„Ostatni Mecz” to powieść w odcinkach, którą w każdy weekend publikujemy na newonce.sport – piłkarski thriller rozgrywający się w Londynie. Galeria szemranych postaci, nadciągające zło i jeden człowiek, który znalazł się w centrum szalonych wydarzeń. Dziś kolejna część historii. 10 pierwszych rozdziałów przeczytacie TUTAJ. Rozdział 11 – TUTAJ. Rozdział 12 – TUTAJ
Rozdział 13
PŁOMIEŃ
Werk zaciągnął się papierosem. Szybko przeliczył, że nie palił od trzydziestych urodzin kumpla ze szkolnej ławki, przez kilkanaście lat dając odpór pokusom, czy to przy okazji piwka w dobrym towarzystwie, czy w okresie największych dołków. Uznał nawet, że papieros jakoś do niego nie pasuje. Po pewnym czasie nie mógł zrozumieć, dlaczego w ogóle zaczął palić, ale na pewno wiązało się to ze stresem w szkole, po części z chęcią zaimponowania dziewczynom. W każdym razie palenie nie było mu do niczego potrzebne i zdziwił się nawet, widząc ile teraz kosztuje paczka papierosów, gdy pewnego razu znajomy poprosił go, by idąc do niego na imprezę Konrad kupił mu fajki.
Oglądał kiedyś program o nałogowych palaczach i jeden z nich opowiadał, że nigdy nie jesteś w stanie uwolnić się od raz uruchomionego nawyku. Ale Werk w to nie wierzył, widział wiele osób, które rzucały palenie na zawsze. Tamten nałogowiec wyznał jednak, że w stresującej sytuacji – zagrożenia życia, albo utraty kogoś bliskiego, to będzie pierwsza myśl: zapal sobie. Konrad był przekonany, że gdyby kiedyś miał trafić na krzesło elektryczne i pozwolono mu spełnić ostatnie życzenie, to byłby właśnie papieros. Tak pomyślał, oglądając tamten program. A teraz przecież siedział na krześle, prawda? I tylko Zjawa mógł załatwić, że w mieście odetną prąd, a egzekucja nie dojdzie do skutku.
Płomień zatańczył na zapalniczce i nowy papieros zaskwierczał złowrogo. Werk wybrał numer do Sophie Moon i odczekał kilka sygnałów, aż wreszcie zrezygnował. Nie nagrał się na pocztę. Czasem już tak było, że nie dało się z kimś zdzwonić, choć obie strony miały sobie do przekazania coś bez wątpienia pilnego. Po chwili zadzwonił za to Zjawa. – Porozmawialiśmy – zachrobotał głos w słuchawce. – I? – I będzie dobrze – Zjawa starał się wydobyć z siebie optymistyczne brzmienie. – Co dalej? – Werk próbował opanować drżenie strun głosowych. – Wciąż się boisz? Dziwne – odparł rozmówca. – Przecież powiedziałem, że sprawa jest załatwiona. – W jaki sposób? Nie mówisz. – Powiedzmy, że stanę się kimś w rodzaju, no nie wiem, pośrednika. Kontaktu – zarechotał. – Rozumiesz jak to działa? Będę twoim ochroniarzem, adwokatem, kim zechcesz. Ghu nie będzie się z tobą kontaktował. Każde twoje dalsze postępowanie będę monitorował ja. I raportował do Chińczyka. To chyba dobrze? – Werk usłyszał po drugiej stronie, jak Zjawa zaciąga się papierosem. On nigdy nie zamierzał nawet rzucać, a palił od zawsze. – Jaki jest teraz krok? – Werk przełknął ślinę. – Jutro do 20:00 dasz mi plan postępowania. Ghu jest niecierpliwy, ale swoimi metodami przekonałem go, że warto ci wierzyć i jesteś solidną firmą – wypuścił dym do słuchawki. – Yhm. – Przestań tyle myśleć, zacznij działać – powiedział Zjawa i jeszcze się nie rozłączył, a na drugiej linii Werk miał Sophie Moon. – Będzie jak mówisz, jestem solidną firmą. W zasadzie już taki plan zrobiłem, tylko teraz muszę udoskonalić swój szkic. Myślę, że przy moich kontaktach zdobytych przez lata powinno się udać. Musi się udać – poprawił się natychmiast. – Mógłbym usunąć Chińczyka, dobrze wiesz, dla mnie to nie problem. Gorzej z tobą. To są ludzie, którzy nie dali by ci spokoju do końca życia, gdziekolwiek byś wyjechał. Stawiam tym razem na dyplomację – powiedział Zjawa. – Jasne, rozumiem. Dyplomacja – Konrad rozłączył się i pomyślał o tym co widział. Samochodzie parkującym przed starą szopą. Chińczyku wleczonym po ziemi, Zjawie, który najpierw zabija swojego pomagiera, a potem podpala cały ten syf, z Chińczykiem leżącym na ziemi w środku. Kiedy patrzył na płomień zapalniczki rzuconej na ziemię tam, za starymi magazynami, wiedział, że jego kłopoty wcale nie spłonęły w pożarze. Przeciwnie. Oczywiście, że to było szaleństwo, jechać tam za Zjawą, ale musiał go sprawdzić. W zasadzie nie chciał się upewniać, że zabije Ghu, bo to wiedział. Zastanawiał się raczej, co mu powie w rozmowie, którą przed chwilą zakończyli. I w sumie też nie spodziewał się niczego innego. Morderca i oszust zawsze nim pozostanie. Tak jak palacz będzie palaczem, bez względu na aktywność nałogu. Zjawa dostrzegł okazję, dostał coś na tacy. A pogubiony, zestresowany Werk nie był w stanie wymyślić nic mądrzejszego. Nie mógł iść przecież na policję i powiedzieć, dlaczego akurat jego wybrał Chińczyk. Choć niewykluczone, że trochę wstydu było jednak lepsze niż śmierć. Werk czuł się teraz, jakby w gabinecie lekarskim usłyszał diagnozę. Nie, drogi panie, nie ma pana raka lewej półkuli mózgu, najmocniej przepraszam za pomyłkę. Mam pan raka prawej półkuli. Zapalił kolejnego papierosa, płomień wzniósł się na czubku, chwytając łapczywie żółtymi łapami za tytoń. Seksowny głos Sophie Moon nie koił lęków.
