Utarty piłkarski frazes mówi, że zwycięzców się nie sądzi, tymczasem mimo tego, że Anglicy wygrali swoją grupę, nie brakuje głosów niezadowolenia. Podstawowy zarzut jest taki, że jak na posiadany potencjał, drużyna Garetha Southgate'a gra mało efektownie w ofensywie i nie przekonuje. Na Chorwację, Szkocję i Czechy to wystarczyło, ale zaraz nadejdą poważniejsze wyzwania, a wątpliwości, mimo dobrych wyników na papierze, jest sporo.
Dyskusja o reprezentacji Anglii rozbija się o to, jak kto postrzega piłkę nożną i co uważa za główny cel. Jeśli tym są zwycięstwa i zatrzymywanie swoich rywali, Gareth Southgate może spać spokojnie. Jego piłkarze bez straconej bramki i z siedmioma punktami wygrali grupę D, dzięki czemu w 1/8 finału znów zagrają na Wembley. Jeśli jednak czyimś zdaniem drużyna ma dążyć do zdobywania wielu goli, wykorzystywać swój potencjał do maksimum i grać nie tylko po to, by odfajkować trzy punkty byle jak, to dyskusja o Anglikach staje się jak najbardziej zasadna.
TRYB EKONOMICZNY
Brak straconego gola w fazie grupowej to jedna strona medalu. Druga jest taka, że udało im się samemu zdobyć tylko dwie bramki. Jeszcze nigdy w historii mistrzostw Europy nie było zwycięzcy grupy z tak słabym dorobkiem. Nie jest to jednak wynik tego, że piłka nie wpada, a po prostu celowe podejście Anglików. W całym tegorocznym turnieju niższą średnią strzałów na mecz mają tylko Finlandia i Węgry, które praktycznie cały czas się broniły.
Anglia potrafi dobrze zaczynać mecze, co pokazała z każdym grupowym rywalem, ale później wyraźnie się cofa. Z Chorwacją po intensywnych, szybkich 20 minutach, gdy były okazje bramkowe piłkarze Southgate'a osłabli, choć wtedy tłumaczyli się upałem. Ostatecznie zwycięskiego gola zdobyli po przerwie nie po długo budowanej akcji, a szybkim wyjściu, kiedy Kalvin Phillips poprowadził piłkę, uruchomił Raheema Sterlinga, a ten strzelił na 1:0. Ze Szkocją zryw na początku przypieczętować mogli i Mason Mount, i John Stones, który trafił w słupek, ale ostatecznie skończyło się 0:0. Z Czechami z kolei znów widzieliśmy mocne otwarcie – był słupek Sterlinga, a później już jego bramka po wykończeniu dośrodkowania Jacka Grealisha – a później Anglicy włączyli tryb ekonomiczny.
Wiele o ich postawie mówi fakt, że w każdym z trzech spotkań to przeciwnik w drugiej połowie oddawał więcej strzałów. Ba, z Czechami Anglia miała tylko jeden, kiedy Jordan Henderson trafił do siatki, ale że był wtedy spalony, to w statystykach zostanie okrągłe zero. Kibice liczyli też, że odblokuje się Harry Kane, jednak napastnik Tottenhamu mimo że wreszcie oddał swoje pierwsze celne strzały na turnieju, bramki nie zdobył. Do niego jednak jeszcze przejdziemy.

Kogoś, kto ogląda reprezentację Anglii pod wodzą Southgate'a, taki obraz nie powinien dziwić. Owszem, w tym zespole nie brakuje wielkich nazwisk, ale selekcjoner podchodzi do meczów z myślą „po pierwsze: nie przegrać”. I choćby nawet w eliminacjach mierzył się z Albanią, to wystawia dwóch defensywnych pomocników, a bocznym obrońcom nie pozwala szarżować za bardzo do przodu – chyba że w systemie z wahadłowymi.
