OSTATNI MECZ #14. Playmaker i scenarzysta

Zobacz również:Wraca Premier League! Faworyci, nowicjusze i Polacy w kotle najlepszej ligi świata (PODCAST)
typewriter-e1591555103930.jpg
fot. Geography Photos/Universal Images Group via Getty Images

„Ostatni Mecz” to powieść w odcinkach, którą w każdy weekend publikujemy na newonce.sport – piłkarski thriller rozgrywający się w Londynie. Galeria szemranych postaci, nadciągające zło i jeden człowiek, który znalazł się w centrum szalonych wydarzeń. Dziś kolejna część historii. 10 pierwszych rozdziałów przeczytacie TUTAJ. Rozdział 11 – TUTAJ. Rozdział 12 – TUTAJ, a rozdział 13 – TUTAJ.

ROZDZIAŁ 14

Playmaker i scenarzysta

Długo czekałem, żeby wyjść z ukrycia, ale coraz częściej nie mogę już wytrzymać. Podobno nie jest to mile widziane w scenariuszach, kiedy główny aktor, nazwę go może playmakerem, będzie bliżej futbolu, wchodzi do gry tak późno. W końcu to ja rozpisałem wszystkie role. Kiedy znasz jakiś ekosystem tak dobrze jak ja, to po pewnym czasie jesteś w stanie nie tylko przestać dziwić się określonym zachowaniom, ale nawet przewidywać reakcje. Przypomina to układanie domina. Implikacja to bardzo ładny termin. Coś powoduje coś. Akcja, reakcja. Konkretny algorytm kieruje całym naszym życiem i jeśli wiedzielibyśmy, że dany wybór wywoła właśnie takie a nie inne skutki, to żyłoby się nam dużo łatwiej.

Dlaczego? Nie pytajcie. Powód jest dość banalny, byłem znudzony samą obserwacją. Chciałem też wiedzieć, czy śnieżka, którą ulepisz na szczycie wielkiej góry, rzucona przed siebie, jest w stanie wywołać lawinę. Okazało się, że tak. Nie wszystko trzeba zabierać do grobu. Kim jestem? Gdybym teraz wyszedł z ukrycia, to pewnie musiałby być koniec opowieści, a przecież wszyscy chcemy jeszcze trochę popatrzeć, prawda? Chodzi o zabawę, rozrywkę na koniec męczącego dnia. Czekacie na różne rzeczy. Jeden na scenę seksu z udziałem Sophie Moon, inny na karę, jaką musi ponieść Zjawa. Jako narrator całej opowieści dobrze się bawię.

Rozkładówki gazet są każdego dnia zapisywane mniej lub bardziej wartościowymi historiami. Uważam, że świat zasługuje tylko na te dobre. Nie lubię tych momentów, w których człowiek otwiera gazetę, zajada pyszne english breakfast, popija idealną kawą – ani za mocną, ani za słabą – i nie odnajduje żadnych ciekawych treści. Zastanawiam się wtedy, gdzie są przełożeni tych ludzi. Dlaczego nie weryfikują ich umiejętności? Odpowiedź jest prosta i zarazem dość smutna: zbyt zajęci bywają walką o roczne premie, utrzymaniem posad, które w wielu przypadkach niełatwo było zdobyć. Najgorsi są tacy, którzy znaleźli się na jakimś bardzo wysokim stołku w wyniku splotu okoliczności. Nie posiedli dużych kompetencji, po prostu puzzle ułożyły się tak, że to oni pojawili się finalnie na obrazku. Znam takich.

To ja poinformowałem Chińczyka o nadciągającej zarazie. Niekiedy, chcąc dodać sobie autorytetu, nie cytujemy prawdziwych źródeł. To coś jak z podbiciem argumentacji zdaniem: „Czytałem w jakiejś gazecie...”. Albo: „Oglądałem taki film dokumentalny...”. Powoływanie się na nieistniejące artykuły i filmy. Gdybyście dopytali: „A co to za film? Jaki nosił tytuł? Gdzie go znajdę? Naprawdę chcę go zobaczyć!”, nie usłyszelibyście prawdopodobnie odpowiedzi. Ale nie pytacie. Przez grzeczność. Nie sprawdzamy naszych rozmówców, bo nie mamy zamiaru ich urazić. Nie gniewam się o to. Tak jak nie gniewam się na Chińczyka, że nie powołał się na mnie, lecz azjatyckiego profesora. W sumie – miał prawo. Nie jego wina, że profesor nie istniał.