***
Normalnie w takich okolicznościach Marcus Welsh byłby wniebowzięty. Kobieta, która rozpalała zmysły połowy ligi, sam widział zawodników, którzy mieli ustawione jej zdjęcie na tapecie w telefonie, roztaczała w pomieszczeniu woń perfum, ale nie mógł jej dotknąć, jak we śnie. Kiedy podpisał pierwszy profesjonalny kontrakt, marzył, by Sophie Moon była dziwką, której po prostu może zapłacić za seks, tak bardzo jej pożądał. A teraz siedział w jej apartamencie i nie mógł uwierzyć, że ich relacja sprowadzi się do taniego szantażu.
Sophie Moon powiedziała mu, że jeśli nie spełni pewnej prośby, ona ostatecznie go pogrąży, nagłaśniając sprawę aresztowania w wyniku bójki, a jeśli tego byłoby mało, opowie, że wyciągnęła go z więzienia z dobrego serca, będąc wielką fanką talentu, on zaś zaczął się do niej dobierać w samochodzie. Jako osobnik o zerowej w tej chwili wiarygodności nie miał szans na wyślizgnięcie się z potrzasku, jaki na niego zastawiła, na dodatek przednio się przy tym bawiąc.
– Niepotrzebnie się stresujesz, będzie dobrze – powiedziała, zaciągając się papierosem. Siedziała w fotelu i nawet tutaj wyglądała, jakby ktoś wyciął jej zdjęcie z gazety, tyle że w naturalnym rozmiarze. Marcus Welsh nie czuł już jednak pożądania. Bał się jej. Zrozumiał, jak władczą jest kobietą i czuł, że wplątał się w niezłe tarapaty. Znowu. Wyszła do kuchni. Słyszał jak z kimś rozmawia, ale nie był w stanie ułożyć logicznego ciągu ze strzępków padających zdań. Pomyślał przez chwilę, że mógłby ją tutaj i teraz załatwić, ale odgonił to szybko, przecież Londyn jest naszpikowany kamerami, a już na pewno brama wyjściowa z aresztu i ta bardzo droga kamienica. Nie, uspokój się. Poklepał się po twarzy i zastanowił, czy da radę oddać przysługę. Najpierw musiałby się pozbierać i wrócić do klubu, szybko przekonać trenera, że ma za sobą kłopoty i jest gotowy do powrotu. Fizycznie czuł się wrakiem, jak nigdy wcześniej. Nie będąc na boisku nie nadawał się do wypełnienia planu Sophie Moon.
– Jaki plan? – zapytał Werk. Zniżyła głos, mimo że kuchnię dzieliło od reszty apartamentu kilka dobrych metrów. – Doskonały – brzmiała jak ktoś, kto poznał właśnie numery jutrzejszej loterii. – Posłuchaj, od dawna chciałam to zrobić, ale brakowało mi – że się tak wyrażę – narzędzi. – Jestem narzędziem? – spytał Werk, coraz bardziej przerażony, że znów ktoś coś od niego chce. – Raczej rzeźbiarzem – szepnęła. – Masz karty, jakich brakuje w mojej talii. Ja mam pozostałe i plan, który nie może nie wypalić. Kiedy ci go przedstawię, przyznasz mi rację – mówiła podekscytowana. – Okej. Powiedzmy, że mogę wysłuchać, choć na pewno nie w najbliższych dniach, będę trochę zajęty – odparł wymijająco. Wkurzyło ją to. – Bezpowrotnie stracisz szansę na prawdziwą nagrodę – rzuciła. – A co nią jest? – Ucieczka do lepszego świata – odparła. I kto wie, być może gdyby użyła jakiegokolwiek innego argumentu, nie miałby ochoty na dalszą rozmowę. Natomiast wyraźnie zaintrygowało go słowo „ucieczka”. Zapalił kolejnego papierosa, dziwnie czuł się ze świadomością, że Sophie Moon zaczęła mu się wydawać wyjściem awaryjnym z sytuacji, z której tak naprawdę nie widział wyjścia. Jakby ktoś rozświetlił loch, w którym był zamknięty.
