Płynna nowoczesność mediów. Jak połapać się w szumie (FELIETON)

Zobacz również:Jak dostać pracę w piłce? Drugi Sociedad na razie nam nie grozi (FELIETON)
Group E Italy v Ghana - World Cup 2006
Fot. Shaun Botterill / Getty Images

Fascynujące jest to lepienie nowej rzeczywistości. Półtora miesiąca temu nikt nie wpadłby na to, że w programie Onetu awatar Zbigniewa Hołdysa będzie podróżować w samochodzie Jarosława Kuźniara, a duński Midtjylland zamontuje gigantyczny telebim na stadionie i zaprosi kibiców do oglądania meczów z poziomu auta i parkingu.

Wysyp dziwadeł jest ogromny. Nim się obejrzeliśmy, przeszliśmy od fazy zamętu do fazy kreatywności. W skrócie: jakoś trzeba sobie radzić.

Przyglądam się ostatnio dziennikarstwu. Mimo że nie ma meczów, nie odnotowałem jakiegoś drastycznego spadku treści. Chyba nawet mamy do czynienia z nadpodażą, bo liczba zakładek rośnie, choć odhaczam regularniej niż zwykle. Uważam, że wiele redakcji w czasie posuchy godnie zapełnia pustkę, eksponując teksty, które polegają na czymś więcej niż „kliknij - wyjdź”. Może to złudzenie i po prostu duża ilość czasu, ale dawno nie miałem takiej frajdy z czytania albo oglądania wideo. Wyrwani z bezpiecznego świata chwilę się poszamotaliśmy, myśląc „co to będzie?!”, ale teraz jakoś to sobie układamy.

W tej nowej rzeczywistości trzeba się umieć odnaleźć. Nagle odkryliśmy, że ten Skype wcale nie taki straszny i że nawet informacyjne „setki” można nim nagrywać. Da się też porozmawiać z dawno niewidzianym piłkarzem z zagranicy, a na Instagramie hulają dyskusje face to face gwiazd światowej piłki, co w ogóle jest przełamaniem kolejnej bariery i hitem czasów pandemii.

Nie wiem, czy stoi za tym jakaś firma, ale te spotkania są fantastyczne. Migają postaci z dzieciństwa jak Ronaldo, Pippo Inzaghi albo Antonio Cassano. Marco Materazzi rzuca nowe światło na sprawę z Zidanem, a Thierry Henry opowiada Boatengowi, dlaczego w Anglii wołali na niego baletnica i o co chodziło z tymi getrami za kolana. Nie ma tam żadnego dziennikarza. To tak jakbyśmy przysiedli się do stolika i słuchali, o czym przy piwie dyskutują dwaj kumple z boiska. Social media wiele już murów zburzyły, ale te filmiki to jest po raz kolejny coś nowego.

Widzę w tym paradoks kwarantanny: siedzieć cały dzień w domu, a i tak nie mieć czasu, żeby to wszystko wchłonąć. Niby świat się zatrzymał, ale wirtualny młyn dalej mieli. Miliony ludzi stuka w klawisze, a w batalii o uwagę dalej wszystkie chwyty są dozwolone. Duże, pogłębione teksty nie mają dziś łatwo. Dlatego cieszę się, że jednak powstają. I że ostatnio widać ich więcej. Można się dzięki nim zatrzymać i pomyśleć. Odgrzebać w głowie jakieś fakty, z czymś je powiązać. To daje dużą przyjemność, choć wiem, że taśma treści nie lubi takich przerw, a głowa cały czas podpowiada: „No dalej, włącz już coś nowego”.

Kiedyś to była katorga, ale dziś z sentymentem wspominam czasy, gdy każde zdobycie nowego artykułu o piłce wywoływało dreszczyk. Na „Piłkę Nożną” czekało się do wtorku, a do kafejki internetowej chodziło się po to, by w godzinę naściągać na dyskietki tyle stron offline, ile się da. Żeby w domu było co czytać, bo nie było niczego. Dzisiaj piłka jest jak sklep całodobowy. Wchodzimy do supermarketu z wózkiem i nigdy go nie opuszczamy. Prawie wszystko jest za darmo, od zaraz. Opychać można się do woli i nim się obejrzymy, przestajemy czuć radość. Tacy jesteśmy nasyceni.

Ostatni czas sprzyja w naciśnięciu pauzy, ale też pobudza kreatywność. Skoro nic się nie dzieje, to trzeba mocniej niż normalnie ruszyć głową. I z tego też wychodzą fajne, niebanalne rzeczy. Osobiście uwielbiam sam proces wymyślania. W telefonie mam setki dziwnie pozapisywanych słów, które wstukuje podczas czytania różnych rzeczy. Nazwisko Tontona Zoli Moukoko, z którym nie tak dawno zrobiłem tekst, wpisałem już trzy lata temu, bo mignęło mi w szwedzkim magazynie „Offside”. Thomas Grønnemark, trener od autów w Liverpoolu, przemknął przypadkiem na Twitterze. I też od razu wstukałem w telefon, żeby nie zapomnieć. Tak jest za każdym razem. Uwielbiam te przypadkowo wpisane słowa, bo po jakimś czasie zaczynają żyć własnym życiem. Rodzą się z tego teksty, historie wokoło tekstów, a czasem nawet dłuższe znajomości.

Najważniejsze w tym wszystkim to pielęgnować ciekawość. Łapać się wybranych zdań albo kadrów i spróbować pójść dalej. Pomagają naturalnie języki obce. Nawet nie dlatego, że otwierają ogromny krąg osób, ale zwyczajnie poszerzają horyzont. Zawsze byłem zafascynowany tym, jak zmienia mi się myślenie, gdy jestem w Niemczech, a jak wtedy, kiedy rozmawiam z Francuzami. To są jedne z najfajniejszych doświadczeń: zatopić się w danej kulturze do tego stopnia, żeby dostać inne życie. To jest coś, czego nie da Google Translate, chociaż działa przerażająco świetnie i nie kiwając palcem można dziś bez problemu czytać w każdym języku świata.

To sprawia, że treści robi się jeszcze więcej. I znowu chciałoby się wparować do tego supermarketu, a potem napychać kosz po same brzegi. Hamulcem bezpieczeństwa na szczęście jest paywall, bo na Zachodzie już dawno tę drogę przeszli. Za pogłębione artykuły płaci się tak samo jak w sklepie, kinie albo w taksówce. Są jasne granice i oczekiwania. Wchodzisz tam, gdzie jesteś traktowany poważnie. A szum zostawiasz z boku. To kwestia nawyku i wytworzenia odpowiedniego trendu. Jak z Netflixem, za którego w Polsce zaczęli płacić nawet ci, którzy całe życie na czole mieli wypisane „za darmo”. Pandemia - a w konsekwencji kryzys - i tutaj swoje piętno odciśnie. Wirus rzuca mediom nowe wyzwania. Ale też zwiększa zaufanie do tego, co przygotowane i sprawdzone.

Być może, gdy już zmęczymy się tą karuzelą fejków i klików, merytoryczna twórczość będzie miała swoje pięć minut.

Cześć! Daj znaka, co sądzisz o tym artykule!

Staramy się tworzyć coraz lepsze treści. Twoja opinia będzie dla nas bardzo pomocna.

Podziel się lub zapisz
Żebrak pięknej gry, pożeracz treści, uwielbiający zaglądać tam, gdzie inni nie potrafią, albo im się nie chce. Futbol polski, angielski, francuski. Piszę, bo lubię. Autor reportaży w Canal+.