Od czasów powstania Khan Academy dużo mówiło się o tym, że Internet może zmienić edukację, a wirtualne spotkania powinny być standardem w szkolnictwie. Pandemia koronawirusa stanowiła weryfikację założeń idei edukacji zdalnej. Jak wyszło?
Autor tekstu: Rafał Pikuła
Przez lata cyfrowa transformacja była kierunkiem rozwoju, ale z powodu wirusa SARS‑CoV‑2 stała się także koniecznością. Jak się okazało już w zeszłym roku - w praktyce przymusowe przejście do rzeczywistości online nie było zbyt trudne. Świat w mig zaczął przypominać ten z serialu Black Mirror. Wczorajsza przyszłość stała się teraźniejszością. Z impetem zapukała do naszych drzwi wcześniej, niż się spodziewaliśmy.
Niemniej z cyfrową zmianą jest tak, że aby była udana musi być przygotowana, a po drugie - musi być raczej efektem ewolucji a nie rewolucji. Spontaniczna i przymusowa będzie tylko festiwalem udręk.
Przymus prostą receptą na katastrofę
W marcu 2020 roku posadziliśmy nagle żywe, żądne życia dzieciaki przed ekranami monitorów; dzieci, które owszem orientowały się jak użyć smartfona czy komputera, ale kompletnie nie wiedziały jak tych narzędzi użyć do nauki. Skutki nauki zdalnej - organizowanej bez pomysłu i strategii - są opłakane. Już przy okazji wiosennego lockdownu dużo mówiło się o dzieciach, które po prostu wypadły z systemu. Najczęściej z powodu braku wsparcia ze strony dorosłych – nauczycieli i rodziców – jak i ograniczeń technologicznych. Nie uczestniczyły w powszechnej, oficjalnie obowiązkowej edukacji.
Spora część dzieci nie miała warunków do zdalnej edukacji; uczniowie musieli gnieździć się w ciasnych mieszkaniach z rodzicami na home office i gubili się w natłoku absurdalnych cyfrowych zadań. W nie lepszej sytuacji znaleźli się sami nauczyciele. Raz, że nie wszyscy byli/są biegli w sztukach cyfrowych, dwa – niemal wszyscy wylądowali w absurdalnej sytuacji przemawiania do monitora. Tym gorzej, że w wielu przypadkach na monitorze wyświetlały się tylko czarne prostokąty z -niewiele mówiącymi - inicjałami.
Większość platform, z których korzystano przy okazji edukacji zdalnej na co dzień ma nazwy, sugeruje wspólnotę. Wskazują na kolektywne przestrzenie, które nie istnieją. Mówimy spotkajmy się na Zoomie lub do zobaczenia na Skype, tak jakbyśmy spotykali się w klasie. A spotykaliśmy się – uczniowie, studenci, nauczyciele, wykładowcy, a także wszelkiej maści kursanci – w samotności; przyspawani do komputerów, w tyranii czarnych prostokątów.
Inna rzecz, że nawet gdy rozmawialiśmy przy włączonych kamerkach, załączała się w nas ciągła, instynktowna kontrola własnego wizerunku. Jak wyglądam? Jak widzą mnie inni? Hiperwidzialność – o której pisali liczni krytycy edukacji zdalnej – sprawiała, że czuliśmy presję ciągłej obserwacji. Przez 45 minut lekcji czy 90 minut wykładu martwiliśmy się jak widzą i słyszą nas inni; skupialiśmy się na barwie naszego głosu, a nie na tym, co mówiliśmy, nerwowo poprawialiśmy grzywkę i modliliśmy, żeby nikt nagle nie wszedł nam do pokoju. Słowem - robiliśmy wszystko zamiast oddać się w pełni rozmowie.
Przymusowa edukacja zdalna źle wpłynęła na dzieci i młodzież - potwierdzają to naukowcy. Według danych Uniwersytetu Kalifornijskiego prawie połowa nastolatków w Kalifornii zgłaszała problemy ze zdrowiem psychicznym.
Raport Loneliness in America: How the Pandemic Has Deepened an Epidemic of Loneliness and What We Can Do About It (Samotność w Ameryce: jak pandemia pogłębiła epidemię samotności i co możemy z tym zrobić) pokazuje, że najczęstszymi problemami psychicznymi wśród dzieci i młodzieży w okresie pandemii są depresja i lęk. Rodzice co trzeciej dziewczynki i co piątego chłopca zgłaszali pogorszenie stanu psychicznego swojego dziecka. Odsetek zaburzeń snu był podobny. Rodzice wskazywali również na wycofywanie dzieci z życia rodzinnego (24% dla dziewcząt i 21% dla chłopców) oraz agresywne zachowania (odpowiednio 8% i 9%).
Psychicznie ucierpieli także dorośli. Na problemy psychiczne wywołane trwałą izolacją, niepewnością i fatalnymi informacjami (powszechnym zjawiskiem był na przykład doomscrolling, czyli kompulsywne przeglądanie Internetu, w szczególności złych wiadomości) skarżyli się równie często także dorośli. Niemniej to dzieci i młodzież – z racji nie do końca ukształtowanej psychiki i wrażliwości – najboleśniej odczuwają pandemiczną rzeczywistość.

Czy edukacja zdalna jest możliwa?
Edukacja zdalna sprawdziłaby się tylko wtedy, gdyby była elementem, wsparciem tradycyjnej edukacji. Pandemia pokazała, że pełne wejście w świat cyfrowy nie jest możliwe. Jest wręcz szkodliwe. Jako homo sapiens nie możemy być w pełni cyfrowymi istotami. Jakby banalnie to nie brzmiało: jesteśmy zwierzętami stadnymi, potrzebujemy drugiego człowieka, fizyczności a technologia – póki co – nie może dać nam wiernej symulacji rzeczywistości fizycznej. Nawet, gdy zaprzęgniemy do tego najlepszą sztuczną inteligencję (AI).