Nawet na tej pozycji Southgate ma kłopot bogactwa, i to mimo kontuzji Trenta Alexandra-Arnolda. Z lewej strony są Luke Shaw i Ben Chilwell, a z prawej Kyle Walker, Kieran Trippier i Reece James. Angielski selekcjoner wymaga od nich jednak odpowiedzialności w tyłach i widać to mocno po liczbach. Chilwell i James, którzy grali ze Szkocją, zamiast wykorzystywać przestrzenie, jakie robiły się plecami wahadłowych rywali, głównie ich pilnowali. W efekcie obaj mieli w cały meczu trzy próby dośrodkowania. Dla porównania Andy Robertson miał ich jedenaście.
DZIAŁ KREACJI PONIŻEJ OCZEKIWAŃ
To jednak kwestia nieco poboczna, bo najważniejszy zarzut tyczy się wykorzystania graczy stricte ofensywnych. Southgate ma do dyspozycji Phila Fodena, Masona Mounta, Raheema Sterlinga, Jacka Grealisha, Jadona Sancho, Marcusa Rashforda i Bukayo Sakę, więc z tworzeniem sobie sytuacji nie powinno być problemu. Tymczasem Anglicy pozostawiają pod tym względem wiele do życzenia. Oczywiście nie wszyscy są w stanie grać w takim wymiarze czasowym, w jakim by chcieli – szczególnie, że Southgate trzymaw każdym meczu w środku pola oś Declan Rice i Kalvin Phillips, więc jedno miejsce ubywa. Jest jednak na kim budować efektowny atak, a tego nie ma.
Najwyższą średnią kluczowych podań ma z tego grona Mount, ale daje mu ona miejsce dopiero miejsce w siódmej dziesiątce tej klasyfikacji na całym turnieju. Nieprzypadkowo więc kibice domagali się większej liczby minut dla Jacka Grealisha, który do momentu odniesienia urazu w końcówce lutego był pod tym względem niezrównany w Premier League. Rozgrywający Aston Villi pojawił się dopiero w drugiej połowie przeciwko Szkocji i faktycznie wniósł nieco ożywienia, a już z Czechami był jednym z najlepszych zawodników na boisku. To on asystował przy jedynym golu i nie bał się wchodzić w pojedynki. Jeśli coś ma się w grze Anglików poprawić, to wydaje się, że Southgate musi stawiać na Grealisha.

Zagadką jest jednak przede wszystkim brak Sancho. Każdy, kto ogląda go w Bundeslidze, zachodzi w głowę, jak to możliwe, że 21-latek rozegrał w fazie grupowej tylko sześć minut. Częstym tłumaczeniem jest to, że w reprezentacji Anglii Sancho jeszcze nigdy nie zachwycił i Southgate ma bardziej zaufanych ludzi, ale z drugiej strony Saka też jak do tej pory nie miał wybitnego występu w narodowych barwach, a mimo tego selekcjoner wystawił go na Czechów i ten spisał się świetnie. Dlaczego więc pomijać utalentowanego skrzydłowego, który zdołał już zdobyć dla Borussii Dortmund 50 bramek i asystować przy ponad 60 golach?
Anglii brakuje zawodników, którzy poza odpowiednim czuciem przestrzeni w polu karnym i umiejętnościami wykończenia akcji mogliby stworzyć przewagę w grze jeden na jednego i stworzyć ze swojej szybkości atut. Kogoś takiego jak właśnie Sancho.
PRZEMĘCZONY KANE
Wydaje się jednak, że klucz w odblokowaniu ofensywnego potencjału Anglików trzyma Kane. Z Chorwacją i Szkocją prezentował się słabo – do tego stopnia, że był zmieniany przed końcem meczu. Angielska prasa w swoim stylu zaczęła narrację o tym, że w takiej formie jest on zbędny drużynie narodowej, ale Southgate cały czas wierzy w jego odbudowę. Przed Czechami mocno go pompował i tłumaczył, dlaczego Kane to filar, jednak liczby są ostatnio niekorzystne: tylko dwa gole w dwunastu ostatnich meczach. Te wyłącznie na Euro (2016 i tegorocznym) są jeszcze słabsze. To już siedem spotkań i wciąż zero bramek.
