Fascynujące jest to lepienie nowej rzeczywistości. Półtora miesiąca temu nikt nie wpadłby na to, że w programie Onetu awatar Zbigniewa Hołdysa będzie podróżować w samochodzie Jarosława Kuźniara, a duński Midtjylland zamontuje gigantyczny telebim na stadionie i zaprosi kibiców do oglądania meczów z poziomu auta i parkingu.
Wysyp dziwadeł jest ogromny. Nim się obejrzeliśmy, przeszliśmy od fazy zamętu do fazy kreatywności. W skrócie: jakoś trzeba sobie radzić.
Przyglądam się ostatnio dziennikarstwu. Mimo że nie ma meczów, nie odnotowałem jakiegoś drastycznego spadku treści. Chyba nawet mamy do czynienia z nadpodażą, bo liczba zakładek rośnie, choć odhaczam regularniej niż zwykle. Uważam, że wiele redakcji w czasie posuchy godnie zapełnia pustkę, eksponując teksty, które polegają na czymś więcej niż „kliknij - wyjdź”. Może to złudzenie i po prostu duża ilość czasu, ale dawno nie miałem takiej frajdy z czytania albo oglądania wideo. Wyrwani z bezpiecznego świata chwilę się poszamotaliśmy, myśląc „co to będzie?!”, ale teraz jakoś to sobie układamy.
W tej nowej rzeczywistości trzeba się umieć odnaleźć. Nagle odkryliśmy, że ten Skype wcale nie taki straszny i że nawet informacyjne „setki” można nim nagrywać. Da się też porozmawiać z dawno niewidzianym piłkarzem z zagranicy, a na Instagramie hulają dyskusje face to face gwiazd światowej piłki, co w ogóle jest przełamaniem kolejnej bariery i hitem czasów pandemii.
Nie wiem, czy stoi za tym jakaś firma, ale te spotkania są fantastyczne. Migają postaci z dzieciństwa jak Ronaldo, Pippo Inzaghi albo Antonio Cassano. Marco Materazzi rzuca nowe światło na sprawę z Zidanem, a Thierry Henry opowiada Boatengowi, dlaczego w Anglii wołali na niego baletnica i o co chodziło z tymi getrami za kolana. Nie ma tam żadnego dziennikarza. To tak jakbyśmy przysiedli się do stolika i słuchali, o czym przy piwie dyskutują dwaj kumple z boiska. Social media wiele już murów zburzyły, ale te filmiki to jest po raz kolejny coś nowego.
Widzę w tym paradoks kwarantanny: siedzieć cały dzień w domu, a i tak nie mieć czasu, żeby to wszystko wchłonąć. Niby świat się zatrzymał, ale wirtualny młyn dalej mieli. Miliony ludzi stuka w klawisze, a w batalii o uwagę dalej wszystkie chwyty są dozwolone. Duże, pogłębione teksty nie mają dziś łatwo. Dlatego cieszę się, że jednak powstają. I że ostatnio widać ich więcej. Można się dzięki nim zatrzymać i pomyśleć. Odgrzebać w głowie jakieś fakty, z czymś je powiązać. To daje dużą przyjemność, choć wiem, że taśma treści nie lubi takich przerw, a głowa cały czas podpowiada: „No dalej, włącz już coś nowego”.
Kiedyś to była katorga, ale dziś z sentymentem wspominam czasy, gdy każde zdobycie nowego artykułu o piłce wywoływało dreszczyk. Na „Piłkę Nożną” czekało się do wtorku, a do kafejki internetowej chodziło się po to, by w godzinę naściągać na dyskietki tyle stron offline, ile się da. Żeby w domu było co czytać, bo nie było niczego. Dzisiaj piłka jest jak sklep całodobowy. Wchodzimy do supermarketu z wózkiem i nigdy go nie opuszczamy. Prawie wszystko jest za darmo, od zaraz. Opychać można się do woli i nim się obejrzymy, przestajemy czuć radość. Tacy jesteśmy nasyceni.
Ostatni czas sprzyja w naciśnięciu pauzy, ale też pobudza kreatywność. Skoro nic się nie dzieje, to trzeba mocniej niż normalnie ruszyć głową. I z tego też wychodzą fajne, niebanalne rzeczy. Osobiście uwielbiam sam proces wymyślania. W telefonie mam setki dziwnie pozapisywanych słów, które wstukuje podczas czytania różnych rzeczy. Nazwisko Tontona Zoli Moukoko, z którym nie tak dawno zrobiłem tekst, wpisałem już trzy lata temu, bo mignęło mi w szwedzkim magazynie „Offside”. Thomas Grønnemark, trener od autów w Liverpoolu, przemknął przypadkiem na Twitterze. I też od razu wstukałem w telefon, żeby nie zapomnieć. Tak jest za każdym razem. Uwielbiam te przypadkowo wpisane słowa, bo po jakimś czasie zaczynają żyć własnym życiem. Rodzą się z tego teksty, historie wokoło tekstów, a czasem nawet dłuższe znajomości.
Najważniejsze w tym wszystkim to pielęgnować ciekawość. Łapać się wybranych zdań albo kadrów i spróbować pójść dalej. Pomagają naturalnie języki obce. Nawet nie dlatego, że otwierają ogromny krąg osób, ale zwyczajnie poszerzają horyzont. Zawsze byłem zafascynowany tym, jak zmienia mi się myślenie, gdy jestem w Niemczech, a jak wtedy, kiedy rozmawiam z Francuzami. To są jedne z najfajniejszych doświadczeń: zatopić się w danej kulturze do tego stopnia, żeby dostać inne życie. To jest coś, czego nie da Google Translate, chociaż działa przerażająco świetnie i nie kiwając palcem można dziś bez problemu czytać w każdym języku świata.
To sprawia, że treści robi się jeszcze więcej. I znowu chciałoby się wparować do tego supermarketu, a potem napychać kosz po same brzegi. Hamulcem bezpieczeństwa na szczęście jest paywall, bo na Zachodzie już dawno tę drogę przeszli. Za pogłębione artykuły płaci się tak samo jak w sklepie, kinie albo w taksówce. Są jasne granice i oczekiwania. Wchodzisz tam, gdzie jesteś traktowany poważnie. A szum zostawiasz z boku. To kwestia nawyku i wytworzenia odpowiedniego trendu. Jak z Netflixem, za którego w Polsce zaczęli płacić nawet ci, którzy całe życie na czole mieli wypisane „za darmo”. Pandemia - a w konsekwencji kryzys - i tutaj swoje piętno odciśnie. Wirus rzuca mediom nowe wyzwania. Ale też zwiększa zaufanie do tego, co przygotowane i sprawdzone.
Być może, gdy już zmęczymy się tą karuzelą fejków i klików, merytoryczna twórczość będzie miała swoje pięć minut.
