busquetsa, obnażyć nadmiar oczekiwań wobec Clémenta Lenglet czy zademonstrować niegotowość Sergiño Desta. W sierpniu Bayern wbijał osiem bramek Barcelonie, w lutym PSG zaaplikowało cztery. I tym razem Blaugrana może żałować, że nie skończy się na cierpnieniu w jednym meczu.

Jak to się dzieje, że mimo tych samych wartości wiekowych, jedni opowiadają o placu budowy, a drudzy widzą autostradę do sukcesu i chwalą się graczami w kwiecie wieku. „Na razie mamy młodą drużynę. Za pięć lat Pedri będzie lepszy niż wszyscy pomocnicy PSG” – wypalił Ronald Koeman. Bardzo odważnie tuż po spotkaniu, w którym można było się rozpływać nad klasą Marco Verrattiego i cmokać nad dokładnością niedocenianego w skali świata piłki Leandro Paredesa. Nawet jeśli 18-letni Kanaryjczyk rzeczywiście ich przerośnie, tego wieczoru na Camp Nou zobaczyliśmy, ile Barcelonie brakuje do gry o trofea. Nie tylko szerszej ławki rezerwowych czy kontynuowania wymiany pokoleniowej, ale nowych impulsów niemalże w każdej formacji.

Zastanawialiśmy się, jak w pojedynkę poradzi sobie Kylian Mbappe, któremu brakowało tak wielkiego wieczoru w Champions League. Nie zdobył bramki w całej ubiegłorocznej fazie pucharowej, potrzebował takiego odbicia jak na zakończenie fazy grupowej z Basaksehirem. I 22-letni mistrza świata dał nam – jak to napisał Julio Maldonado – reinkarnację Ronaldo Nazario. Polował na bramki z głodem godnym jego największego idola Cristiano Ronaldo. A hat-trick z Barceloną był pełnym wachlarzem możliwości Francuza: najpierw odjechał Lengletowi na malutkiej przestrzeni, zadając kłam teoriom, że potrafi grać tylko na dużym placu, później pokazał czutkę napastnika i znalazł się w polu karnym, na końcu w swoim stylu wykończył kilkudziesięcometrowy kontratak. Wszystko w różnorodnym stylu.

I dziś możemy przecierać oczy ze zdumienia, że Francuz ma dopiero 22 lata, a już na wyciągnięcie ręki złapał wynik strzelecki Luisa Suáreza z całej kariery w Lidze Mistrzów. Do wyprzedzania będzie się szykował w najbliższych tygodniach, oglądając w tylnym lusterku rezultaty Van Bastena, Cruyffa, Romario czy Platiniego. Nie musi rozważać, czy postawić na rzemieślniczą skuteczność, czy widowiskowy artyzm, bo w takich meczach serwuje kompleksową obsługę. Nie byłoby tego jednak bez siły Moise Keana, wirtuozerii Leandro Paredesa, klasy Marco Verrattiego czy dojrzałości Marquinhosa. W stolicy Katalonii przekonaliśmy się, że paryżanie nie są uwiązani na smyczy Neymara. Że ich jedynym pomysłem na grę nie jest – jak mawia klasyk – podanie futbolówki do Brazylijczyka i wymyślanie cieszynki. Piłkarze Pochettino pokazali nie tylko odpowiedzialność i wielowymiarowość, ale ponad wszystko pewność siebie charakterystyczną dla ekip mierzących w Puchar Europy. Finał z Lizbony nie widzi im się jako sufit możliwości.