Po snajperze Tottenhamu widać duże zmęczenie. Wygląda momentami na boisku tak, jakby przed każdą próbą sprintu ukończył właśnie spacer drwala. – Widzę, że nogi go nie niosą, jest nijaki. Oglądamy cień Harry'ego Kane'a – twierdził niedawno Alan Shearer. – Nie mam jednak wątpliwości, że potrzebuje lepszych zagrań. To nie jest krzykacz, który będzie prosił o piłkę w każdej akcji. W wielu akcjach widzę u jego kolegów jakieś zwątpienie albo strach, przez co nie podają w pierwsze tempo, tylko rozgrywają akcje dalej. Nie ma nic złego w tym, by Kane czasem upomniał się o podanie – dodawał.
Takie sytuacje, jakie miał przeciwko Czechom, świeży Kane kończy z zamkniętymi oczami. Tymczasem widać, że jest o pół tempa zbyt wolny albo zwleka. Nie pomaga również to, że często schodzi głęboko. Owszem, w klubie w tym sezonie zrobił z tego fantastyczny użytek, ale w kadrze ma większe wsparcie i eksperci zwracają uwagę, że mógłby grać bardziej jak klasyczna dziewiątka. Jak do tej pory ma na turnieju zaledwie osiem kontaktów w polu karnym rywali.
Nadzieją dla Kane'a jest dłuższy odpoczynek. Dzięki wygraniu swojej grupy Anglicy w 1/8 finału wystąpią dopiero 29 czerwca, czyli dostaną pełny tydzień odstępu między meczami, a dodatkowo nie muszą podróżować. Dla 28-latka, za którym wymagający sezon w Premier League, to szansa na dopracowanie detali. Kane w końcu musi obudzić się na największej scenie, bo to kolejny zarzut – co z tego, że trzy lata temu był królem strzelców mundialu, skoro pięć z sześciu goli strzelił wtedy Tunezji i Panamie, jednego dorzucił z Kolumbią, a w ćwierćfinale, półfinale i meczu o trzecie miejsce już się zaciął?
GORZEJ, CZYLI LEPIEJ?
Wyjście z pierwszego miejsca ma swoje atuty, ale też niesie za sobą pewne ryzyko. Anglicy trafią przez to na drugą drużynę z grupy F. Poprzeczka pójdzie zdecydowanie w górę, a jak do tej pory drużyna Southgate'a nie dała zbyt wielu argumentów do tego, by mówić, że faktycznie jest kandydatem do złota. Dobra organizacja to jedno, ale w starciach z elitą trzeba mieć do zaoferowania coś więcej.
Z drugiej strony starcia z najpoważniejszymi siłami tego Euro mogą pozwolić Anglikom na inną grę. To nie jest drużyna, która – jak Włosi na tym turnieju czy Hiszpania z najlepszych czasów – zamyka rywala i „zabija” posiadaniem piłki. Anglia pozwala grać. Widać to było przeciwko Chorwacji, dała się wciągnąć w chaotyczny mecz ze Szkocją, pozwoliła na kilka sytuacji Czechom, a i my możemy coś o tym powiedzieć po marcowym meczu na Wembley, kiedy doszliśmy do głosu w drugiej połowie.
Gra pozycyjna, oparta na posiadaniu piłki, nie do końca leży w ich naturze. Wolą raczej wychodzić z szybkimi atakami i korzystać z przestrzeni, jakie zostawia rywal. Francja, Portugalia czy Niemcy będą chciały zdominować posiadanie przeciwko Anglikom, a dla nich to niezła wiadomość. Może wtedy dobra defensywa w połączeniu z potencjałem ofensywnym pozwolą wyprowadzić kilka decydujących ciosów? Znając Southgate'a to wątpliwe i trudno nie snuć teorii, jaką piłkę Anglia mogłaby pokazywać, gdyby prowadził ją ktoś inny.
Dla selekcjonera faza pucharowa to moment prawdy. Kibicom marzy się medal, najlepiej złoty, ale mają poczucie, że podejście 50-latka ogranicza ich zespół, w dodatku na własne życzenie. Southgate obronić się może jedynie wynikami i tłumaczeniem, że turniejów nie wygrywa się efektowną grą, a konsekwencją. Na razie wykonał dopiero najłatwiejszą część zadania i musi udowodnić wszystkim, że jest w stanie poprowadzić Anglików do wielkich rzeczy.