Wiecie co? Myślę, że mam całkiem spory autorytet, na pewno na tyle duży, że kiedy powiedziałem Chińczykowi o tym, co za chwilę się wydarzy, powołując na rozmowę z poważnym człowiekiem ze świata medycyny, on natychmiast uznał to za rzecz stuprocentowo prawdziwą. Podziwiam go, bo od razu przystąpił… do działania. Obserwowanie, z jaką prędkością mknie w stronę Układu, którego funkcjonowanie znałem przez lata, ale nie miałem za bardzo ani sił, ani dowodów, ani wielkiej chęci, by się do niego dobrać, było doprawdy frapujące. Algorytm zaczął działać. Narysowałem go sobie w domu. Wybory, które mnie, jako scenarzystę i playmakera, nie zadowalały, zaznaczyłem na czerwono, te pomyślne zaś na zielono. Bohaterowie, których popchnąłem do działania szli zieloną ścieżką. Tak jak sądziłem – byli bardzo przewidywalni.

Nie wiem jeszcze tylko, co zrobi Sophie Moon. Ona jest najbardziej nieobliczalną osobą. Nie powiedziałbym nigdy, że głupią. Po prostu działa spontanicznie, co dla algorytmów bywa zgubne. Możliwe, że chce tutaj rozegrać partię w partii, mecz w meczu,, tak mi się zdaje. Ale jakoś mnie to nie martwi. Konrad Werk myślał, że można zmienić swoje życie na lepsze dzięki wejściu w konszachty z wpływowymi ludźmi. Nie on pierwszy, nie mam mu tego za złe. Bardziej dziwi mnie jego brak inteligencji. Ten człowiek jest bardzo naiwny i w tym aspekcie nawet jest mi go szkoda. Mam w domu starą maszynę, którą kupiłem na pchlim targu we Frankfurcie, była w doskonałym stanie. Zapisuję na pojedynczych kartkach charakterystykę postaci, jakie przewijają się w galerii dziwadeł, które tutaj spotykacie. Ale o Werku napisałem tylko kilka zdań. Wydaje mi się nijaki. Robi coś, sam nie wie po co. Nie jest bohaterem książkowym. Jego motywy bywają dziwne, miałkie. Mam przeczucie, jak skończy, ale nie będę się tutaj mądrzył. Piłkarze – wiadomo, zadbają o własny tyłek, do samego końca. Ale uwikłali się w tyle zależności, że trudno będzie wszystkich zadowolić. Coś mi się zdaje, że to chyba już niemożliwe. Zacznie się wybieranie mniejszego zła.

Przygotowując całą operację uświadomiłem sobie na serio, ile wiem rzeczy. Może one mi zaczęły trochę ciążyć? Uwierały mnie. Myślałem o nich niekiedy przed zaśnięciem. Wiecie jak to jest, każdy zna trochę ciemnych stron różnych ludzi, ale niekoniecznie musi to rozgłaszać. Prawda jest taka, że gdybyśmy chcieli żyć według ideałów, byłoby to prawdopodobnie samotne życie. Sporo osób na świecie to kanalie. Kłamią, wystawiają przyjaciół, zdradzają żony, czerpią zyski z czegoś, z czego nie powinni. Na każdego znajdzie się paragraf. Jeżeli jesteś fanem poczciwego życia, to dzisiejszy świat nie jest miejscem dla ciebie. Może dlatego postanowiłem posprzątać ogródek, do którego nikt nie zaglądał. Wydawał się nieistotny. Myślę, że mi się to uda. Patrzcie – jeden okropny człowiek już nie żyje. Mam na myśli Chińczyka, to jasne. Ale ten drugi, któremu obcięto głowę, oj, sporo miał za uszami. Łapówki, lewe kontrakty, fikcyjne umowy. Oczywiście nie ucięto mu głowy za te wszystkie występki. No dobra, trochę nakierowałem Ghu, może nie powinienem był mówić, ale pamiętam, że zdanie to sprawiło mi dużo satysfakcji. Zabrzmiało trochę, nie wiem, jak z Bonda? – Jeśli mają się zacząć bać, muszą zobaczyć, że nie zawahacie się przed niczym – rzuciłem od niechcenia. Oczywiście, że wiedziałem o bardzo ważnej rzeczy – ja w zasadzie wiem wszystko – Dean Rockwell nie zapłacił chińskiej mafii haraczu za prawa do transmisji. W algorytmie stało jak wół, że Ghu zabija Rockwella (na zielono) i Ghu nie zabija Rockwella (na czerwono), ale kiedy skinął głową i zamrugał, wiedziałem, że to jak zielone światło na pustej Kensington High Street w godzinach wieczornych. Można jechać dalej i to szybko.

Czy ktoś jeszcze zginie? Nie pytajcie mnie o takie rzeczy, to są poważne tajemnice. Ale powiem wam, że tak, niech będzie. Muszę uciekać. Popiszę dziś jeszcze trochę na maszynie.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Dziennikarz Canal+. Miłośnik ligi angielskiej, która jest najlepsza na świecie. Amen.