Marc Prensky, amerykański pisarz i badacz, twórca pojęcia digital natives eksperymenty z edukacją wspieraną technologią komentował następująco: Sztuczna inteligencja nigdy nie zastąpi człowieka w roli nauczyciela relacji międzyludzkich. Tylko człowiek może nauczyć drugiego człowieka zaufania, niezależności, umiejętności współpracy, empatii. Nie znaczy, że nie wierzył w moc technologii. Ufał jej, ale był przeciwnikiem bezkrytycznego zachwytu innowacjami. Prensky w książce Education To Better Their World: Unleashing the Power of 21st Century Kids podkreślał, że technologia może być ogromnym wsparciem edukacji. Głównie dlatego, że może ona oddziaływać na wiele zmysłów. Przykładem są technologia rozszerzonej rzeczywistości (AR) i wirtualnej rzeczywistości (VR).
Korzyści z rzeczywistości 2.0
Szansą edukacji zdalnej może być rozszerzona rzeczywistość i wirtualna rzeczywistość. Zasadność tych technologii tkwi w metodzie nakładania informacji generowanych komputerowo na rzeczywiste obiekty oraz pracy na wirtualnych obiektach w rzeczywistym otoczeniu. Umożliwia to edukację multisensoryczną, na wyższym poziomie, z realną symulacją rzeczywistości fizycznej. Dlaczego to takie ważne? Nie od dziś wiadomo, że najlepsze wyniki w edukacji przynosi edukacja przez wszystkie zmysły. Metody zmysłowe od lat stosowane są w szkołach językowych – kto pamięta, jak ucząc się słówka ball, trzymał w ręku piłkę?
Z AR i VR korzysta słynna Khan Academy, której celem jest upowszechnienie edukacji i uczynienie jest bardziej dostępną. Projekt zakłada naukę przez komputery, w sytuacji, gdy nauczyciel poprzez program może koordynować pracę wszystkich uczniów naraz w czasie rzeczywistym. Uczeń nie musi czekać, aż pani zbierze zeszyty i po tygodniu odda sprawdzone z wypisanymi na czerwono uwagami. Twórcy Khan Academy o edukacji zdalnej mówili ponad dekadę temu – tyle, że nie zakładali, że będzie ona powszechna i przymusowa. Według nich - miała być alternatywą dla tradycyjnej szkoły.
Technologia AR i VR świetnie sprawdza się na kursach z zakresu technologii montażowych i naprawczych (szkolenia z budowy samolotów, naprawa części w maszynie, trudno dostępnych elementów konstrukcji). Mogą być pomocne także na innych praktycznych zajęciach, gdy niezbędna jest potrzeba wizualizacji procesu czy efektu działań.
Szkolenia wykorzystujące rozwiązania rzeczywistości rozszerzonej to także oszczędność czasu i redukcja kosztów. Często do przeprowadzenia szkolenia nie jest potrzebny instruktor czy nauczyciel – wystarczą same okulary AR albo aplikacja VR. To świetne rozwiązanie przy niedoborze pedagogów. Avatar nauczyciela może być dobrym rozwiązaniem, gdy jego fizyczna obecność nie jest akurat możliwa.
Jaka musi być szkoła XXI wieku?
Dobrze zorganizowana edukacja zdalna to nie tylko zmiana technologiczna, ale także (r)ewolucja systemowa. Edukacja musi iść z duchem czasu, a wiodącymi trendami społecznymi jest indywidualizacja i personalizacja. Tak się dzieje w świecie marketingu. Tego uczą nas media społecznościowe.
Edukacja musi działać jak Netflix. To znaczy, że musi być na żądanie, dostosowana do indywidualnych potrzeb ucznia, studenta czy pracownika. Musi być dynamiczna jak współczesny świat i atrakcyjna, bowiem w epoce nadmiaru bodźców i wielu narracji, musi utrzymać zainteresowanie ucznia czy kursanta.
Prof. Vivek Wadhwa z Carnegie Mellon University, ekspert ds. edukacji w książce The Driver in the Driverless Car: How Our Technology Choices Will Create the Future, podkreślał, że Internet i nowoczesne technologie są wielką nadzieją edukacji, ale nie można iść na skróty.
Zdaniem Wadhwa edukacja opiera się na emocjach i z tej przyczyny obecność człowieka jest niezbędna. A ten człowiek musi umieć wykorzystać technologię do swoich celów. Tablety, smartfony, rozszerzona i wirtualna rzeczywistość nie zastąpią fizycznej obecności nauczyciela. Ten będzie musiał być biegły cyfrowo, by prowadzić ucznia czy studenta poprzez cyfrowe narzędzia.
Przyszłość edukacji musi być hybrydowa - świat, w którym żyjemy już dawno przestał być analogowy. Szkoła zaś nie powinna być muzeum starodruków, ale miejscem, gdzie można nauczyć się bezpiecznego wykorzystania technologii. Pandemia pokazała, że o ile transformacja cyfrowa jest koniecznością, to nasz udział w niej powinien być przemyślany. Między tyranią prostokątów z Zooma, a naiwną wiarą w łatwą dostępność znajduje się trudny projekt nowej lepszej szkoły. Takiej, która przygotowuje uczniów do cyfrowego świata, gdzie jedyną stałą jest zmiana.

