Futbol nigdy nie był normalny. W erze turbokapitalizmu pieniądz robi pieniądz, więc nie dziwmy się, że dwutygodniowy zastój zburzył piramidę. Nikt nie chomikuje forsy na koncie jak Athletic Bilbao, bo do tego trzeba być outsiderem. A futbol to owczy pęd, chciwy marsz postępu i bańka, która kiedyś pęka.
Dziwnie czyta się zagraniczne portale, które ciągle żyją letnim oknem transferowym. Po pierwsze, żadnego okna nie będzie. Po drugie, nie chce mi się wierzyć, że ktoś na serio rozważa transfery za sto i więcej milionów funtów. Ta rzeczywistość już była. Nadchodzi inna. Nie wiemy, co wydarzy się za tydzień, a tym bardziej za trzy miesiące, gdy konsumpcja zdechnie, a życie większości z nas zawęzi się do Biedronki. Piłka to ludzie i jeśli oni nie dorzucają do kapelusza, to tego biznesu nie ma.
Przed nami trudne miesiące. Sam łapię się na tym jak mocno moje nawyki tkwią w piłce. Jeśli motywacyjni blagierzy biorą pieniądze za to, żeby powiedzieć nam, że w życiu trzeba mieć plan, to my, kibice, mamy go od dziecka. Piłka układa nam kalendarz. Wyznacza tory. Daje oparcie. Dzięki niej wiemy, że środę mamy zarezerwowaną na Ligę Mistrzów, a w sobotę od 13:30 teleportem wędrujemy do Anglii. W innej wersji może to być wypad z kumplami na stadion w co drugą sobotę. Ogólnie chodzi o to samo. Wszyscy pragniemy bycia wśród ludzi, celu i emocji.
Futbol nauczył się to wykorzystywać. Kibica zamienił w klienta, z gry stworzył produkt. Taśma pracuje 24 godziny na dobę, a to, co było świętem z czasem stało się wpychanym na siłę fastfoodem. Ale przywykliśmy. Innego życia nie znamy. Zaakceptowaliśmy zmierzch piłki lokalnej kosztem globalnych molochów. Miliard ludzi kupiło pięknie zbudowaną iluzję - tak, by z każdym rokiem kupować coraz droższe koszulki, bilety i abonamenty. To było eldorado. Żadna branża rozrywkowa w ostatnich latach nie miała takiej inflacji. Kasa wsiała na drzewie, trzeba było się tylko przysiąść z wiadrem i rwać jak czereśnie.
Dzisiaj wszyscy zastanawiają się jak to jest, że polskie kluby już po dwóch tygodniach przestoju leżą i kwiczą. To bardzo proste: taki był globalny trend, zarabiaj więcej i wydawaj więcej, podwyższaj pensje piłkarzy, żyj od transzy do transzy, a jak się czasem nie zepnie, to najwyżej - jak w Lechii Gdańsk - trzy miesiące nie zapłacisz, a premie odroczysz na „kiedyś”. Kluby nie budują poduszek, bo pieniądz musi krążyć. Konkurencja naciska, więc rosną pensje piłkarzy. To zwykłe reguły rynku, każdy trzyma się poręczy i patrzy, żeby nie wypaść. Żadna firma nie ma w biznesplanie wariantu co robić, gdy z dnia na dzień kończy się świat.
Problem mają wszyscy. W Europie właśnie trwa mocowanie się kto kogo i do jakich ustępstw zmusi. W kryzysie spadają maski. Od razu widać, że w polskiej piłce nikt do nikogo nie ma zaufania, a ludzie nawet rozmawiać ze sobą nie potrafią. W Niemczech pierwsza czwórka dogadała się w jedno popołudnie. Przyszedł Rummenigge, rzucił pomysł, po godzinie było jasne, że 20 mln euro powędruje do klubów z dołu piramidy. Zawodnicy też solidarnie schodzą z kontraktów. I jeszcze sami dorzucają cegiełkę do walki z pandemią. Nie chodzi o to, że mają więcej, to po prostu inna mentalność. Dbanie o najbliższe otoczenie i myślenie, co możemy zrobić razem. Jak United i City, którzy łączą siły, by wesprzeć banki żywności w Manchesterze.
Lubię czytać o tego typu akcjach. Widać, że to jest ten czas, gdy kluby walczą o uwagę lokalnej społeczności. Za moment mogą jej potrzebować, bo nikt nie wie jak piłka będzie wyglądać za pół roku. Nawyki ludzi się zmieniają, a kryzys może tylko pewne rzeczy przyspieszyć. Choćby rosnącą popularność e-sportu, na którym już teraz wyrasta nowe pokolenie. Za moment może to być pewniejszy partner dla reklamodawców niż piłka, bo tę przecież można w każdej chwili zamknąć. Istnieje scenariusz, że z wirusem trzeba będzie nauczyć się żyć. Jak wpłynie to na zawodowy sport? W Niemczech powoli oswajają się, że jeśli liga wróci, to tylko za zamkniętymi drzwiami. Kibice Borussii Moenchengladbach w jednej z lokalnych firm zamówili już nawet swoje kartonowe atrapy. Są z klubem na dobre i na złe. Ale ile jest takich drużyn i takich lig jak Bundesliga?
Dlatego podziwiam ludzi, którzy meblują składami drużyn na przyszły sezon i żonglują cenami jakby wciąż mieli wgrane stare oprogramowanie. Upgrade już jest. A zaraz będzie następny. Nie ma co liczyć, że powtórzy się w nim 640 milion dolarów prowizji dla agentów za 2019 roku. Tak samo nie ma pewności, czy przez jakiś czas kluby dalej będą bawić się w transfery, bo ktoś uzna, że w depresji lepszym pomysłem są bezgotówkowe wymiany. W dziwnym świecie, a w taki wkroczyliśmy, nie ma dziwnych pomysłów. Jeszcze tydzień temu śmialiśmy się z ekstraklasowego Big Brothera, a dziś identyczne rozwiązanie chodzi po głowie Anglikom i już nawet specjalne lobby działa, by wcielić to w życie. Jeśli ktoś ma to zrobić, to właśnie oni. Kiedyś wymyślili grę, teraz przeforsują jej namiastkę.
Tu też spadły maski. Kryzys pokazał, gdzie tak naprawdę najmocniej do głosu dochodzi chciwość. Ale czy można się Anglikom dziwić, gdy Premier League stała się ligą dla sześciu kontynentów, ruszając kostki domina tak, by w samej tylko Anglii sto tysięcy ludzi miało dzięki niej prace? Trzeba się przygotować, że piłka przez jakiś czas będzie inna. Zmienią się budżety reklamowe i zmieni się anturaż. Wątpię jednak, żeby było to jakieś oczyszczenie. Parę osób spojrzy w lustro, ale na końcu znowu wygra owczy pęd. Piłka to bańka, jasne, ale bańka, która ma oparcie w ludziach. Ich wspomnień nie wymażesz. Oni wrócą. Wrócą i zapłacą. Tak jak wracali po II wojnie światowej, gdy w Anglii nie było chleba i ziemniaków, a na pierwszą kolejkę czterech profesjonalnych lig przyszło 950 tysięcy ludzi.
