„Ostatni Mecz” to powieść w odcinkach, którą w każdy weekend publikujemy na newonce.sport – piłkarski thriller rozgrywający się w Londynie. Galeria szemranych postaci, nadciągające zło i jeden człowiek, który znalazł się w centrum szalonych wydarzeń. Dziś dziewiąty rozdział historii.
Jeśli przegapiłeś poprzednie rozdziały, znajdziesz je tutaj:
pierwszy drugi trzeci czwarty piąty szósty siódmy
ósmy
Strach wprowadził się do jego głowy na dobre, a teraz zaczął już urządzać lokum po swojemu. Przejmował nad nim kontrolę i odbierał rozum. Przyjął to jako rodzaj kary – wracającej karmy, która w jego przypadku oznaczała wyrok. Nie powinni byli tego robić. Żadnej z tamtych rzeczy. Sam nie wiedział, kiedy porzucił system wartości, który tak mocno pielęgnował przez lata. Kiedy stał się tym kimś, kogo na dobrą sprawę sam nie znał. Za szybko poszło, za łatwo. Konrad Werk naciągnął na głowę kaptur i czuł się dzisiaj jak bohater grany przez Keanu Reevesa w „Adwokacie Diabła”. Przemierzając Baker Street odnosił wrażenie, że każdy na niego patrzy, ale nie widział ludzi, lecz zjawy. Nie tylko bał się ich w taki sposób, w jaki dziecko boi się ciemności, ale też przerażała go wiedza, którą posiadł w wyniku rozmowy z Ghu. Miał ochotę wrzasnąć na cały głos: – Uciekajcie stąd! Tak jak krzyczy ktoś, kto wie, że za chwilę wybuchnie bomba.
Niczego nieświadomi mieszkańcy Londynu przemierzali świat po staremu, w poszukiwaniu ułudy, chwilowego szczęścia, narkotyzując się w trakcie tygodnia zakupami, w weekendy prawdziwymi dragami. Nikt tak naprawdę nie zwracał uwagi na mężczyznę z podkrążonymi oczami, zmierzającego do pubu „Prince William”. Niebo płakało nad scenariuszem przyszłości, być może tam na górze ktoś wiedział już o nadciągającej apokalipsie. Ghu wyznał Konradowi, że śmierć rozprzestrzeni się wyjątkowo szybko i zostaną zamknięte całe miasta, lotniska oczywiście również, dlatego tak ważny jest czas. Należy uciec wtedy, gdy będzie to jeszcze możliwe. Do tego momentu droga była jednak daleka, ponieważ nakłonienie tylu ludzi, by współpracowali ze sobą w imię abstrakcyjnej idei, graniczyło z cudem. Telefon znów zawibrował złowrogo w kieszeni kurtki i Konrad zerknął tylko, kto dzwoni. Ponownie Sophie Moon. Wydało mu się to podejrzanie dziwne. Zapiął kieszeń, jakby w ten sposób chciał zamknąć telefon w celi, do której nikt nie ma dostępu.
Chris Bowyer siedział w ostatniej sali, najmniejszej w pubie, i kończył dopijać cydr. Konrad nigdy nie rozumiał jego umiłowania do tego napoju, ale po jakimś czasie zrozumiał, że kumpel pija go tylko na kaca. Zatem znowu. Parę razy nie tyle zwrócił mu uwagę, co zapytał, czy picie praktycznie codziennie jest zdrowe, a może, czy nie szkoda mu zdrowia? Jakoś tak. Bowyer, jak każdy funkcjonujący alkoholik, zaśmiał się głośno. Jeszcze tego samego wieczoru wyartykułował około dziesięciu razy, że nie jest alkoholikiem, za każdym razym trzymając w ręku jakiś trunek. Oczywiście, że był. Z wygody, jak wielu chorych na to ludzi, nie przyznawał się przed sobą. W jego mniemaniu skoro funkcjonował, to znaczy, że nie był.