Chociaż Leo Messi wykonał jedenastkę perfekcyjnie i przeżywał najlepsze tygodnie tego sezonu, mógł z bliska zobaczyć, jaka jest różnica między projektem papierowym a wyznaczającym trendy. Świat cmoka nad umysłem Ralfa Rangnicka, a on mówi wprost: nowoczesna piłka pisze się w Paryżu, tak samo jak w Monachium, Manchesterze czy Liverpoolu, to ośrodki rewolucji. Nie zrzucając całej winy na Ronalda Koemana, bo pracuje w wyjątkowo niewdzięcznych realiach, to Messi mógł dotknąć dwóch światów. Barcelona nadal wymaga pożegnań i zmian (Busquets), potrzebuje nauki (Pedri i Dembele), domaga się więcej charakteru jak u Gerarda Pique. „Pieprzone utrzymanie się przy piłce, Grizzi, do cholery, wszyscy biegamy jak poje...” – rugał kolegów, przedzielając każde słowo wyrazistymi przekleństwami. Katalończyk wrócił po trzymiesięcznej kontuzji, nie wytrzymał całego meczu, ale trudno nie odnieść wrażenia, że bez niego byłoby jeszcze straszniej. Problemy zaczynają się jednak od góry, a Barcelona nadal czeka od dłuższego czasu na prezydenta, dyrektora sportowego i inne głowy tej instytucji.

W tym samym czasie Neymar od wielu miesięcy wydzwania do swojego przyjaciela Leo, snując cudowne opowieści o magii Paryża. Przekonuje wspaniałym zespołem, namawia atmosferą w szatni i rosnącymi ambicjami, mami wspólnymi grillami, atrakcyjnymi pieniędzmi i znacznie większą szansą na odkurzenie gabloty. Na dziś ocenianie, gdzie wyląduje w przyszłym sezonie Argentyńczyk, jest zwykłą zgadywanką. Ale już w 1/8 finału Ligi Mistrzów przekonał się, jak wygląda projekt stojący na potężnych fundamentach i mający perspektywy na wiele lat. A – jakkolwiek moralnie to brzmi – ponad wszystko moc w postaci zastrzyku katarskich pieniędzy zdolnych do omijania wszelakich regulaminów pod płaszczykiem działalności pozasportowej.

Samo ogranie Barcelony nie jest niczym nadzwyczajnym, bo ledwie tydzień temu dokonała tego ze względnym spokojem dojrzała Sevilla. Ale samo spojrzenie na potencjał PSG powinno wzbudzać uznanie. Kapitan Marquinhos (26 lat) i Presnel Kimpembe (25 lat) to duet środkowych obrońców, którzy błędy młodości zostawili za sobą i śmiało mogą naznaczyć całą erę paryskiej drużyny; Paredes jest jeszcze dość cichym nazwiskiem jak na Europę, ale nieprzypadkowo kosztował 40 mln euro; Verratti z krótkimi przerwami kręci się wokół najbardziej utalentowanych graczy na swojej pozycji; a Neymar i Mbappe to moc talentu oraz marketingu, które dodają magii całemu pomysłowi.

Paryż jest gotów do dalszego pompowania pieniędzy pod świeżym okiem Mauricio Pochettino. Przynajmniej do pierwszego załamania, wtedy najzwyczajnie poszuka wymiany. Nic dziwnego, że przy takim rozmachu akcja pod tytułem „przekonajmy Messiego” przeniosła się głośno do mediów. Koeman narzekał, że to nieeleganckie standardy, ale ani Neymar, ani Di Maria – czyli najwięksi nieobecni pierwszego meczu – nie mieli problemów ze snuciem wizji wspólnej gry w jednych barwach. Paryż działa dumnie i bezczelnie: kilkadziesiąt minut po triumfie nad Barceloną katarska agencja prasowa ogłosiła przedłużenie umowy z Neymarem o cztery lata, czyli do 2026 roku. Jakby cztery trafienia były niewystarczające. Nie trzeba dodawać, skąd są właściciele PSG ani gdzie odbędzie się najbliższy mundial. Chcemy czy nie, tacy jak Mbappe rozświetlają drogowskaz na przyszłość.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Uwielbia opowiadać o świecie przez pryzmat piłki. A już najlepiej tej grającej mu w duszy, czyli latynoskiej. Wyznaje, że rozmowy trzeba się uczyć. Pasjonat futbolu i entuzjasta życia – w tej kolejności, pamiętajcie.