– Źle wyglądasz – rzucił na powitanie, na co Werk odparł: – Ale przynajmniej nie mam kaca. – Chyba że moralnego – dodał po chwili, by nie urazić kumpla już na wstępie. Mieli na głowie ważniejsze rzeczy. Chris Bowyer patrzył w pusty kufel i nie wyglądał na wszechwładnego, potężnego człowieka mediów. Konrad dostrzegł w nim coś takiego, co maluje się na twarzach ludzi słyszących w gabinecie lekarskim jakąś straszną diagnozę. I w sumie to była prawda. Coś dobiegało końca, choć łudzili się, że potrwa wiecznie. Jakim prawem? – Chris, nie ma czasu na gadanie o wyglądzie. Chciałem ci coś powiedzieć. – Wal. – Muszę zadzwonić do Zjawy. Są ludzie, których w życiu spotykasz raz i nigdy więcej nie chcesz. Przez przypadek twoje losy skrzyżowały się z ich drogą, ale od pierwszej sekundy wyczuwasz bijące od nich zło, a ty w gruncie rzeczy, nawet jeśli właśnie zrobiłeś coś złego, czujesz, że jesteś dobry i nie chcesz być częścią tamtego świata. Niekiedy udaje się uniknąć kolejnych spotkań. Jednak świat jest dziwnie urządzony i zazwyczaj to zło do ciebie wróci.
Jako Kontakt Konrad Werk przyjmował różne sprawy. Zazwyczaj chodziło o błahostki. Jakaś aktorka została wyprowadzona z knajpy tylnym wyjściem i tam, właśnie w chwili, kiedy zaczęła na siebie rzygać, bo zmiksowała za dużo koki z alkoholem, wystrzeliły flesze. Zablokowanie tego odbywało się w ułamku sekundy. Werk lubił te rozmowy z agentami gwiazd, kiedy rzucał zblazowanym tonem: – To już jest załatwione. Czuł się jak Ray Donovan. Druga strona potrafiła się ładnie odwdzięczyć. To były nie tylko pieniądze, one akurat stanowiły part of the deal, ale również wizyty w pięknych zameczkach nad Loarą, narty w Aspen, weekend w Monte Carlo z dużą pulą na żetony w kasynie. Kto by nie polubił takiego życia?
To naprawdę nie były wielkie sprawy. Zarzygana aktorka, zachlany piłkarz – reprezentant kraju, który spadł ze schodów w agencji towarzyskiej, a ochrona miała z tego zapis wideo. Prezenter pogody ze znanej telewizji, który zamówił kilka kilogramów kokainy w ciągu ostatnich lat, wciągając, sprzedając innym znajomym ze szklanego ekranu. Wszystkim zależało na dyskrecji, ale w dzisiejszym świecie jest o nią bardzo trudno. Każdy może nakręcić o nas film, a paparazzi mijają nas na ulicy, wpatrzeni w telefony i gotowi do nas wystrzelić z coraz lepszych aparatów w dowolnej chwili.
Werk początkowo nie wierzył, że plan się powiedzie. Myślał, że Chris przecenia własne możliwości. Ale jego kumpel ze studiów był mistrzem w tej partii szachów. Gdyby ktoś chciał iść z materiałami do telewizji, miał haki na ludzi z każdej stacji – dziennikarzy, producentów, szefów redakcji. Poruszał się doskonale w mule, jak sam zwykł mawiać. A grubym rybom z ostatnich pięter nie zależało na skandalach wokół dobrze kręcącego się biznesu. To zadziwiające – Chris nie dopuścił ich do tortu, a jednocześnie trzymał mocno za jaja. Jasne, że budziło to wątpliwości natury moralnej. Oczywistym był również fakt, iż w każdej chwili jakiś napalony twórca offowych dokumentów mógł trafić na żyłę złota – ktoś coś wiedział, napił się w weekend i chlapnął komuś. Ale o układzie wiedziało niewiele osób. Mniejsze gazety czy portale nie miały kasy na to by opłacać donosicieli. Czas prosperity w tej materii już się skończył. Bali się potężnych prawników gwiazd. Niektóre kancelarie były kosmicznie drogie, ale wystarczyło wysłać pismo z ich pieczątką i delikwent zwijał się z planszy.
Interes kwitł. Konrad miał nawet taki moment, przed rokiem, kiedy chciał się wycofać. Powiedział Chrisowi, z którym trzymał się zdecydowanie najbliżej w Układzie, że jest teraz graczem z kasyna z wielką liczbą żetonów i czas wymienić je na cash. Bowyer zaśmiał się wtedy, wziął kartkę, długopis i zapisał liczbę. – To mój cel – puścił oko i co gorsza był on realny. W normalnych okolicznościach Konrad uznałby kogoś takiego jak Chris za chciwego, ale trzeba było go dobrze znać, by czuć bijący od niego urok osobisty. Wszystko co robił, robił z błyskotliwym humorem. Był piekielnie inteligentny. Kochał życie. Jasne – wypłata od wydawcy wystarczyłaby mu na fantastyczne życie. Chodziło jednak o szukanie adrenaliny. Chris nie chodził na wyścigi konne, nie obstawiał wyników meczów, nie brał narkotyków, czasem przespał się z jakąś dziewczyną poznaną w barze w weekend, ale nie był na pewno seksoholikiem. Szukał haju w tej sytuacji. Alkohol dawał tylko lekkie ukojenie. Nie był formą transfuzji emocji. Raczej łagodził lęki.
Pewnego dnia wszystko się zmieniło. A właściwie nocy. Konrad spał już od dobrych dwóch godzin, kiedy zadzwonił telefon. Mężczyzna mówił stanowczo, spokojnie. Trzymał się instrukcji, oznajmił, że nie ma czasu na spotkanie, ponieważ sprawa jest pilna. Był wypadek samochodowy i „kobieta ucierpiała”, tak ładnie ujął zabicie 46-letniej mieszkanki Londynu na drodze wiodącej do jej posiadłości, 20 kilometrów na północ od granicy miasta. Mężczyzna wyznał, że nie on jest sprawcą, był przy tym bardzo grzeczny. – Mój klient nie jest w tej chwili w stanie rozmawiać. Pragnąłbym jednak zaznaczyć, że sprawa ta nie ma prawa przedostać się do mediów – brzmiało to jak rozkaz. I choć Konrad nie wiedział o kogo chodzi, wiedział na pewno, że będą kłopoty. – Przepraszam, kim pan jest? – zapytał. – Muszę to wiedzieć, taka jest procedura. – Niech pan zapisze mnie w telefonie jako Zjawa – odparł tamten, całkiem serio. – Zaraz dostanie pan instrukcje – dodał. Konrad Werk siedział w ciemnym pokoju swojego mieszkania na tyłach Tate Modern i wpatrywał się w ekran telefonu tak samo, jak teraz, w pubie „Prince William”, Chris Bowyer patrzył w pełny już kufel cydru, który nie miał prawa przetrwać zbyt długo. – Jeśli do niego zadzwonisz, będę musiał się wypisać z tej zabawy i rozwiążemy Układ. Tak wtedy postanowiliśmy – powiedział najciszej jak się da. – Wtedy. Dobrze, że to mówisz. Ale dzisiaj jest dzisiaj i mamy przejebane. Jeśli ktoś szczuje cię psem, spuść wilka – to twoje słowa. Sam to wymyśliłeś. To jest ten moment – Konrad wbił w niego wzrok. Chris Bowyer poczuł, że jego życie się kończy. Puszczona w ruch maszyna już się nie zatrzyma. Będzie teraz siać zniszczenie. Pochłonie ich wszystkich. Był wściekły, ale nie mógł odmówić Werkowi racji. Poległ od własnej broni – gotowych recept i tanich haseł na każdą okazję. Poszukiwanie adrenaliny zawiodło go nad przepaść i wiedział, że już nie ma odwrotu. – Masz rację. Nie mogę ci tego zabronić. To ja cię w to wciągnąłem. Przepraszam – oznajmił.
